Mieszaniny


Proteusz, czyli „Dzienniki” Gombrowicza

Jan Błoński




„Dzienniki” Gombrowicza są bardzo szczególną spowiedzią. Pisarz nie zmierza do zgłębienia własnej jaźni, do rozjaśnienia zagadki, jaką jest on sam dla siebie, ani też nie pragnie prawdy o sobie i świecie. Więcej: zmierza do zburzenia takich pojęć jak prawda, piękno, miłość et caetera... w imię czego?... W imię gry, którą chciałby prowadzić z czytelnikami. Twórczość jako gra jest niewątpliwie celem, który zdaje się przyświecać Gombrowiczowi.
Spędziłem z Gombrowiczem zaledwie kilka dni, aby się przekonać, że nie zajmował się on niczym innym, jak samym sobą, spostrzegłem też szybko, że mówi często to, co właśnie napisał: jedność człowieka i pisarza zdawała się zaiste doskonała.
Ale czego właściwie chciał Gombrowicz od literatury (czy ogólnie sztuki)? Otóż właśnie: ten człowiek, tak zdawałoby się wyniosły, pewny siebie, w zachowaniu pański, jakby władczy... nie przestawał szukać i tęsknić do innych ludzi, ciekawił się ich osobliwością i nieprzewidzialnością. Nie przestawał dawać do zrozumienia, że w każdym ludzkim przedsięwzięciu nigdy nie jesteśmy sami, i to właśnie – to bycie razem – stanowi istotną treść naszego życia. Potrzeba drugiego człowieka spełnia się oczywiście najpełniej w miłości i to tym bogaciej, im ta miłość jest mniej interesowna i bardziej wysublimowana.
Pod koniec życia Gombrowicz powiedział o sobie, że jest człowiekiem niezdolnym do miłości, oskarżając enigmatycznie matkę, że tę właśnie zdolność w nim poraziła, a to mianowicie swoim niezamierzonym komedianctwem. Jest zatem chyba tak, jakby Gombrowicz chciał nieustannie zbliżyć się i zmierzyć z wszelkimi ciekawymi, twórczymi, oryginalnymi ludźmi, ale obecność drugiego porażała go i zmuszała do zamknięcia w sobie... i tym samym narażała go na dziwactwo, kaprys, obronne wykrzywienie. Podwójny gest pragnienia i ucieczki (czy odmowy) zdaje się budować jego twórczość i nadaje jej nieraz osobliwe i zaskakujące oblicze.
Gombrowicz był całkiem świadomy swej wielostronnej wyobraźni. Jego powieści, sztuki i dzienniki zdają się czasem bluźniercze, szokujące, a na pewno paradoksalne. Jego niezwykle rzadką zdolnością była umiejętność literackiej gry na różnych pomysłach, stylach, chwytach. Prosił też nieraz czytelników, aby nie brali go za „taniego demona”: ja jestem po stronie porządku, sprawiedliwości, uczciwości, jestem po stronie Boga, w którego nie wierzę... Ale zarazem zaciekła ciekawość innego człowieka, dziwności i osobliwości ludzkiej każe mu wglądać w osobliwość Hitlera, którego cień snuje się po jednej z partii „Dziennika”...
Częściej jednak głosił Gombrowicz pochwałę „średnich temperatur” i polską skłonność do kompromisu: kultura polska, twierdził, jest w istocie sąsiedzka, rozsądna i nieskłonna do przekraczania granic „ja”. Inna rzecz – dawał do zrozumienia – ze sztuką, ta musi być zachłanna, bezwzględna, zaborcza; jeszcze jeden paradoks, którym lubił się bawić Gombrowicz.
Powtarzał też często, że prawa sztuki nie są prawami życia i że rzetelny artysta winien pozostawać na uboczu i nie roić sobie, że potrafi poruszyć – a tym bardziej zawładnąć – tłumami. Jeszcze to jedna osobliwość Gombrowicza, może najbardziej osobliwego powieściopisarza, na jakiego natrafiliśmy w XX wieku, a to chyba niemało powiedziane.
Jak widać, Gombrowicz nie bał się sprzeczności i miał słuszność, bo całość ludzkiego współżycia jest tak zawiła i wieloraka, że muszą istnieć w niej różne hierarchie, perspektywy, porządki wartości... i musimy się z tym pogodzić, a nawet powinniśmy tę rozmaitość pielęgnować. Ale skoro tak, to musimy także znosić, ba, zachęcać tych, którzy domagają się jednoznacznych przekonań i bezwzględnych opinii, i działań absolutnie koniecznych... Gombrowicz był oczywiście świadom nierozwiązywalności tych różnic i przeciwności. Ale też wcale do żadnych rozwiązań nie zmierzał. Jak sam przyznawał, chciał tylko wglądać – nie zaś uczyć – w ludzkie sprawy i przeświadczenie. Myślę nawet, że treść tych przeświadczeń była mu – w znacznej mierze – obojętna. Ale samo docieranie do rozmaitości, niezwykłości ludzkiej było dla niego fascynujące.
Gombrowicz nie był bynajmniej rewolucjonistą. Przeciwnie, w jego sceptycyzmie było sporo rysów konserwatywnych. Ale też nie zmierzał do innego celu, jak skarb, którym jest rozpoznanie i zmierzenie się z drugim człowiekiem. Co go prawdopodobnie fascynowało, to radość poznania, uchwycenie sekundowego choćby zrozumienia drugiego człowieka. Obojętne kim byłby ten drugi, inny i na chwilę przeniknięty, obojętne.
Możliwe, że w tej ciekawości drugiego człowieka było coś erotycznego, bezsporne jednak, że ta próba wczucia się w bliźniego, uchwycenia go w jego odmienności, szczególności, jedyności... miała w sobie coś niezwykłego i zarazem patetycznego. Przeżywać zagubienie wśród tysiąca jednostek, wśród tysiąca ludzkich form i masek, rozpoznawać wciąż nowe czy nieznane drogi do jednostkowego, niepowtarzalnego człowieka, cóż to za niezwykłe, szlachetne zadanie!


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 41 (2779), 13 października 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl