Nowe-stare Niemcy i świat


„Niemiecka droga” donikąd?

Joachim Trenkner z Berlina



Schröderowi gratulowali wszyscy: i Tony Blair, i Jacques Chirac, i Władimir Putin, i Aleksander Kwaśniewski. No, prawie wszyscy: najważniejszy sojusznik Niemiec, Stany Zjednoczone, zachował znaczące milczenie: z Białego Domu nie padło ani jedno oficjalne zdanie. Bush jest obrażony. Jedynie półoficjalna wypowiedź prezydenckiej doradczyni do spraw bezpieczeństwa Condoleezzy Rice wyjaśniła, o co chodzi: „Nasze stosunki są zatrute”. Nie ma wątpliwości: przedwyborcza taktyka Schrödera była błędem.


O co poszło? Otóż Schröder złamał tabu: gdy jego SPD osiągała coraz gorsze wyniki w sondażach, kanclerz uczynił z ewentualnego uderzenia na Irak temat kampanii wyborczej, wypowiadając się otwarcie przeciw USA i wykluczając udział Niemców w operacji w Zatoce, nawet z mandatem ONZ. Było jasne, dlaczego uderzył w taki ton: na lewicy zyskał przeciwników Busha i pacyfistów, na prawicy apologetów „niemieckiej drogi” – bo i taką formułą, niezbyt szczęśliwą z historycznego punktu widzenia, posłużył się kanclerz.
Retoryka Schrödera w sprawie Iraku – i jego działania podczas powodzi – doprowadziły w końcu czerwono-zieloną koalicję do (minimalnego) zwycięstwa. Ale proporcjonalnie do rosnącego poparcia dla SPD w sondażach, pogłębiał się rozdźwięk z amerykańskim partnerem. I gdy w końcu minister sprawiedliwości w bezmyślnym słowotoku porównała Busha do Hitlera, stosunki USA–Niemcy doznały naprawdę poważnego uszczerbku. August Bebel, XIX-wieczny „praojciec” socjaldemokracji w Niemczech, powiedział kiedyś, że „antysemityzm to socjalizm głupców”. Podobnie rzecz się ma z niemieckim antyamerykanizmem – a Schröder, spadkobierca Bebla, nie jest tu bez winy.
Teraz, po wyborach, przyszedł czas na minimalizowanie strat. Nawet jeśli sekretarz obrony Daniel Rumsfeld podczas warszawskiego spotkania ministrów obrony NATO nie raczył nawet spojrzeć na niemieckiego kolegę, to za pierwszy pojednawczy krok należy uznać gotowość Niemiec do przejęcia dowództwa nad międzynarodowym kontyngentem w Afganistanie. W ślad za nim nastąpią inne, co zapowiada choćby krótka wizyta Schrödera u swego przyjaciela Blaira, budowniczego transatlantyckich mostów między Europą a USA, i „najlepszego przyjaciela Ameryki”.
Nie ulega wątpliwości: przedwyborcza taktyka Schrödera była błędem. Ale czy znaczy to, że kanclerz jest osamotniony w swych zapatrywaniach na kolejną wojnę w Zatoce? Także gdzie indziej mnożą się głosy, przestrzegające przed uderzeniem na Irak. Prezydent Chirac oświadczył, że wojna przeciwko Husajnowi nie jest nieunikniona; w końcu wojna jest zawsze najgorszym z rozwiązań. Co więcej, Chirac będzie na pewno oponować przeciw amerykańskiej strategii uderzeń prewencyjnych. Takie stanowisko nie różni się zbytnio od słów Schrödera, że „Bliski Wschód nie potrzebuje nowej wojny, ale nowego pokoju”. Poza tym w samych Stanach rośnie sprzeciw wobec twardego kursu Waszyngtonu. 
Czy Schröder nadwerężył stosunki amerykańsko-europejskie? Być może popsuł atmosferę, ale wzajemne zależności gospodarcze, kulturowe i polityczne są zbyt silne, by mogły zostać trwale podkopane przedwyborczą retoryką czy głupimi porównaniami. Patrząc obiektywnie na minione 4 lata czerwono-zielonej polityki zagranicznej, trudno nie dostrzec, jak solidnym i wiarygodnym sojusznikiem były Niemcy. Polityka Fischera przyczyniła się do zahamowania mordów w Kosowie, a jego moralnie motywowana lojalność wobec Izraela nie budzi wątpliwości. Z kolei kanclerz powiązał głosowanie nad wysłaniem żołnierzy do Afganistanu z wotum zaufania dla rządu – opozycyjna CDU zagłosowała wtedy przeciw – wprawdzie z taktycznych pobudek, ale w istocie przeciw niemieckiemu udziałowi w wojnie z terrorem.
Ludzie tworzą historię... Nie jest tajemnicą, że między Schröderem a Bushem nie ma dobrej „chemii”. Różnice w stylu politycznym i prywatnym są ogromne. Polski prezydent, który ofiarował się jako mediator między Berlinem a Waszyngtonem, nie ma tu powodów do zmartwień: on i Schröder nadają na tych samych falach, i w polityce, i w życiu prywatnym. Zwycięstwo dotychczasowej koalicji to kontynuacja w kontaktach niemiecko-polskich. Nie wiadomo, jak by się kształtowały, gdyby rządził konserwatywny Stoiber, do którego politycznych przyjaciół należy Związek Wypędzonych. Ale na pewno szybko zbudowano by wtedy w Berlinie podlane narodowym sosem „Centrum przeciwko Wypędzeniom”.


Przełożył Marek Zając


Joachim Trenkner – wieloletni reporter amerykańskiego tygodnika „Newsweek” i dziennikarz niemieckiej telewizji publicznej, mieszka w Berlinie. Stale współpracuje z „TP”.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 40 (2778), 6 października 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl