6 października Jan Paweł II kanonizuje założyciela Opus Dei


Szaleństwo Josemarii

Jan Strzałka



Jedni oskarżali go o herezję i stworzenie sekty masońsko-żydowskiej. Inni podziwiali, oczekując, że za jego sprawą w Kościele dokona się prawdziwa rewolucja. Oskarżenia o herezję i spiskowanie odrzucał, ale kiedy wrogowie nazywali go szaleńcem, nie przeczył. Powiadał, że należeć do takiego „domu wariatów”, jaki stworzył, to zaszczyt.



Josemaria Escriva de Balaguer chciał być szalony, ale w imię miłości Boga. Jego obłęd przybrał charakter marzycielskiej wizji prowadzenia świeckich do świętości nawet wtedy, gdy ci oddają się skromnej pracy lub gdy pośrodku hałaśliwej ulicy spełniają prozaiczne czynności. Dlaczego tej prozy codzienności – pomyślał Escriva – nie zamienić w heroiczną poezję? Człowiek ma czynić sobie ziemię poddaną, św. Józef był rzemieślnikiem, Stworzenie świata było pracą, podobnie jak i Zbawienie człowieka przez ofiarę na krzyżu... Skoro każdy musi pracować, to czy nie jest to najprostsza droga do świętości, do której wszyscy jesteśmy wezwani? Z takich pytań zrodziło się Opus Dei, fenomen teologiczny, pasterski i społeczny. Dzieło wzbudziło wówczas zachwyt i kontrowersje. Budzi je nadal, mimo – a może dzięki – uznania Stolicy Apostolskiej, beatyfikacji Escrivy i w końcu jego kanonizacji. 
W 1928 r. wokół ks. Escrivy skupiło się kilku świeckich z Madrytu. Dziś do Opus Dei należy kilkadziesiąt tysięcy świeckich i kapłanów rozsianych po wszystkich kontynentach. Wraz z upadkiem komunizmu Opus pojawił się też w Polsce. „Czy znasz większe szaleństwo niż to, aby pełną garścią rzucać na ziemię złociste ziarno aż zgnije? – pisał Escriva. – Ale bez tego hojnego szaleństwa nie byłoby żniwa”. 

Uparty Aragończyk
Przyszedł na świat 9 stycznia 1902 r. w aragońskim miasteczku Barbastro. Jose Escriva, jego ojciec, był zamożnym kupcem, matka Dolores pochodziła zaś z nobliwej rodziny. Kiedy don Jose popadł w tarapaty finansowe, rodzina Escrivów znalazła się na skraju nędzy. Mimo braku pieniędzy, rodzina wiodła życie godne, a w domu panowała pogoda i szczęście. 
Josemaria był świadom kłopotów ojca i podziwiał hart, z jakim walczył on o przetrwanie. Widział, że choć don Jose „cierpiał jak nowy Hiob”, nic nie mogło odebrać mu wiary i radości życia. Wspominając po latach dom rodzinny, założyciel Opus Dei wyznał, iż ojciec przekazał mu ów hart ducha. Kiedy czuł, że grunt usuwa mu się spod nóg, nigdy nie rozpaczał – wspominał syn. Kilkadziesiąt lat później, kiedy podczas wojny domowej Josemaria przez półtora roku ukrywał się przed zrewoltowanymi rodakami – najpierw w szpitalu psychiatrycznym, potem w ambasadzie Hondurasu – myślał pewno o ojcu pisząc: „Nic się nie dzieje, nawet jeśli ziemia usuwa się spod nóg. Groźna jest tylko niewierność, zerwanie łączności z Bogiem”. 
Ojcu zawdzięczał też powołanie kapłańskie. Wprawdzie młody Escriva wydawał się zwyczajnym chłopcem, potajemnie dojrzewała w nim myśl wstąpienia do seminarium. Kiedy wyjawił to rodzicom, ojciec nie protestował, choć martwił się o pieniądze konieczne dla edukacji syna i nalegał, by oprócz teologii skończył uniwersyteckie studia prawnicze. 
Wstąpił do seminarium mając szesnaście lat. Nigdy nie taił, że choć był posłuszny Bogu, nie rozumiał, dlaczego Stwórca wzywa go do kapłaństwa. Wyjaśniło się to później, w kilka lat po święceniach: 2 października 1928 r. w Madrycie, kiedy ks. Escriva nagle ujrzał ideę apostolstwa świeckich. 
Ojciec nie dożył tego momentu, umarł nim syn został wyświęcony. Dożyła natomiast matka. Dolores Escriva zamieszkała wraz z Josemarią w Madrycie, a kiedy syn założył pierwszy dom Opus Dei, wspomagała wspólnotę wykonując proste czynności domowe. Wiodła życie ciche, ale czy nie była to egzystencja, jakiej jej syn domagał się od chrześcijan? Życie ma być heroiczne jak poezja. Nawet jeśli ceruje się bieliznę lub sprząta dom. Dolores zdolna była też do prawdziwego bohaterstwa. Podczas wojny domowej, gdy księżom i ukrywającym ich wiernym groziła śmierć, schowała w sienniku dokumenty Dzieła. Zmarła w roku 1941. 
Josemaria do końca życia mówił z aragońskim akcentem. Kiedy w 1928 r. przystąpił do budowania Dzieła, posiadał tylko „dwadzieścia sześć lat, dobry humor i łaskę Bożą”. Miał jeszcze wrodzony Aragończykom upór.

Uświęcenie przez pracę 
Po święceniach i studiach prawniczych w Saragossie, w 1927 r. udał się do Madrytu, by pracować nad doktoratem z prawa. Zajmował się też zwyczajnymi obowiązkami duszpasterskimi, szczególną troską darząc nędzarzy i umierających na nieuleczalną wtedy gruźlicę. 
2 października 1928 r. usłyszał dzwon z pobliskiego kościoła i nagle pojął, że Stwórca chce, by oddał się apostolstwu świeckich, by przez pracę prowadził ich ku świętości. Jak na owe czasy było to zadanie rewolucyjne: laikat w Kościele miał być doceniony oficjalnie dopiero przez Sobór Watykański, zaś świętość w owych czasach – wydawało się – osiągnąć można jedynie w klasztorze: poprzez ascezę i wyrzeczenia. Tymczasem Josemaria przypomina zapomnianą prawdę ewangeliczną: każdy jest wezwany do świętości, można ją osiągnąć nie wyrzekając się mentalności świeckiej, nie uciekając od świata, nie gardząc nim, aktywnie uczestnicząc w życiu społecznym, angażując się w politykę, kształtując z miłością rzeczywistość. Toteż każdy może być świętym: sprzątaczka i wyrafinowany intelektualista. Każdy robiąc to, co do niego należy. 
Escriva powoływał się na Ewangelię: człowiek jest stworzony dla pracy, która nie jest przekleństwem, lecz błogosławieństwem. Upominał się, by ludzkiej pracy przywrócić godność. W tych latach świat stanął przed kryzysem pracy: wnet miał się zacząć wielki krach gospodarczy, praca stawała się źródłem dehumanizacji, a nie szczęścia czy świętości – cywilizacja zredukowała człowieka do roli trybu w maszynie, jak Charlie Chaplina w „Dzisiejszych czasach”... 
Nigdy nie lubił opowiadać o objawieniu, jakiego doznał w 1928 r. To, co stało się, miało charakter nadprzyrodzony – powtarzał – misja powierzona została grzesznikowi, jego osobowość nie jest więc ważna. Czuł się tylko narzędziem w rękach Boga. Pragnął, by członkowie Dzieła stali się podobni pierwszym chrześcijanom, głęboko przeżywającym swe powołanie i dążącym do doskonałości przez pracę i modlitwę, choć zewnętrznie nie różnili się od niewierzących. Członkowie Dzieła są normalnymi ludźmi, powtarzał, choć wyróżnia ich wierność dla Chrystusa. Nieważne, czy żyją w celibacie czy małżeństwie (pierwszych nazywa się w Dziele numerariuszami, drugich – supernumerariuszami), nieważna też ich płeć. Ważne, by byli katolikami. Zresztą wkrótce Escriva uznał, że jego współpracownikami powinni być też niekatolicy, a nawet niechrześcijanie. Są wśród nich nawet Żydzi. To stało się kopernikańskim zwrotem w dziejach Kościoła, zapowiadającym dzisiejszy ekumenizm i dialog z niewierzącymi. Kilkadziesiąt lat później rozmawiając z Janem XXIII Escriva żartował: ekumenizmu nie uczyłem się od Waszej Świątobliwości... 
Przez kilka lat apostolstwo nie miało nazwy. Kiedyś żartem ktoś spytał: jak się miewa Dzieło Boże? Escriva uznał, że to trafne nazwanie dla formy pracy i duchowości panującej pośród otaczających go adeptów. A ci wywodzili się ze sfer wykształconych i zamożnych, lecz polem ich działalności były nie tylko środowiska uniwersyteckie, ale głównie przedmieścia i slumsy, z nieodłączną nędzą, potem także wieś. Dzieło niosło im wszystkim oświatę, pomoc materialną, a przede wszystkim duchową. Robotnicy często odwdzięczali im się wrogością i kopniakami, bo w Hiszpanii szerzył się wówczas radykalizm społeczny i antyklerykalizm, którego apogeum stała się wojna domowa. Zresztą już wcześniej w Madrycie płonęły kościoły oraz klasztory i wielu duchownych bojąc się pobicia lub śmierci, wychodząc na ulice przezornie zdejmowało sutanny. Tymczasem Josemaria nigdy nie ubierał się po cywilnemu, wręcz podkreślał, że jest duchownym. 
Stolica Apostolska zaakceptowała Dzieło w 1947 r., ale od początku wspierali je biskupi hiszpańscy, i to wbrew niektórym wierzącym. Wrogość lewicowych radykałów wobec Dzieła nie wymaga wyjaśnień, ale warto się przyjrzeć oskarżeniom płynącym ze strony tzw. „sprawiedliwych chrześcijan” – które w latach 40. doprowadziły Escrivę przed Trybunał do Ścigania Masonerii. Oskarżano go o herezję i spiskowanie przeciw Kościołowi. Nagonka brała się z, w istocie rewolucyjnych, idei Escrivy: przekonania, że laikat jest niedocenionym skarbem Kościoła oraz wspomnianego prekursorstwa ekumenicznego. To wystarczyło, by konserwatyści ujrzeli w Escrivie niebezpiecznego wichrzyciela. 
Ale Escriva poszedł dalej w odnowie chrześcijaństwa. Zaczął się mianowicie zastanawiać nad istotą kapłaństwa. 

Święty antyklerykał
W młodości dziwił się, że Bóg wzywa go do kapłaństwa, bo czuł się antyklerykałem. Pozostał nim do końca życia. Nie cierpiał klerykalizmu, rozumianego jako poczucie wyższości wobec laikatu, pogardy dla mentalności świeckiej, nierozumienia praw obywatelskich, posługiwania się autorytetem Kościoła w walce politycznej, nadużywania przywilejów danych przez sutannę. Namawiał świeckich, by pozostali świeckimi, a nie zakompleksionymi wobec duchowieństwa duszyczkami. Klerykalizm i kompleksy postrzegał jako dewiację Kościoła, w którym panować winna równość i szacunek między duchownymi i świeckimi. Na szacunek zaś – wołał – duchowni muszą zasłużyć pracą. 
Dopóki Dzieło było nieliczne, Escriva był jedynym w nim duchownym. Dopiero w 1944 r. wyświęcono na kapłanów trzech świeckich członków apostolstwa. „Tak bardzo kocham świecki charakter Dzieła, że boleśnie odczułem, że stają się księżmi” – wyznał. Była to konieczność: apostolstwo świeckich natrafiło na „barierę sakramentu”, zatem potrzeba było kapłanów, ale przenikniętych duchem Dzieła. „Mających do życia stosunek sportowy” i „puls biznesmena”, który pewien lekarz wykrył badając Escrivę. 
Escriva podkreślał, że to z miłości do kapłanów żąda od nich cnoty i wiary większej niż od laikatu. Powtarzał, że jeśli księża przewyższą świeckich w cnocie i wierze, osiągną świętość, a Kościół wygra wszystko. Przed śmiercią podczas licznych spotkań z członkami Opus Dei wzywał do modłów w intencji kapłanów: „żebyśmy nie robili głupstw, żebyśmy u ołtarza i z dala od niego postępowali tak jak chcą Jezus Chrystus i Kościół”. 
Wydaje się, że właśnie takie słowa doprowadziły go przed Trybunał Ścigający Masonerię. Czterdzieści lat później ostre opinie nie przeszkodziły wynieść go na ołtarze. Może dlatego, że w Kościele – jak stwierdził pewien hiszpański duchowny – Escriva „zaraził kapłańskim zapałem samych kapłanów”.

Za a nawet przeciw soborowi
W 1975 r., trzy miesiące przed śmiercią, wypowiedział też słowa, które brzmią jak testament: „Kiedy zostałem księdzem, Kościół wydawał się potężny jak skała. Kiedy dziś nań patrzymy ludzkimi oczyma, przypomina zrujnowaną budowlę, rozpadającą się kupę piachu. Papież powiedział kiedyś, że Kościół sam się niszczy. Mocne, straszne słowa! Ale do tego nie może dojść. A cóż my możemy zrobić? Modlić się, modlić”.
On sam modlił się za Kościół od kiedy przywdział sutannę. Ale odmawiając Credo po „wierzę w jeden, święty, katolicki i apostolski Kościół”, zwykł był dodawać: „wierzę w matkę moją Kościół rzymski”. Niekiedy zaś wyznając wiarę w świętość Kościoła, dorzucał „mimo wszystko”, świadom grzeszności kapłanów. Jego rewolucyjność miała jednak granice. Głosząc specyficzny antyklerykalizm, wyznawał zarazem bezwzględny prymat Kościoła rzymskiego, a papieża widział jako Chrystusa na ziemi. Stąd stuprocentowa lojalność Dzieła wobec każdego biskupa Rzymu. 
Czy rzeczywiście w młodości Escrivy Kościół był skałą, a pod koniec jego życia kupą piachu? Gdyby był skałą, Escriva nie musiałby upominać się o laikat, prosić Watykan o pozwolenie na współpracę z niewierzącymi, przypominać, że Kościół ma być ubogi i służyć nędzarzom. Odkrywać, że małżeństwo też jest drogą do świętości. Albo że Kościół ma być gwarantem wolności człowieka, co przypomina anegdota, jak swemu zastępcy, prałatowi del Portillo, kazał palić papierosy, bo skoro w Dziele nikt nie pali, ludzie gotowi pomyśleć, że palenie jest zakazane. 
Escriva nie był entuzjastą soborowego aggiornamento. Jego ocena Soboru jest ambiwalentna, by nie powiedzieć sceptyczna. Czuł radość, bo „sobór jasno proklamował Boże powołanie laikatu. Był nie tylko wezwaniem do zmian, potwierdził to, co głosiliśmy i czym żyliśmy od lat”. Z drugiej strony – bał się, że ojcowie soborowi pójdą za daleko... Lojalność wobec papiestwa nie pozwalała mu na całkowitą krytykę, ale półsłówkami wyrażał obawy i rezerwę. Choćby wyjaśniając jakiemuś dziennikarzowi rozumienie aggiornamento: „Dla mnie aggiornamento znaczy przede wszystkim wierność. Wierność jest najlepszą obroną przeciw starości ducha, szorstkości serca i skostnieniu umysłu. Aggiornamento Kościoła dziś i w każdym innym czasie jest radosnym potwierdzeniem wierności Ludu Bożego wobec powierzonej sobie misji, Ewangelii”. Nie lubił słowa Kościół posoborowy, podobnie jak pojęcia integrysta lub progresista, nie godząc się z myślą, jakoby ewolucja Kościoła była wyłącznie procesem dialektycznym, a nie działaniem Ducha. 
Bał się o Kościół, może więc modląc się o kapłanów, by nie popełniali głupot i zachowali rozwagę, myślał, by reformatorzy Kościoła nie pozbawili go nadprzyrodzonej natury? Nie tracił jednak wiary, że Kościół nie zniszczy się; „Morze jest nieco wzburzone. Ale nie martwcie się, uspokoi się!”. 
Taki był Josemaria Escriva de Balanguer. Człowiek, który powtarzał: „Czasem przez wierność Jezusowi i jego nauce – pójdziemy wbrew prądowi”. Całe życie szedł pod prąd. 
Zmarł w Rzymie 26 czerwca 1975 r., pochowano go w krypcie kościoła przy rzymskiej siedzibie Opus Dei. W 1982 r. Jan Paweł II przekształcił Dzieło w prałaturę personalną – jedyną instytucję w Kościele nie mającą swej diecezji i podlegającą osobiście papieżowi. W 1992 r. Papież beatyfikował założyciela Dzieła, a dokładnie w siedemdziesiąt cztery lata od chwili, kiedy Escriva doznał objawienia w Madrycie – ogłosi go świętym. 

Korzystałem m.in. z książki Salvadora Bernala „Josemaria Escriva de Balaguer. Szkic biografii założyciela Opus Dei”.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 40 (2778), 6 października 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl