Przegląd prasy

Dowódcy tamtej jesieni 1939 


O cenę dowódców kampanii 1939 r. nie sposób zawrzeć w alternatywie: bohaterowie lub tchórze. „Prawda mieści się w dramacie podejmowania niewykonalnych zadań i próbach wypełniania nierealnych rozkazów” – pisze w MÓWIĄ WIEKI (9) Paweł P. Wieczorkiewicz.
Najsłabszym punktem okazało się dowodzenie operacyjne. Trudno mieć do marszałka Rydza-Śmigłego pretensje o obsadę dowództw przed kampanią, nie usprawiedliwia to jednak późniejszych decyzji. Zdumiewa niewykorzystanie do 10 września gen. Sosnkowskiego i powierzenie skompromitowanemu (bez bitwy pozwolił na rozbicie swej armii) gen. Dębowi-Biernackiemu dowództwa Frontu Północnego. Jego chaotyczne dowodzenie doprowadziło do klęski pod Tomaszowem; w tej może najważniejszej w całej kampanii bitwie Dąb, w cywilnym ubraniu, znowu zbiegł z pola walki. Podobnie było z gen. Fabrycym, który udając chorego porzucił swą armię i odmówił powrotu na front. Surowo można ocenić generałów Bortnowskiego z Armii Pomorze (uznawanego przed 1939 r. za największy talent) oraz Młota-Fijałkowskiego i Piskora. Ci dawni legioniści faworyzowani byli ponad swe możliwości intelektualne. Honoru eks-legionistów bronili jedynie generałowie Sosnkowski (przytomnie dowodził i potrafił osobiście iść do bitwy) i Kleeberg, bohater finałowej bitwy pod Kockiem, który dzięki decyzji o marszu na Zachód ocalił swych oficerów przed śmiercią w Katyniu, a szeregowych przed łagrami. 
Lepiej od eks-legionistów wypadli oficerowie wywodzący się z armii zaborczych: wojskowe akademie i doświadczenie w dowodzeniu na różnych szczeblach pozwalały im zachować profesjonalizm i zimną krew. Kontradmirał Unrug twardo dowodził obroną Wybrzeża, gen. Przedrzymirski-Krukowicz najdłużej utrzymał zdolność bojową kilkakrotnie rozpraszanej Armii Modlin. Co do gen. Kutrzeby, który przez atak nad Bzurą stał się jednym z symboli 1939 r.: jako szef Armii Poznań wykazał zmysł operacyjny, ale jego wartości dowódcze umniejszała wysoka kultura osobista i za wielkie poczucie koleżeństwa, co powodowało brak bezwzględności w wymuszaniu powziętych decyzji. Dowody opanowania żołnierskiego rzemiosła najwyższej próby dali generałowie wywodzący się z armii rosyjskiej: gen. Szylling z rozwagą kierował Armią Kraków i przeprowadził ją (kilkakrotnie otaczany) aż na Lubelszczyznę, a gen. Thommée (szef obrony Modlina) zebrał porzucone przez Rómmla i zdemoralizowane dywizje Armii Łódź i natchnął takim duchem, że nie ustąpiły przeciwnikowi do końca kampanii. 
Trudne było dowodzenie grupami operacyjnymi: generałowie, którym je powierzono, nie mieli instrumentarium (sztaby!) ani wiedzy o możliwościach swych wojsk. Najlepiej wypadł Orlik-Rückeman, jedyny dowódca, który wobec dwuznacznej postawy Naczelnego Wodza wziął na siebie ciężar (symbolicznej) walki z Rosjanami. Dowodzenie Andersa (grupa operacyjna kawalerii) stało poniżej średniej: unikał zaangażowania swych sił, choć był tam, gdzie bić się należało – postanowił bowiem szybko przebić się na Węgry. Nisko wypada ocena dokonań Bołtucia i Grzmota-Skotnickiego z Armii Pomorze, którzy potrafili przynajmniej dzielnie bić się – i zginęli. 
Miernikiem wyższych dowódców muszą być nie tyle sukcesy czy porażki – zależały od okoliczności narzuconych przez zwierzchników i przeciwnika – ile umiejętność utrzymania oddziałów, mimo niepowodzeń. Godnymi laurów okazali się pułkownicy: Maczek (jeden z nielicznych, który do końca nie dał się rozbić), Prugar-Ketling (odniósł jedno z piękniejszych, choć epizodycznych zwycięstw), Epler (bił Sowietów i Niemców) oraz gen. Podhorski (jego zgrupowanie kawalerii walczyło od 1 września do 5 października). Z szacunkiem trzeba wspomnieć tych, co podzielili los walczących i ginących żołnierzy: gen. Kustronia i Włada oraz płk. Klaczyńskiego. Płk Dąbek popełnił w walkach pod Gdynią błędy, ale okupił je męstwem i samobójczą kulą. Próbował się zabić płk Endel-Ragis, po zawinionej klęsce swej dywizji. 
Przykład dobry i zły szedł z góry. Generałowie Szylling, Thommée, Cehak (Słoweniec z pochodzenia), Mond i Piasecki oraz płk. Kalabiński, Powierza i Staich zostali z żołnierzami do końca. Inaczej w Armii Łódź, gdzie za przykładem przełożonego wojsko opuściło aż trzech dowódców. Jedni się opamiętywali (np. płk Hanka-Kulesza, który zapisał ładny epizod w walce z Rosjanami), inni nie – jak płk Dojan-Surówka, który nie pofatygował się nawet do pierwszej bitwy i uciekł za granicę, jeszcze przed agresją ZSRR.
Żołnierz, gdy był dobrze dowodzony i miał szansę na skuteczny opór, bił się dobrze. Były przykłady bohaterstwa graniczącego z fanatyzmem: walka załóg Węgierskiej Górki, Borowej Góry i Wizny, obrona Warszawy, Lwowa i Wybrzeża, postawa Wołyńskiej BK, szaleńcza odwaga kawalerzystów gen. Abrahama w odwrocie znad Bzury, bitność 11. DP w Lasach Janowskich, odporność 1. DPLeg., zwanej przez Niemców „żelazną”, odyseja zgrupowania KOP i GO Polesie i postawa 10. Brygady Maczka. Ale były też przykłady załamania całych jednostek, jak klęska 8. DP płk. Furgalskiego i 20. DP Lawicza-Liszki w odwrocie spod Mławy, czy rozejście się Wileńskiej BK płk. Druckiego-Lubeckiego na przeprawie przez Wisłę. 
Dużo zależało nie tylko od dowódców, ale momentu, w jakim nadchodził kryzys. Rozprężenie i dezorganizacja zdarzały się częściej w pierwszym etapie kampanii, gdzie pozornie szanse były bardziej wyrównane, niż w ciężkich walkach pod jej koniec, kiedy bito się już tylko o honor. 


KB
 




 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 40 (2778), 6 października 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl