Przyszłość jest nieodgadniona

Z Przemysławem Wojcieszkiem, reżyserem i dystrybutorem filmu „Głośniej od bomb”, rozmawia Anita Piotrowska



ANITA PIOTROWSKA: – Rok temu Pana film „Głośniej od bomb” był jednym z najciekawszych debiutów festiwalu w Gdyni. Potem ten film przepadł, choć podobno znalazł dystrybutora. Co takiego się wydarzyło?
PRZEMYSŁAW WOJCIESZEK: – Dla mnie festiwal w Gdyni to impreza bez większego znaczenia artystycznego, promocyjnego czy handlowego. Nie ma ona wpływu na liczbę widzów w kinach i na to, czy film wchodzi na ekrany, czy nie. Tuż po festiwalu rzeczywiście znalazłem dystrybutora – miał nim być czołowy dystrybutor filmów artystycznych w Polsce. Ale firma kilkakrotnie przekładała termin premiery. Założyłem więc własną firmę i teraz ja rozporządzam tym tytułem, co bardzo mi odpowiada. A wszystko mogło się skończyć tak, jak w 99 proc. przypadków w tym kraju, tzn. film wchodzi na ekrany, pożyje na nich przez chwilę, produkcja się nie zwraca, dystrybutor wychodzi na mały minus, a reżyser ma tylko satysfakcję, że film w paru kopiach pojawił się w kinach. 

Dwie role
Czy te dwie różne role: twórcy i dystrybutora, nie pozostają w konflikcie? Jeden tworzy i stara się przemawiać własnym głosem, drugi musi to korzystnie sprzedać.
– To się układa bardzo różnie. Teraz na przykład walczę, by moja firma przetrwała pierwszy, najtrudniejszy okres. Interesuje mnie zbudowanie własnej sieci dystrybucji. Jeżeli się okaże, że rynek jest wystarczająco głęboki, że zwrócą się nakłady i jeszcze na tym zarobię, wtedy dopiero będę mógł zrobić film korzystając z własnych środków. Chciałbym pokazywać swoje filmy publiczności studenckiej, ludziom wykształconym, którzy kierują się przemyślanym wyborem: idą do kina na film, a nie do centrum handlowego na zakupy. 
Mówi Pan o dystrybucji nie tylko własnych filmów, ale również zagranicznych.
– Tak. Jeśli nie zbankrutuję pokazując „Głośniej od bomb”, jeszcze w tym roku spróbuję wypuścić na polski rynek pokazywany w Cannes belgijski film „Syn” braci Dardenne. Nabyłem prawa, metodą rat co prawda, do bardzo dobrego chińskiego filmu pt. „Tajemne rozkosze”. Najłatwiej jest „na dzień dobry” dystrybuować kino europejskie: filmy można tanio kupić i jeszcze uzyskać wsparcie ze strony takich funduszy jak np. Eurimages. 
Bardzo chciałbym promować kino artystyczne. Wielkich pieniędzy na tym nie zarobię, ale mam nadzieję, że będę mógł przynajmniej z tego wyżyć. Liczę też, że sytuacja w Polsce kiedyś zmieni się na lepsze, że moi dawni inwestorzy powrócą do życia (mam na myśli Canal+ i Agencję Produkcji Filmowej), albo inne instytucje powstaną na ich miejsce i będę mógł zrealizować swój kolejny scenariusz, a przy okazji być jego dystrybutorem. Dzięki temu będę sprawował kontrolę nad każdą złotówką, która wypływa z kin. Dystrybucja to pole do gigantycznych manipulacji; można dowolnie zawyżać koszty i jest to praktycznie nie do wykrycia. Cieszę się, że ominąłem tę pułapkę. Jeśli stracę, będę przynajmniej wiedział, że rynek jest za mały albo że ludzie mnie nie lubią i nie powinienem robić filmów.
Bardzo dużo dał mi wyjazd do Stanów: tam młodzi ludzie kręcą filmy za pieniądze własne lub pożyczone od rodziców i jeżeli okaże się, że film nie jest dość komercyjny, to albo odkładają go na półkę i biorą się za następny, albo zaczynają go dystrybuować na własną rękę, nawet jeśli oznacza to samodzielne rozwożenie kopii do kin. 
Skończyłem niedawno scenariusz, nad którym pracowałem cały poprzedni rok. Kiedy kilka miesięcy temu wróciłem z zagranicy, sytuacja zmieniła się całkowicie: zdążył paść Komitet Kinematografii i Agencja Produkcji Filmowej, która wstępnie zaakceptowała scenariusz, Canal+ przestał produkować filmy. Żebrząc w Warszawie o pracę, dowiedziałem się, że mogę pisać najwyżej odcinki do seriali i nikogo nie obchodzi, że zrobiłem kiedyś film. Nie ma miejsca dla kolesia z pretensjami. Miałem wybór: wracać za ladę wypożyczalni wideo albo pisać scenariusze do telenowel i spalić się ze wstydu. Wtedy pojawił się pomysł dystrybucji: jest to bowiem dziedzina, która jeszcze jako tako funkcjonuje, może dlatego, że w największym stopniu opiera się na zasadach rynkowych. Postanowiłem wejść w pewną niszę, tym bardziej, że kilku dystrybutorów kina artystycznego albo padło, albo zmienia profil swej działalności i zaczyna inwestować przede wszystkim w przeboje. 
Jednak ciągle trafiają do nas filmy z rynkowego punktu widzenia całkowicie nieważne, jak choćby „Paradox Lake”, który niebawem zobaczymy na ekranach.
– Jego dystrybutor, firma Gutek Film, jest na naszym rynku potentatem w tej dziedzinie. Ma świetne kontakty na świecie, ale stawia przede wszystkim na największe nazwiska kina artystycznego, europejskiego czy niezależnego. Jest to chyba jedyna firma, która konsekwentnie takie kino pokazuje, ale nie wydaje mi się, żeby na drugą nie było miejsca. Nie ukrywam, że interesuje mnie także dystrybucja amerykańskich filmów niezależnych, jak choćby film „L.I.E.” nominowany obok słynnego „Memento” do Independent Spirit Award. Na razie jednak całą moją działalność prowadzę na różnych kredytach bądź opóźnionych płatnościach, więc staram się nie rozpędzać.
 
Nowy rozdział?
Jak odnajduje się Pan w środowisku filmowym? Bez wykształcenia filmowego...
– Kiedyś mi to przeszkadzało, teraz już nie. Reżyserem jestem raczej słabym, pisanie za to idzie mi całkiem dobrze. Czuję, że brak mi wiedzy technicznej. Zresztą wielu reżyserów, i to takich, których szanujemy, nie ma wielkiego pojęcia o technice. Obejrzałem w życiu masę filmów i szybko udało mi się wystartować. Zaczęło się od scenariusza do filmu „Poniedziałek”. Po obejrzeniu gotowego filmu byłem załamany, bo poświęciłem temu tekstowi bardzo dużo czasu i emocji, a tu ktoś przyszedł i go zmasakrował. Ale potraktowałem to jak lekcję. Chciałem, by moja obecność na planie była od tej pory bardziej znacząca i tak zająłem się reżyserią. Kiedy patrzę na biografie moich rówieśników z Francji, którzy robią po 2 filmy rocznie, to łza się w oku kręci. Ja jestem dopiero na początku drogi i jeszcze mogę się zastanowić, co zrobić ze swoim życiem, ale współczuję moim starszym kolegom, zwłaszcza aktorom. Nasza kinematografia, jaka była, taka była, ale przynajmniej wielu ludzi miało pracę. Dziś towarzystwo się rozproszyło, nawet Bogusław Linda prowadzi teleturnieje. 
Wiosną miały rozpocząć się zdjęcia do mojego nowego filmu. Potem wyjechałem na znaczący dla młodych reżyserów festiwal Slamdance, z którego wielu amerykańskich kolegów wróciło z umową o pracę. Usłyszałem tam wiele ciepłych słów, ale przekaz był jeden: przyjedź za rok z jakąś większą produkcją. Po powrocie okazało się, że nic z tego nie będzie, bo nie ma pieniędzy. Dlatego przyszłość wydaje mi się dziś nieodgadniona. Myślę, że jedynym sposobem na uzdrowienie polskiego kina byłyby potężne odpisy podatkowe dla firm. I żadne ochłapy w postaci 20 mln na całą kinematografię tego nie zmienią. Obawiam się, że do tych pieniędzy wystartuje paru kolegów i na tym się skończy. Oczywiście można starać się o dofinansowanie z UE, wchodzić w jakieś koprodukcje, ale wtedy są to budżety o dosyć wysokich pułapach. Trzeba mieć w portfelu jakieś 200 tys. euro, by w ogóle taką produkcję zacząć. 
Czy młody twórca filmowy może dzisiaj liczyć na wsparcie ze strony starszych kolegów, czy jest całkowicie osamotniony? Mówi się, że nie ma już relacji: mistrz – uczeń.
– Mnie się jeszcze udało. Dzisiejsi debiutanci, zależni czy niezależni, są w dużo trudniejszej sytuacji. Pierwszą osobą, która pomogła wprowadzić w życie mój pomysł, był Krzysztof Zanussi. Jego firma, Zespół Filmowy „Tor”, skierowała mój scenariusz do Canal+ i oni zapewnili mi połowę finansowania. Gdyby nie dobra opinia Zanussiego, ten projekt wszedłby w życie dużo później, film powstałby w dużo gorszych warunkach i pewnie byłby bardziej ułomny. Drugą osobą, która we mnie uwierzyła, był Paweł Mossakowski z Canal+, choć było to z jego strony spore ryzyko. Dzisiaj, po tym, jak zawalił się system polegający na corocznym składaniu pakietów, zostaliśmy wrzuceni w coś zupełnie nowego. Ale może jest to dobry moment, by zacząć nowy rozdział. 

Wykorzenienie
Wróćmy do Pana ostatniego filmu „Głośniej od bomb”. Jak przyjmowany był za granicą?
– Nawet lepiej niż w Polsce, choć ostrzegałem przed projekcją, że to film tylko dla Polaków. Wielu ludzi było zdziwionych: oczekiwało, że skoro film z Europy Wschodniej, to musi być o bezdomnych, bosych dzieciach, zbieraczach odpadków – a tu film o ludziach, którzy mają ambicje i próbują coś pożytecznego zrobić ze swoim życiem, próbują nadawać mu sens i traktować siebie serio. Młoda inteligencka widownia anglosaska przyjęła ten film nawet lepiej niż polska. W filmie jest wiele nawiązań do mojej ulubionej grupy „The Smiths”, której ikonografią – tekstami, okładkami płyt – inspirowałem się. Dla Polaków jest to warstwa prawie nieczytelna. Co zabawne, ten film bardzo podzielił widownię polonijną. Jednym bardzo się podobał, bo choć pokazuje Polskę jako kraj, w którym jest bieda i ludzie mają problemy, to jednak daje pewną nadzieję. Ale inni zobaczyli w nim coś zupełnie innego: jak żałośni są Polacy, jak przerażająco bezradni i skazani w swoich wysiłkach na klęskę. Cieszyli się, że udało im się wyjechać z tego kraju. 
Czy Pana film można uznać za głos pokolenia wchodzących właśnie w życie 20-latków? Pokolenia ludzi wykorzenionych? Pokazuje pan świat, w którym wybierać można bez ograniczeń, ale w gruncie rzeczy Pana bohaterowie dopiero uczą się dokonywać wyborów. Dopiero w obliczu tak fundamentalnych problemów, jak śmierć ojca, prawdziwa miłość – próbują z wielkim trudem coś wokół siebie definiować.
– Ten film ilustruje stan mego umysłu sprzed 3 lat. Nie wierzę w coś takiego jak pokoleniowa wspólnota z ludźmi, których znam i którzy są w moim wieku: każdy jest zupełnie inny. Od 8 miesięcy jestem ojcem i moje kontakty z rówieśnikami są minimalne. Jeśli chodzi o wykorzenienie, to rzeczywiście jest ono powszechne. Zwłaszcza w moim pięknym mieście Wrocławiu, w którym to, co najwartościowsze i najpiękniejsze, zostawili po sobie Niemcy, a cała reszta to ciągnące się po horyzont blokowiska. Zawsze intrygował mnie fakt, że ludzie tutaj mieszkający są jedynie gośćmi i czułem, że nienajlepiej sobie z tym radzą. 
Mój nowy scenariusz w jeszcze większym stopniu zajmuje się tematem wykorzenienia. Opowiada o dwóch braciach, którzy dziedziczą dom we wsi koło Jeleniej Góry i jest to miejsce też jakby odziedziczone po poprzednich mieszkańcach tej ziemi. „W dół kolorowym wzgórzem” będzie mocnym filmem o woli życia, o podejmowaniu wyborów i szukaniu punktu zaczepienia w obcej rzeczywistości. Widocznie temat wykorzenienia głęboko we mnie tkwi.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 40 (2778), 6 października 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl