Została już tylko ona: portret ostatniej przedstawicielki
zaginionej kultury czesko-niemiecko-żydowskiej


Domowy anioł Lenki Reinerovej

Patrycja Bukalska z Pragi



Wojna zmienia granice i ludzi. Potem mijają lata i zmian dokonują wspomnienia. Są rzeczy, o których łatwiej nie myśleć.
W Czechach rzadko wspomina się Niemców, których po II wojnie światowej wyrzucono z Czechosłowacji. A przecież jeszcze na początku wieku w Pradze współistniały, wspaniale się dopełniając, trzy kultury: czeska, niemiecka i żydowska. Po żydowskiej został cmentarz i legenda o Golemie. Po niemieckiej – Lenka Reinerova.



Lenka ma 86 lat i do określenia „ostatnia pisząca po niemiecku pisarka w Pradze” podchodzi sceptycznie. „Nie jestem pisarką, raczej gawędziarką. Po prostu opowiadam” – precyzuje. W ubiegłym roku w Czechach przetłumaczono z niemieckiego i wydano jej dwie autobiograficzne książki: „Kavarna nad Prahou” i „Bez adresy”. Pierwsza to zbiór rozmów z bywalcami niebiańskiej kawiarni, zawieszonej gdzieś nad Pragą. Wymyślone są rozmowy, wymyślona kawiarnia – tylko bohaterowie są prawdziwi: Franz Kafka, Max Brod, Jaroslav Haszek, Karel Czapek, Egon Erwin Kisch.
Wszyscy oni przewinęli się przez życie Lenki. Teraz razem z nimi Lenka dziwi się, jak bardzo zmienił się świat. Pisze: „W ostatnich czasach stał się Pan swego rodzaju symbolem Pragi, Panie Kafka. Naprawdę, rzuca się to w oczy. Cieszy Pana to, że teraz młode dziewczyny z Włoch, Hiszpanii, Niemiec, Ameryki noszą Pana w pewnym sensie na sercu? Widział Pan, jak Pana portret faluje na śnieżnobiałych, szmaragdowozielonych, malinowoczerwonych i lazurowoniebieskich podkoszulkach na turystycznych biustach”.
Jej życia starczyłoby na kilka scenariuszy: więzienie francuskie i czechosłowackie; wojenna ucieczka przed faszystami z Bukaresztu przez Paryż i Casablankę do Meksyku; powojenne lata w Belgradzie; wieloletni zakaz publikowania w komunistycznej Czechosłowacji. W międzyczasie ciąża, poród i walka z rakiem. Lewicowe poglądy i wiara w wartość ludzkiego życia. Pisarka, dziennikarka, żona, matka, optymistka. Lenka. Dziś, nadal pełna entuzjazmu, wścieka się na polityków, niepokoi ją terroryzm, ze spacerów znosi bukiety koniczyny, a siedząc w fotelu zwija się lekko jak kot. „Tylko proszę nie pisać, że miałam tragiczne życie. Było jedynie dramatyczne, a to różnica” – zaznacza.

Korzenie
„Moim językiem macierzystym jest niemiecki. Może dlatego, że matka mówiła po niemiecku – wspomina dziś Lenka Reinerova. – I na pewno dlatego, że poszłam do niemieckiego gimnazjum. Dlaczego tam mnie posłali, nie wiem. Ale niemiecki jest mi bliższy w tym sensie, że lepiej nim władam jako instrumentem. Na tyle, że mogę w nim wymyślać słowa”.
Jej niemiecki różni się od tego klasycznego: to wersja praska, relikt czasów, kiedy w mieście był niemiecki uniwersytet, teatr, gazety. Poza Lenką niewielu już tak mówi. A z pewnością nikt tak już nie pisze.
W autobiografii „Bez adresy” wspomina chwilę, kiedy jako mała dziewczynka zauważyła różnicę między czeskim i niemieckim. Chodziło o słowo „proletariat”: o ile w czeskim „proletarzi” nie było nic urokliwego, to niemiecki „Proletarier” miał w sobie coś tak porywającego, że Lenka próbowała to słowo nawet śpiewać. Może dlatego, że w „Proletarier” mieści się również słowo „Arie”? „Że jest także »Arier«, Aryjczycy, to mi wtedy jeszcze umknęło” – zauważa we wspomnieniach.
„Często się mnie ludzie pytają, jak po tym wszystkim, co mnie i mojej rodzinie Niemcy zrobili, mogę pisać po niemiecku. Ale przecież język nie jest niczemu winien” – powiedziała w jednym z wywiadów. I dodała: „Pomijając już to, że pierwsze książki, które płonęły w Niemczech, były książkami niemieckich pisarzy”.
Lenka ma żydowskie korzenie, ale religia i kultura żydowska nie miały na nią wielkiego wpływu. „Do synagogi ojciec zabrał mnie tylko raz” – mówi. A jednak właśnie to żydowskie pochodzenie zaważyło na ich losach. W 1942 r. cała jej rodzina – 11 osób – została wywieziona do obozu w Terezinie. Nikt nie przeżył. Z wyjątkiem niej samej: w chwili wkroczenia Niemców do Czechosłowacji była w Bukareszcie, gdzie pracowała nad reportażem dla lewicowego czasopisma „Arbeiter-Illustrierte-Zeitung”.
Do Pragi wróciła kilka lat po wojnie.

Praga
Miłość jej życia. „Jestem Prażanką” – mówi z dumą. W jednym z wywiadów żartowała, że chciałaby mieć praski paszport.
Ale po wojnie bała się wrócić do rodzinnego miasta – nie było już w nim nikogo z bliskich, było za to mnóstwo wspomnień: dzieciństwa, młodości, pierwszej miłości. „Kiedy wróciłam, poszłam na Hradczany. Stanęłam przy murze okalającym Hrad i spojrzałam w dół: na sady na Petrzinie, na błyszczące w słońcu praskie dachy i pomyślałam: »Jesteś w domu, moja panno, jesteś w domu«” – opowiada, gdy siedzimy w mieszkaniu, w którym mieszka od kilkudziesięciu lat, w okolicy zwanej Klamovką.
Praga bardzo się zmieniła („gdzieś zniknęły te małe cukiernie”), ale ciągle jest to Praga, w pewien sposób jedyny stały punkt w jej życiu. Mówi, że nie wie, jak się zestarzeć, bo nigdy nie była świadkiem starzenia się bliskiej osoby: matka, babcie, ciotki – wszystkie zginęły, gdy była młoda. Chyba tylko Praga może jej w tej przemianie towarzyszyć. „Im jestem starsza, tym bardziej ją kocham” – wyznaje.

Domy
Urodziła się w dzielnicy Karlin, ruchliwej i głośnej, zamieszkałej przez „Proletarier”. Bardziej związała się jednak z pierwszym samodzielnym mieszkaniem, które wynajęła w wieku 18 lat. Właściwie był to pokoik na poddaszu przy Melantrichovej, na Starym Mieście. W środku mieściła się kanapa, biurko, krzesło, kuchenka elektryczna i mała szafa. Kiedy chciała ją otworzyć, musiała zamknąć drzwi do pokoju, a kiedy chciała otworzyć drzwi, musiała zamknąć szafę.
Liczył się jednak widok z okna: za rzekę, na ukwiecone wzgórza Petrzina (kiedyś Laurenziberg – zauważa), no i sąsiedztwo. Lenka mieszkała pod siódmym, a pod czternastym, w domu „Pod dwoma złotymi niedźwiedziami”, żył pisarz i dziennikarz Egon Erwin Kisch. Starszy o ponad 30 lat, został przyjacielem i nauczycielem początkującej dziennikarki. 
Los chciał, że sąsiadami byli i poza Pragą: na emigracji w Paryżu i w Meksyku. To tam, najpierw do Kischa, potem do Lenki, dotarły wieści z Czech, że Niemcy zamordowali ich bliskich. Na jej pytanie, co teraz robić, Egon odpowiedział: „Żyć dalej”.
Wracając zza oceanu, najpierw trafiła do Jugosławii: z Theodorem Balkiem, jugosłowiańskim lekarzem i pisarzem poślubionym w Meksyku, przyjechali do zrujnowanego Belgradu. Po kilku tygodniach w nieogrzewanym hotelu dostali przydział – jeden pokój w większym mieszkaniu, bez kuchni i z możliwością korzystania z łazienki raz dziennie. Dla Lenki, która wkrótce miała rodzić, było to wybawienie.
Potem było lepsze mieszkanie, ale na belgradzkich domach jakby ciążył mrok. W ich opisach nie ma śladu czaru praskiego poddasza, mansardy pod Paryżem czy skromnych pokoi w Meksyku. Belgrad Lenki to miasto ludzi zmrożonych okrucieństwem wojny, twardych i bezwzględnych, w którym potrzeba znalezienia wanienki do kąpieli dziecka jest fanaberią rozpieszczonej pannicy. We wspomnieniach jugosłowiańskich domów nie ma kwiatów, wazonów i obrazów, którymi zwykła oswajać każde miejsce.
Jest za to o tym, jak do mieszkania przy Placu Terazije wpadli żołnierze, bo pierwszomajowe uroczystości pod ich oknami nieoczekiwanie zaszczycił marszałek Tito – i Lenka z parotygodniową córeczką spędziły kilka godzin pod lufami. Pisała: „Tak wyglądało moje pierwsze święto pierwszomajowe w wyzwolonej Europie”.
W 1948 r. Lenka z mężem przenieśli się do Pragi. Zamieszkali na Smichovie, przy ruchliwej ulicy. Niedaleko jest park, zwany Klamovką. I rezydencja „Bertramka”, która nazwę zawdzięcza pierwszemu właścicielowi, niejakiemu Bertramowi. W XVIII w. mieszkał w niej muzyk Franz Xaver Duszek z żoną Józefiną, a ich gościem bywał Wolfgang Amadeusz Mozart. Czy z powodu powabnej żony Duszka, obdarzonej pięknym głosem, czy dla urokliwości miejsca Mozart wracał tam często, i tam ponoć skomponował „Don Giovanniego”.
Dom Lenki to szara kamienica, którą trudno się zachwycać. Ale, jak pisała, „w Pradze ciągle jeszcze można śnić z otwartymi oczami”. I wyznawała: „Kiedy otworzę szerokie okno na podwórko, a wiatr wieczorny czochra powódź liści w koronie wysokiej topoli i budzi szpaki i wróble ze snu, mam czasem w tej szczególnej godzinie poczucie, jakbym nadal słyszała miękkie tony skrzypiec i dźwięczny głos kobiecy. Mozart nadal jest blisko mnie”.

Miłość
Kiedy po strasznej, czterotygodniowej podróży z Casablanki do Meksyku – spędzonej na pokładzie statku, w tłumie uciekinierów – Lenka wysiadła w porcie Veracruz, obok Giseli (żony Kischa) zobaczyła mężczyznę, którego pamiętała jeszcze z Pragi: Theodora Balka. „To chyba będzie on” – pomyślała.
W Meksyku najpierw razem zamieszkali, potem się pobrali. A kiedy skończyła się wojna, Balk zabrał ciężarną żonę do Belgradu.
Lenka mówi o nim ciepło. Ale kiedy pytam, czy był jej pierwszą miłością – ucina temat zdecydowanie: „Był ktoś – młody prawnik, zginął na wojnie w Hiszpanii. Gdyby przeżył, byłabym z nim”.

Dziecko
Annę urodziła w Belgradzie. Nie mówi o tym. Można się tylko domyślać, jak trudne musiało być wychowanie dziecka w mieście, w którym nie było nic.
Przyjazd do nietkniętej przez wojnę Pragi był powrotem do innego świata. 
A przecież właśnie w Pradze młodą matkę skrzywdzono najgłębiej: półtora roku w więzieniu Ruzynie. Półtora roku bez kontaktu z kilkuletnią córką, bez wieści, bez nadziei. Raz tylko zdjęcie, pokazane z odległości kilku metrów przez śledczego.
„Kiedy mnie wypuścili i odnalazłam rodzinę w Pardubicach, córeczka była w szkole. Mąż poszedł po nią i powiedział jej, że mama wróciła. Mała całą drogę biegła. Ale kiedy mnie zobaczyła, nie chciała do mnie podejść. Stała i patrzyła. Ja też stałam” – Lenka przestaje mówić, jedyny raz podczas naszej rozmowy.
Po chwili, znów silna, kończy z uśmiechem: „Dopiero potem zaczęłyśmy rozmawiać o warkoczach i kokardkach, dotykać swoich włosów. I już było dobrze”.
Anna mieszka dziś w Londynie, Lenka często tam jeździ.

Więzienia
Na temat aresztów Lenka mogłaby sporo powiedzieć. W czasie wojny pół roku w Paryżu w więzieniu La Petite Roquette (w celi, w której ostatnie chwile spędziła Mata Hari). Na początku lat 50. półtora roku w Pradze. Oraz obozy: dla internowanych Rieucros we Francji i Qued-Zem na pustyni Maroka. Niepewność, lęk, zagrożenie. I mnóstwo historii podnoszących na duchu.
Jak wtedy, gdy do francuskiego obozu Rieucros przyjechała pierwsza niemiecka kontrola. W książce wygląda to tak: „»Żydówki w lewo, pozostałe w prawo!«. Francuzki, Włoszki, Hiszpanki i Polki patrzyły po sobie pytająco. »Les femmes juives a gauche, toutes les autres a droite!«, tłumaczyłam cicho. Zimna ręka dotknęła mej zimnej dłoni. Odezwał się kobiecy głos, jasny jak krzyk ptaka w słoneczny, wiosenny poranek: »A gauche, mes filles, tout le monde a gauche!« – w lewo dziewczyny, wszystkie w lewo. Jak warkot werbli, jak Marsylianka, stukały drewniaki po skamieniałej, zmarzniętej ziemi”.
Ale i mnóstwo szczegółów strasznych. Najgorsze z więzienia w Pradze. To tam nie wolno było nic, w dzień nawet siedzieć, stąd wielogodzinne spacery po celi, na 5,5 kroku. „Mówiłam do siebie »Idę« i szłam we wspomnienia, w przeszłość. A potem mówiłam »Wróciłam« i znów byłam w celi” – opowiada.
Pamięta chwilę, gdy uświadomiła sobie, że od pół roku nie widziała nic w kolorze niebieskim (nieba też nie, bo tylko trzy razy była na zewnątrz na spacerze). Dzień, w którym z zawiązanymi oczami zabrano ją samochodem („Zabiją mnie?”), aby wysadzić na łące w środku nocy i zostawić, razem z paczką od męża (owiniętą w papier bożonarodzeniowy) i zwitkiem dziwnych banknotów. Lenka siedziała na ławce do świtu. W paczce był kompot i ciepłe skarpety, które Theodor przysłał do więzienia osiem miesięcy wcześniej. Banknoty były nowymi koronami. Łąka okazała się brzegiem jednego z praskich parków. Była wolna. Ale kiedy doszła do domu, okazało się, że męża i córkę wysiedlono poza Pragę. „Zapomnieli mi o tym powiedzieć” – mówi z ironią. Odnalazła ich po tygodniu, w Pardubicach.
Jak wygląda tamto więzienie, zobaczyła ponad 20 lat po tym, jak z niego wyszła – w filmie dokumentalnym. Bo kiedy tam była, wszędzie prowadzono ją z zawiązanymi oczami. Dopiero w telewizji zobaczyła korytarze, drzwi, kraty.

Praca
Zarabiać na życie postanowiła, kiedy miała 16 lat: finansowa sytuacja w domu tak się pogorszyła, że postanowiła pomóc rodzicom. Najpierw pracowała w firmie papierniczej „Oskar Stein”, potem w 1936 r. trafiła do redakcji „Arbeiter-Illustrierte-Zeitung”, którą z Niemiec Hitlera przeniesiono do Pragi. Zaczęła jako dziewczyna do parzenia kawy, ale szybko została dziennikarką. Do dziennikarstwa wróciła też po wojnie: najpierw w Belgradzie, a potem w Pradze pracowała w radiu.
Po wyjściu z więzienia musiała wyjechać ze stolicy i przez trzy lata kierowała sklepem z porcelaną w Pardubicach. W 1957 r. wróciła do Pragi i do dziennikarstwa – jako redaktor naczelna niemieckojęzycznej wersji czechosłowackiego miesięcznika „Im Herzen Europas”, w którym opublikowała m.in. pierwszy niemiecki przekład tekstów Vaclava Havla. 
Ale nie to uważa za swój największy sukces dziennikarski. „Po śmierci Jana Palacha [dokonał samospalenia w 1968 r., w proteście przeciw inwazji ZSRR – red.] dostałam do redakcji list. Nie miał adresu zwrotnego, autorką była jakaś dziewczyna z Berlina. Miała tyle lat co Jan i najwyraźniej zdecydowała się umrzeć podobną śmiercią. Co robić? Pobiegłam do drukarni, z nowego numeru wyrzuciłam jeden artykuł i zamiast niego napisałam list otwarty o tym, że człowiek musi żyć i chcieć coś robić, i żeby ta nieznajoma tego nie robiła. Pod koniec lata do redakcji przyszła dziewczyna. Nieśmiało się przywitała i po niemiecku powiedziała: »To ja jestem tą pani samobójczynią«. Teraz jest dojrzałą kobietą, jej córka nazywa się Maria-Lenka. To był mój najlepszy artykuł” – pisze Lenka we wspomnieniach.
Wkrótce potem, w 1969 r., dostała zakaz publikowania pod nazwiskiem. Zajęła się tłumaczeniem symultanicznym, to gwarantowało anonimowość. Nie przestawała jednak pisać. I kiedy stało się to możliwe, jej książki zaczęły się pojawiać w księgarniach – nie czeskich, lecz NRD-owskich. Za każdym razem na wydanie książki za granicą musiała mieć pozwolenie z Pragi. Zgodę dostawała, „bo niezręcznie było im zakazywać czegoś, co akceptowało oficjalne wydawnictwo Związku Pisarzy w NRD”.
Po czesku zaczęto ją wydawać dopiero po Aksamitnej Rewolucji. Wcześniej, w 1956 r., ukazała się jedynie jej pierwsza książka „Hranice uzavrzena”, opisująca doświadczenia z wojennej tułaczki. Cały nakład kolejnej – wydanych w 1969 r. wspomnień z praskiego więzienia „Barva slunce a noci” – skonfiskowano.
Tak naprawdę Lenka została odkryta przez Czechów dopiero w ostatnich latach: niemal jednocześnie w 2001 r. wyszły „Kavarna nad Prahou” i „Bez adresy”. W tym samym roku z rąk prezydenta Havla otrzymała odznaczenie za całokształt twórczości. Niedługo do księgarń trafi zbiór opowiadań „Všechny barvy slunce a noci”. Będą to w większości opowiadania z tomu „Barva slunce a noci”, przerobione i uzupełnione. Tytuł jest wzbogacony o słówko „wszystkie”. „Chodzi o to, że można widzieć jedno i drugie” – tłumaczy Lenka.
Może trzeba. Może ponad 30 lat temu nawet jej trudno było to dostrzec.

Kawiarnie
Kawiarnie, picie kawy: urok rytuałów. Czy można sobie wyobrazić większą przyjemność niż usiąść rano w kawiarni, przejrzeć niespiesznie gazetę, przywitać się ze znajomymi, pomyśleć? (Mój dziadek z Krakowa w każde niedzielne przedpołudnie szedł poczytać gazety – francuskie, rzecz jasna – do „Literackiej” przy Plantach, albo do „Olimpijki” na Dietla; obu już nie ma). Zniknęły praskie kawiarnie z młodości Lenki. Te, w których pito hektolitry kawy i rozmawiano do późnej nocy o książkach, sztuce, polityce, życiu.
Może dlatego dla tych, którzy już odeszli, a z którymi nadal chce rozmawiać, wymyśliła swą niebiańską „kawiarnię nad Pragą”. Do ziemskich lokali chodzi rzadko. Jeśli już, to do „Slavii”, jednej z najsłynniejszych praskich kawiarni, nad Wełtawą vis ŕ vis Teatru Narodowego. Tam na początku wieku artyści upijali się wysokoprocentowym absyntem (stosowny obraz nadal wisi na ścianie), tam przed Aksamitną Rewolucją spotykali się dysydenci i punki. Teraz pełno tam turystów.
Poranna kawa i gazety towarzyszyły Lence w czasie wymuszonego pobytu w Paryżu, choć nie był to czas radosny. Pisała: „Czasem, przeleciało mi przez głowę, czasem ta emigracja nie jest taka zła. Bywałam niemal w podniosłym nastroju, kiedy z rana po zaledwie półgodzinnej jeździe pociągiem elektrycznym wysiadałam w Paryżu, szłam do Dzielnicy Łacińskiej, po drodze kupiłam sobie w kiosku wszelkie możliwe gazety z Protektoratu Czech i Moraw [okupowane Czechy – red.], a potem je czytałam przy filiżance café cremé przy stoliczku na bulwarze St. Germain”.
Szczególne były kawiarnie w Casablance, gdzie – po ucieczce z obozu dla internowanych, bez dokumentów i porządnej pracy – czekała na możliwość dostania się do Meksyku. By nie oszaleć z samotności i lęku, tworzyła rytuały: wyjście na pocztę, karmienie konia dorożkarza resztkami bułki, kawa i gazety co dzień przy tym samym stoliku. Żelazne punkty, oswajające długie gorące godziny. Prawdziwe wytchnienie (zapomnienie?) dawała wieczorna wizyta w mauretańskiej kawiarni na końcu Avenue des Quatre Zouaves. Tam można było się napić słodkiej mocnej kawy lub odświeżającej herbaty miętowej. Co ważniejsze, tam spotykali się arabscy studenci i węgierski fotograf (też żydowskiego pochodzenia): młodzi ludzie, żartujący, stwarzający pozory normalności. Aby móc się z nimi napić kawy, Lenka wolała czasem chodzić w dzień głodna.
Kiedyś, w czasie wizyty w jednym z gimnazjów w Niemczech, pewien chłopak z wypiekami na twarzy zapytał, czy w Casablance chodziła do Rick’s Cafe. „Nie miałam siły odpowiedzieć: »Chłopcze, nic takiego przecież nie istniało. Ją wybudował Hollywood«. Odparłam oględnie: »W czasie mojego pobytu jej jeszcze nie było«” – opowiadała w wywiadzie dla czasopisma „Tyden”. Teraźniejszość zmienia przeszłość: bardziej realni są Humphrey Bogart i Ingrid Bergman niż madame Zizou, właścicielka piekarni w Casablance, która bezinteresownie wyleczyła Lenkę z żółtaczki. Albo niż stary generał, Czech i weteran Legii Cudzoziemskiej, który całymi dniami siedział w kafejce z Legią Honorową na piersi i wspominał wyprawy przeciw Berberom.

Poglądy
Na podwórku domu, w którym mieszkała mała Lenka, mieściła się wytwórnia wody sodowej i herbatników. Kobiety tam zatrudnione brały udział w pochodach pierwszomajowych i demonstracjach. Wyjaśniały dziewczynce z porządnego mieszczańskiego domu, że „walczą o lepszy świat”. Znajomość z nimi zapoczątkowała u Lenki coś, co nazywa „spontaniczną solidarnością z pragnieniami uciśnionych”.
Może dlatego kiedy pytam, jakie miała marzenia jako młoda dziewczyna, odpowiada: „Żyliśmy w czasie, w którym nie można było myśleć o sobie – była wojna w Hiszpanii, faszyzm w Niemczech, ludzie musieli emigrować”. Do tej „spontanicznej solidarności” nie zniechęcił Lenki nawet pobyt w komunistycznym więzieniu, bo kiedy z niego wyszła, znów zapisała się do partii.
Złudzenia straciła po inwazji ZSRR na Czechosłowację w 1968 r. Ale lewicowe przekonania ma do dziś. „Bóg zapłać za demokrację, ale nie wydaje mi się, żeby się nam jakoś nadzwyczajnie udała” – mówiła w tygodniku „Domino Forum”. Świat ma dla niej wciąż tyle wyzwań co wtedy, gdy miała 18 lat. „Nie mogę tylko zrozumieć internetu. Pani mówi, że czytała o mnie w internecie. Jak to – w internecie? I czemu ja o tym nie wiem?” – zdumiewa się.

Anioł
Za oknem praskiego mieszkania Lenki zapada wieczór. „Chyba się zmęczyłam” – starsza pani zaznacza koniec rozmowy. Ale jeszcze nie. Jeszcze mówi. „Pamiętam. Pamiętam jak dziś, siedzieliśmy z mężem na tej kanapie i oglądaliśmy w telewizji pierwszy krok człowieka na Księżycu, na tym samym, który świecił przez okno. Kiedy to było? Kiedy byłam młoda, nikt nawet nie pomyślał, że to możliwe, a teraz dla wszystkich to historia. A pamiętam to tak dokładnie. Ile pomieści jedno życie?” – pyta.
Żegnam się, wychodzę na spokojną Klamovkę. Wsiadam do tramwaju, podjeżdżam do stacji metra Andiel (czyli Anioł). Wielki przeszklony budynek, zaprojektowany przez francuskiego architekta Jeana Nouvela, pokrywają cytaty ze światowej literatury: wszystkie o aniołach. W zamyśle autora zaokrąglona, wygięta budowla miała przestawiać anioła, dobrego ducha osłaniającego ludzi i komunikacyjną tętnicę miasta.
Do prażan jakoś to przesłanie nie trafia, dzieło nie jest podziwiane. Ale tego wieczora wydaje się być na swoim miejscu. „Ja chyba mam swojego anioła. Nie, nie anioła stróża. Tego mojego nazywam Hausengel. Kiedy już nie mam siły, proszę go o pomoc” – przypominam sobie słowa Lenki. Może ten Anioł Domowy pomógł jej przeżyć. I to tak, że nadal się uśmiecha, z lekkością.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 41 (2779), 13 października 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl