Rutkowski i jego drużyna, czyli 


Prywatyzacja prawa

Krzysztof Burnetko



Zajazd detektywa-posła Rutkowskiego i jego komanda na hotel w Czeskim Cieszynie nie wywoła oczywiście polsko--czeskiej wojny, choć oburzenie naszych sąsiadów jest zrozumiałe. Wszak gdy ktoś bez twojej wiedzy i zgody panoszy się po twoim domu, jesteś i upokorzony, i wściekły. Znacznie groźniejsze skutki akcja rodzimego Timura (bądź, jak kto woli, Brudnego Harry’ego) może mieć za to dla bezpieczeństwa samych Polaków.


Oczywiście znajdą się tacy, którzy robotę Rutkowskiego usprawiedliwią, a nawet uznają za godną podziwu. Że działał na terytorium obcego państwa bez jego zgody, że prowadził działania detektywistyczne, choć jego agencja straciła koncesję, że uprowadził człowieka? Cóż, schwytał przecież w ten sposób osobnika, który być może był współsprawcą okrutnego morderstwa (dokonanego z powodów rabunkowych bądź w ramach porachunków świata przestępczego). Więcej: miejsce jego pobytu wykrył szybciej niż postawiony ponoć w pełną gotowość w sprawie zabójstwa notariuszki z Oświęcimia aparat policji. 

Na dodatek w kraju panuje akurat klimat strachu 
przed przestępczością (choć opinie, czy jest on do końca uzasadniony, są podzielone). Wynika z tego społeczne przyzwolenie na zaostrzenie metod zwalczania wszelkich patologii. Spada przy tym stale zaufanie już nie tylko do policji, ale też do innych instytucji wymiaru sprawiedliwości – w tym prokuratury, a nawet sądów. Oczywiście na nastroje te momentalnie zareagowali politycy – i to wszystkich orientacji. Po sukcesie wyborczym Prawa i Sprawiedliwości, opartym niemal wyłącznie na retoryce zdecydowanej walki z przestępczością i surowych kar, pojmowane na polski sposób hasło „zero tolerancji” stało się wzorem dla innych.
Równocześnie coraz częściej – także w sceptycznych wobec polityki zaostrzania represji kręgach akademickich – można usłyszeć 

wezwania do „prywatyzacji bezpieczeństwa”.
Chodzi o tendencję – panującą też w niektórych państwach Zachodu – do częściowego przynajmniej przejmowania przez obywateli z rąk państwa jednej z ostatnich jego poważnych prerogatyw: zapewnienia bezpieczeństwa publicznego. 
Filozofia ta, w uproszczeniu, wychodzi z założenia, że (jak relacjonował w ,,TP” 45/99 prof. Jan Widacki, adwokat, w l. 1990-92 wiceminister spraw wewnętrznych, a następnie m.in. doradca zajmującej się ochroną, działalnością detektywistyczną i wywiadem gospodarczym spółki „Konsalnet”) „walka z przestępczością, obejmująca represję (ściganie przestępstw popełnionych) i profilaktykę, nie może być skutecznie prowadzona przez państwo – policję, prokuraturę i sądy – przy bierności społeczeństwa”. Państwo może zapewnić obywatelom jedynie pewne minimum bezpieczeństwa – wyznaczone możliwościami budżetowymi i organizacyjnymi. W konsekwencji wszystko, co wykracza poza to minimum – pisał Widacki – musi być uznane za dodatkowy luksus, za który obywatel musi zapłacić. Naturalnie skoro państwo ze swą policją nie jest w stanie zagwarantować każdemu obywatelowi, że nie zostanie pobity czy okradziony, ani że ewentualny sprawca zostanie na pewno ujęty, państwo musi pozwolić ludziom zabezpieczyć się na własną rękę: przez system ubezpieczeń, możliwość skorzystania z sieci monitoringu, wynajęcia firmy ochroniarskiej itd. Powinno zatem stworzyć warunki do powstania i rozwoju rynku takich usług – postulował. 
Dodawał też, że obywatel, płacąc za prywatną ochronę, „kupuje” sobie bezpieczeństwo, nie obciążając przy tym budżetu – a więc i innych obywateli, z których podatków państwo zapewnia wspomniane minimum bezpieczeństwa. Co więcej: przysparza budżetowi dochodów, bo agencje ochrony płacą podatki, i stwarza miejsca pracy.
Zwolennicy „prywatyzacji bezpieczeństwa” powoływali się nadto na przykład wielu krajów zachodnich, w których oprócz, co oczywiste, sięgania po prywatne agencje do ochrony prywatnych obiektów, firm prywatnych – bądź wręcz ochotników spośród obywateli – coraz częściej używa się do strzeżenia porządku w takich miejscach publicznych, jak dworce, centra handlowe itd. W Wielkiej Brytanii prywatne patrole uliczne działają w niemal połowie policyjnych regionów Anglii i Walii.

„Prywatne policje” – jak czasami nazywa się firmy ochroniarsko-detektywistyczne – mają więc w nowoczesnym państwie stać się ważnym elementem systemu porządku publicznego. W Polsce przekonał się już do nich prywatny biznes, ale policja ciągle wykazuje dużą nieufność. 
Czy niechęć ta wynika jedynie ze strachu przed konkurencją, czy ma głębsze podstawy? Bo przecież nawet najgorętsi apologeci „prywatyzacji bezpieczeństwa” zgadzają się, że z uwagi na delikatną sferę, w której działają agencje ochrony oraz ze względu na przyznanie ich pracownikom ważnych uprawnień publiczno-prawnych (m.in. prawa do użycia środków przymusu z bronią palną włącznie), objąć je trzeba ścisłym nadzorem policji i organu wydającego koncesje (czyli resortu spraw wewnętrznych).
Zwolennicy „prywatnych policji” sięgają w razie wątpliwości po, ich zdaniem, koronny argument: przyznają, że ryzyko nadużycia uprawnień przez agentów ochrony zawsze istnieje, ale w imię zwiększenia bezpieczeństwa warto je podjąć. I choć wciąż trudno o precyzyjne dane, jak wiele miejsc ochraniają „prywatne policje” (czyli ile „stref bezpieczeństwa” funkcjonuje dzięki nim), ile razy ich pracownicy przywrócili porządek bądź zapobiegli przestępstwom czy też ilu sprawców ujęli – wyręczając bądź wspierając policjantów, to współpraca policji państwowej (a także samorządów) z „policjami prywatnymi” może tylko podnieść poziom bezpieczeństwa – zapewniają. 
Tę koniunkturę sytuacyjno-polityczno-ideową stara się naturalnie wykorzystać
 
silne lobby ochroniarsko-detektywistyczne. 
Jest to przecież armia ponad 200 tys. ludzi (dwukrotnie większa niż policja), złożona nie tylko z wygolonych i masywnych młodzieńców, ale też z byłych funkcjonariuszy służby bezpieczeństwa PRL oraz oficerów Urzędu Ochrony Państwa czasów III RP. Niewykluczone zresztą, a raczej wysoce prawdopodobne, że niektóre firmy ochroniarskie są w gruncie rzeczy ekspozyturą służb specjalnych, korzystających z tego parawanu – mówiąc ich językiem „przykrywki” – w rozmaitych działaniach operacyjnych. Swoje robi też ocieranie się, przynajmniej niektórych agencji, o wielkie pieniądze – także te niezbyt legalne. Wszystko to przekłada się na znaczne wpływy towarzyskie i polityczne w różnych środowiskach. 
„Środowisko ochroniarsko-detektywistyczne” systematycznie domaga się coraz to większych uprawnień – równocześnie jednak powszechne są przypadki nadużywania tych już przyznanych bądź sięgania po metody nielegalne. Polska Izba Ochrony Osób i Mienia, rodzaj korporacyjnego przedstawicielstwa firm ochroniarskich zapewnia wprawdzie, że stara się eliminować ze środowiska czarne owce. Okazuje się jednak, że stosowne licencje ma ledwie co druga osoba pracująca w tym fachu.
Tymczasem w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych i Administracji przygotowywana jest nowelizacja ustawy o ochronie osób i mienia z 1997 r., mająca zwiększyć kompetencje firm ochroniarskich. Prace są na ukończeniu, więc ciągle nie wiadomo, jak daleko idące rozwiązania zostaną zaproponowane – wedle przecieków prasowych pewne jest jednak, że posłowie będą głosować m.in. nad przyznaniem ochroniarzom prawa do kontroli osobistej obywateli. Rewizja oznacza tymczasem naruszenie jednej z podstawowych – i symbolicznych – wolności obywatelskich. Obecnie prawo do przeprowadzania takiego przeszukania mają wyłącznie policjanci, funkcjonariusze żandarmerii, Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego i Agencji Wywiadu oraz Biura Ochrony Rządu – nie mają zaś, na przykład, członkowie formacji typu straży miejskich. Pracownicy firm ochroniarskich mogą dziś co najwyżej poprosić osoby znajdujące się na strzeżonym przez nich terenie (np. supermarketu) o dobrowolne pokazanie zawartości bagażu – w razie braku zgody muszą wezwać policję i dopiero ona przejrzy bagaż podejrzanego o kradzież czy też posiadanie niebezpiecznych materiałów. 
Ochroniarze gardłują, że bez takiego prawa nie można serio mówić o skutecznej ochronie (ostatnio powołują się m.in. na zamach 11 września). Jeśli jednak projektowane rozwiązanie przejdzie, to firmy ochroniarskie zdobędą pełną niemal władzę na całym (często – jak w przypadku hipermarketów – olbrzymim) podległym im terenie: ochroniarze będą mogli zaglądać nie tylko do Twojej, obywatelu, torby, ale i przeszukać Twój samochód. Przesłanki rewizji ma wprawdzie określić rozporządzenie wykonawcze, ale nie wiadomo, na ile precyzyjne będą jego obostrzenia. Zresztą w społecznej świadomości szerzej zakorzeni się generalne przyzwolenie na rewizję niż wiedza o warunkach ją umożliwiających. Podobny mechanizm zadziałać musi przy ewentualnych innych uprawnieniach. Nie mówiąc o tym, że sami ochroniarze nie reprezentują w swej masie specjalnie wysokiego poziomu kultury prawnej. 
Podobnie jeśli chodzi o firmy detektywistyczne: częsty pogląd, że są one skuteczniejsze niż policja, jest może i słuszny, ale mocno ryzykowny – m.in. ze względu na metody działania, nie związane – w przeciwieństwie do policyjnych – surowym obostrzeniem proceduralnym i prawnym. 
Paradoksalnie też do nadużyć może skłaniać atmosfera przyzwolenia na lekceważenie porządku prawnego państwa, a zwłaszcza na „branie prawa we własne ręce” bądź przynajmniej korzystanie z niego na skróty – z pominięciem przewidzianych ustawą procedur i instytucji. Tutaj
 
przykład idzie zewsząd.
Od obywateli, którzy nie mogąc doczekać się na sądowe rozstrzygnięcie swoich pozwów, wynajmują do odzyskania długów takich czy innych „Ukraińców”. Przez działaczy związkowych prowadzących bezprawne strajki, manifestacje i blokady dróg. Po polityków: bądź to jawnie kpiących z wymiaru sprawiedliwości (Andrzej Lepper i jego towarzysze z „Samooobrony”), bądź dezawuujących jego decyzje (choćby Jarosław Kaczyński po ostatnich przegranych procesach o ochronę dóbr osobistych), bądź firmujących powagą pełnionej funkcji bezprawne działania (przykład z ostatnich dni: obecność premiera na uroczystym otwarciu Mostu Siekierkowskiego, mimo że wcześniej Naczelny Sąd Administracyjny uznał tę inwestycję za... bezprawną). 
Żeby było jasne: obywatelowi chwali się, gdy widząc przestępstwo, rusza z interwencją, a firmy ochroniarskie często rzeczywiście okazują się pożyteczne i odciążają policję (bądź mobilizują ją do działania dzięki odruchowi zdrowej rywalizacji). 
Ale to na policji i na państwie musi wciąż spoczywać ciężar utrzymania bezpieczeństwa publicznego – oraz związana z tym odpowiedzialność. Dopiero przyjęcie tej zasady – uznanej za standard także w tych państwach Zachodu, które w „prywatyzacji bezpieczeństwa” poszły najdalej – może być punktem wyjścia do dalszej dyskusji: jak dalece poszczególne zadania państwa mogą zostać „odpaństwowione” i przekazane w ręce prywatnych osób i firm?; które sfery nie mogą zostać „sprywatyzowane”?; jak uregulować zadania i kompetencje firm prywatnych w stosunku do uprawnień policji (tu za zasadę przyjmuje się jedno: że państwo musi mieć pełną możliwość interwencji w sferze bezpieczeństwa wewnętrznego, niezależnie od stopnia jego sprywatyzowania)?; jak ma wyglądać kontrola sektora ochroniarsko-detektywistycznego?; jaki może być zakres zadań zlecanych firmom prywatnym przez klientów?; itp.
Bezpieczeństwo obywateli to sprawa zbyt ważna i delikatna, by bez ograniczeń i kontroli przekazywać ją w prywatne ręce. Zwłaszcza, że często są to ręce nieczyste bądź tylko silne fizycznie. Chyba że ktoś chce, by w nocy odwiedzić go zawsze mógł (naturalnie przez wyważone drzwi) detektyw Rutkowski z drużyną.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 41 (2779), 13 października 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl