Zawiej

Ks. Adam Boniecki



Do notatki Pawła Kądzieli i wspomnienia Bronisława Mamonia o Jerzym Zawieyskim („TP” 40/2002) chcę dodać dwa szczegóły. Gdy Zawieyski w latach 1953-56 z racji ideowych nigdzie nie drukował, znalazł się w ciężkiej sytuacji nie tylko materialnej, ale i moralnej. Przecież w każdej chwili mógł opublikować swoje utwory, a pisał stale... do szuflady. Powiedział mi wtedy: „Jestem prowadzony krawędziami pokus”. Pokusą była permanentna gotowość PAX-u, który Zawieyskiemu proponował wydanie jego dzieł. Przy jego konstrukcji psychicznej „stan niebytu”, który wybrał, był szalenie trudny. U Zawieyskiego była to naprawdę dramatyczna walka o wierność podstawowym zasadom.
Paweł Kądziela wspomniał, że w tym czasie Zawieyski odbywał wieczory autorskie w seminariach duchownych. Był i u nas – to znaczy u marianów. Wywiezione przez służby bezpieczeństwa z Bielan i przymusowo osadzone na Warmii (w Gietrzwałdzie) nasze seminarium usiłowało jakoś funkcjonować. Pobyt Zawieyskiego (pozostał kilka dni) był dla nas wielkim przeżyciem. Czytał nam swoje dramaty. Jak on je czytał! Pamiętam, że dramat o Hiobie („Mąż doskonały”) w kontekście otaczającej nas rzeczywistości, sytuacji skazanego na milczenie pisarza, niepewności jutra zrobił na nas ogromne wrażenie.
Tamten cierpiący Zawieyski miał sens, był znakiem sprzeciwu i trwania. Późniejsze zaangażowanie się w politykę (po 1956) on sam również traktował jako cierpienie. W szczerych rozmowach przedstawiał to jako swoją drogę krzyżową. Był świadom swej nieskuteczności. Mówił mi, że nawet nie jestem w stanie wyobrazić sobie, jakie musi znosić przykrości i upokorzenia. Milczałem, bo nie miałem śmiałości spytać, po co to robi. Nie śmiałem powiedzieć mu, że to nie ma sensu, że nie jest politykiem, lecz pisarzem. Zresztą podejrzewałem, że on to wie. Był człowiekiem zbyt przenikliwym, wrażliwym i inteligentnym, żeby tego nie widzieć. Było mi go żal, kiedy nawet przyjaciele (oczywiście nie w oczy) z niego pokpiwali. Był – wydawało się – tragiczny, ale i jakoś niepoważny w tym, co robił, jakby nie na swoim miejscu.
I przyszedł Marzec ’68, odważna interpelacja Koła Posłów „Znak” i przemówienie Jerzego Zawieyskiego na plenarnym posiedzeniu Sejmu 10 kwietnia. Słuchając go wtedy przez radio wiedziałem, że jest to wielkie (wspaniale wygłoszone!) i ostatnie przemówienie Zawieyskiego w Sejmie. Władze PRL takich rzeczy nie puszczały płazem. To wystąpienie w obronie godności i wolności człowieka było na Wiejskiej czymś bez precedensu. I wtedy zrozumiałem sens jedenastoletniej działalności publicznej Jerzego Zawieyskiego. Była potrzebna, aby te słowa zostały wypowiedziane i usłyszane.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 41 (2779), 13 października 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl