Ostatnia szansa Gerharda Schrödera

Wojciech Pięciak 


Najbliższe lata będą w Niemczech czasem próby dla czerwono-zielonej koalicji i jej zdolności do zreformowania „niemieckiego modelu” gospodarczo-społecznego, łączącego dobrobyt z bezpieczeństwem socjalnym. Dziś widać, że jest on nie do utrzymania, ale ani stary-nowy rząd, ani opozycja nie mają pomysłu, czym go zastąpić. Co nie wróży dobrze Niemcom, Unii Europejskiej, której Republika Federalna była kiedyś motorem, i Polsce, której gospodarka jest związana z koniunkturą w Niemczech. Czy Schröder poradzi sobie, będąc teraz w podobnie niekorzystnym położeniu, w jakim kiedyś znajdował się jego poprzednik Kohl? 


Późnym wieczorem, właściwie nocą, gdy opadło napięcie, i gdy nowy-stary kanclerz mógł sięgnąć wreszcie po lampkę wina, na jego twarzy radość mieszała się ze znużeniem. Jeszcze niedawno sondaże prognozowały mu klęskę, ale karta się odwróciła. I choć jego partia straciła sporo, to koalicja zachowała większość, tyle że zaledwie paru głosami – dzięki dobremu wynikowi mniejszego partnera, o którym niedawno mawiano, że jest w ogóle zbędny, a który teraz prężył muskuły. Nie dostrzegając, że wynik zawdzięcza nie tyle swej atrakcyjności, ile ordynacji: wyborca, mając dwa głosy, mógł głosować strategicznie, na trwanie koalicji, a dwie trzecie z tych, którzy drugi głos (na partie) oddało na współkoalicjanta, pierwszym (na osobę w okręgu jednomandatowym) poparło partię kanclerza. 
Radość zmącona była świadomością, że rządzenie będzie trudniejsze. Lider przegranej, ale silnej opozycji już zagroził, że bez jej poparcia w kluczowych sprawach nie będzie można skutecznie rządzić, a poparcia takiego spodziewać się nie należy. Tymczasem wrażenie, że głosując na stary rząd Niemcy nie chcą zmian, było pozorne. W istocie oczekiwania wyborców były ambiwalentne: bali się reform, ale ich oczekiwali. Chcieli modernizacji kraju, ale takiej, która nie naruszy tak ważnego w Niemczech poczucia bezpieczeństwa. 
Ktokolwiek by nie rządził, stanąłby wobec kwadratury koła...
Nie, bohaterem tego opisu nie jest Gerhard Schröder, i nie o ostatnie wybory tu chodzi. Tak było jesienią 1994. Paralela jest uderzająca: i wtedy rząd Kohla cudem utrzymał się u władzy, i tak jak dziś kluczem do podjęcia reform systemowych – rynku pracy, finansów, ochrony zdrowia, oświaty, warunków dla przedsiębiorczości itd. – był układ sił w Bundesracie, izbie wyższej, gdzie przedstawiciele landów zatwierdzają większość ustaw. Socjaldemokraci, którzy w latach 1994-98 mieli w niej większość, postawili na konfrontację: blokowali każdą zmianę, a przeforsowane przez Kohla kosmetyczne reformy piętnowali jako „neoliberalizm”, pustoszący „niemiecki model”. A ten był przecież niezwykle atrakcyjny: miał łączyć nieustający dobrobyt z socjalnym bezpieczeństwem i poczuciem, że każde pokolenie musi mieć lepiej niż poprzednie. I postrzegany był jako niemal prawo natury. 

1994–1998: czas zastoju
Już w połowie lat 90. stało się jasne, że wobec zachodzących w świecie procesów „niemieckiego modelu” nie da się utrzymać w niezmiennej postaci. Zakładał on bowiem, że współistnieć będą: prosperująca gospodarka, solidaryzm społeczny, rozdęte państwo opiekuńcze i zasada konsensu przy rozwiązywaniu sporów społecznych, wedle której np. negocjowane przez związki zawodowe i pracodawców podwyżki obowiązują w całej branży. Paradoksalnie, koniec „zimnej wojny” nie tylko umożliwił zjednoczenie Niemiec, ale i wyzwolił procesy, które uderzyły w niemiecką gospodarkę, czyniąc koniecznym szereg reform: podatków, rent i emerytur, oświaty, służby zdrowia, rynku pracy. 
Lata 1994-98 okazały się jednak czasem zastoju; jedyne, co Kohl wtedy przeprowadził, to przygotował Niemcy na wprowadzenie euro. Kłopoty tamtych lat – prócz tego, że były podobne do kłopotów innych państw Zachodu – miały jeszcze jedno źródło. I mają, bo jak pisał niedawno ironicznie publicysta „Frankfurter Allgemeine”, zjednoczenie Niemiec dokona się w pełni dopiero w roku... 2020, bo wtedy dopiero wygaśnie tzw. pakt solidarności, gwarantujący wschodnim landom dofinansowanie z kasy publicznej. 
Ale chodzi tu nie tylko o transfery finansowe do byłej NRD. Dziś widać, że podczas włączania wschodnich landów w organizm „starej” Republiki Federalnej popełniano błędy, których skala ujawniała się stopniowo. Układ zjednoczeniowy z 1990 r. cechowała filozofia zachowywania materialnego status quo: sumowania status quo Zachodu i Wschodu, bez uwzględniania obciążeń, kiedy obywatelowi da się prawo do żądania od państwa zbyt wiele. Na przykład, w NRD w razie choroby pracownik dostawał 90 proc. zarobków. Ale ponieważ w „starej” RFN chorujący otrzymywali pełną pensję, tak zapisano w układzie zjednoczeniowym i model z Zachodu został rozszerzony na całe Niemcy, choć na Wschodzie nikt tego nie żądał. Mechanizm obowiązywał też w drugą stronę: na Zachodzie obywatel nie mógł domagać się od gminy, by bez względu na możliwości finansowe zagwarantowała jego dziecku miejsce w przedszkolu. Tak było jednak w NRD – i od zjednoczenia ta zdobycz socjalna zaczęła funkcjonować też na Zachodzie, choć nikt o nią nie walczył. 

1998–2002: zastój trwa
Do tego doszły inne kłopoty, najpierw zewnętrzne: związane z euro „zaciskanie pasa” oraz globalizacja i wzrost konkurencji na Zachodzie, w Azji, i ze strony Europy Wschodniej. A potem, za Schrödera, załamanie w USA i na rynkach światowych – oraz dzień 11 września 2001 roku, który tendencje te pogłębił. 
W samych zaś Niemczech pod koniec „ery Kohla” stopień nagromadzenia spraw do rozwiązania był przygniatający. Wymieńmy tylko bezrobocie, które Schröder na początku urzędowania obiecał ograniczyć (bez rezultatu), wysokie koszty pracy (w latach 1998-2002 jeszcze podniesione), biurokrację (gąszcz przepisów, które nie regulują, ale duszą przedsiębiorczość sprawia, że w Niemczech jest bodaj najwięcej prawników proporcjonalnie do liczby ludności), wielkoduszne traktowanie bezrobotnych, przez co berlińskie restauracje próżno szukają kucharzy, gdy w mieście jest zarejestrowanych półtora tysiąca bezrobotnych przedstawicieli tego zawodu... I tak dalej. A do tego psychologiczne nastawienie: przeświadczenie, że kolejne pokolenia będą żyć lepiej niż rodzice. 
Jak wielką wagę ma ta psychologia społeczna, doświadczyli i Kohl, i Schröder. Począwszy od 1996 r., rząd Kohla przeprowadził kilka cięć w strukturach państwa opiekuńczego i niewielką deregulację rynku pracy: ograniczono „chorobowe” do 80 proc., waloryzację świadczeń emerytalnych i (nieznacznie) ochronę pracownika przed zwolnieniem. Wszystko to były kroki minimalne, ale w opinii publicznej odbiły się dużym echem, tworząc wrażenie, że rząd zamierza zabrać się za demontaż stanu posiadania różnych grup społecznych. Od tego momentu poparcie dla Kohla zaczęło spadać, a dla SPD rosnąć. 
Także dlatego wolno postawić tezę, że w 1998 r. wyborcy tak naprawdę głosowali nie za „czerwono-zieloną” koalicją, ale przeciw Kohlowi. Odczucia hipotetycznego wyborcy już wtedy były ambiwaletne, podobnie jak dziś. Co ciekawe, retoryka Schrödera – podobnie jak dziś retoryka... Stoibera – odwoływała się do tej ambiwalencji: z jednej strony Schröder (z 1998 r. ) i Stoiber (z 2002 r.) prezentowali się jako uosobienie nowego i nadzieja na zmianę, z drugiej zapewniali, że „maluczcy” nie mają się czego obawiać. 
Wtedy, po objęciu władzy, Schröder najpierw cofnął – zgodnie z obietnicami wyborczymi – wszystkie „neoliberalne” zmiany Kohla, by później przedstawić rygorystyczny budżet na 1999 r. – i sympatia dla rządu poleciała w dół, a SPD i Zieloni zaczęli przegrywać kolejne wybory w landach. Paradoks polegał na tym, że zyskująca wtedy u wyborców chadecja zaczęła wyprzedzać SPD pod szyldem... bezpieczeństwa socjalnego. 
Potem czerwono-zieloni odrobili straty – także dzięki aferze z „lewymi kontami” Kohla – ale lekcja z 1999 r. przyhamowała reformatorski zapał, ograniczając go do tego, co się mogło podobać większości (obniżenie podatków lub nowe przepisy dotyczące bezpieczeństwa wewnętrznego, jakich nie powstydziliby się chadecy) lub co było obojętne dla jej materialnego statusu (nowe prawo o obywatelstwie, rezygnacja z energii atomowej). I choć niemiecka gospodarka rozwija się najwolniej wśród krajów uprzemysłowionych (poza Japonią), w kampanii wyborczej i Schröder, i Stoiber skutecznie omijali kwestie merytoryczne. Żaden nie odważył się powiedzieć wyborcom, że tak dalej być nie może.

22 września: wygrani i przegrani
Wyborcy wynagrodzili to na swój sposób: Schröder pozostał kanclerzem, choć wyborów nie wygrał. Jego pierwsze słowa po ogłoszeniu wyników – „Nie ma powodu, byśmy musieli kryć się po kątach” – wiele mówią o stanie ducha kanclerza, który wiedział najlepiej, czego udało mu się dokonać: odwrócić uwagę od kiepskiego bilansu minionych lat i skierować na sprawy poboczne, czyli dobrą prezencję rządu w czasie powodzi albo „kwestię iracką”.
„Jest dwóch wygranych i trzech przegranych” – tak wyniki komentowała szwajcarska „Neue Zürche Zeitung”. Wygrani – to najpierw Zieloni i Joschka Fischer, przeciętny jako szef MSZ, ale najbardziej lubiany przez Niemców polityk. Można spekulować, na ile do sukcesu Zielonych – nieoczekiwanego, bo od lat partia traciła w każdych wyborach, ogólnokrajowych i landowych – przyczyniły się głosy pożyczone od socjaldemokratów (sympatycy SPD oddawali jeden z dwóch głosów na Zielonych, na rzecz koalicji). Cieszyć mogą się też chadecy: odbudowali pozycję, wyszli z cienia „praojca” Kohla i dostali tylko 9 tys. głosów mniej niż SPD (na 48,5 mln oddanych), stając się opozycją równą partii rządzącej, której odebrali ponad milion głosów. A Stoiber może „na tarczy” wycofać się do Bawarii, gdzie zdobył aż 61 proc. (rekordowy wynik w historii Niemiec). 
O ile Zielonych „czynnik ludzki” (Fischer) uskrzydlił, liberałom nie tylko odebrał głosy, ale pogrzebał szansę na alians CDU/CSU-FDP: wiceszef FDP Jürgen Möllemann obsesyjnymi wypowiedziami na temat Izraela i Rady Żydów w Niemczech odebrał własnej partii co najmniej kilka procent głosów, i to głównie wyborców mieszczańskich. „Czynnik ludzki” zaważył też na losie postkomunistów z PDS: po raz pierwszy od zjednoczenia będą niemal nieobecni w Bundestagu (jeśli nie liczyć dwóch ich posłów). 
Czy to początek końca PDS? Na razie postkomuniści zostali zredukowani do roli partii regionalnej, liczącej się jedynie we wschodnich landach. Dlaczego? Najpierw „czynnik ludzki”: PDS straciła swą „lokomotywę”, gdy Gregor Gysi, członek rządu Berlina i elokwentny lider ściągający młodych, złożył dymisję w atmosferze skandalu (nadużywał stanowiska). PDS straciła też nimb partii broniącej wschodnich landów na rzecz Schrödera, za sprawą powodzi (i jego antyamerykańsko-pacyfistycznej kampanii: to w b. NRD działa). Wreszcie, tworząc z SPD rządy w Meklemburgii i Berlinie, postkomuniści stracili wizerunek partii antysystemowej. Odpowiadając w obu landach za gospodarkę, niewiele zdziałali: Meklemburgia zamyka ranking landów, a Berlin dalej pogrąża się w bankructwie.
Przegrani – to wreszcie SPD. Personalizując wybory, Schröder uratował ją od klęski i może teraz trzymać partię mocniej w garści. Tak twierdzą jedni. Inni uważają, że dopiero teraz kanclerz stanie się zakładnikiem partyjnych frakcji i grup interesów. Tymczasem do reformowania potrzeba nie tylko wizji i odwagi, ale też stabilnej większości.

2002–2006: nowa koalicja zastoju?
„Gorzej być nie mogło” – tak kręgi gospodarcze, cytowane przez tygodnik „Spiegel”, komentowały wyniki wyborów. Gwoli sprawiedliwości dodajmy, że pytani o ocenę teoretycznej koalicji CDU-SPD, bankowcy i przedsiębiorcy byli także sceptyczni. 
Podobieństwa między socjaldemokracją i chadecją – złośliwi mówią, że w Niemczech nie wiadomo czemu są aż dwie wielkie partie „socjalno-konserwatywno-demokratyczne” – wynikają nie tylko z lęku przed reformami. Jakikolwiek gabinet rządziłby w latach 2002-06, pole manewru ma wąskie. Słuchając Schrödera – z pierwszych, a potem z ostatnich miesięcy jego kadencji („Niemcy to dojrzały naród”; a potem: „Brońmy niemieckiej drogi rozwoju”) można wprawdzie sądzić, że we współczesnym społeczeństwie możliwe jest uprawianie jakiejś „polityki narodowej”, „niemieckiej drogi”. Ale to iluzja. Bezrobocie, reformy systemów społecznych, postulat armii zawodowej, imigracja, integracja cudzoziemców, reforma oświaty – wszystko to sprawy, w których kryterium jest dziś skuteczność, nie ideologia.
Kiedy w 2000 r. rząd Schrödera przeforsował w Bundesracie projekt reformy podatków – „przekupując” subwencjami kilka landów rządzonych przez chadeków – okazało się, że jednym z niewielu tematów, przy których można odnaleźć tradycyjne podziały ideowe, był forsowany wtedy przez Zielonych i SPD projekt prawnego usankcjonowania związków gejów i lesbijek. Dziś, gdy instytucja „małżeństwa homoseksualnego” już funkcjonuje, chadecja się z nim pogodziła – Stoiber obiecywał, że nie naruszyłby tego kolejnego status quo – a nawet pozwoliła na stworzenie w partii koła pod nazwą „Geje i lesbijki w CDU/CSU”. 
Ale dla wyborcy nie ideologia jest miarą. Ani nie gadanie o „pokoleniu ‘ 68”. Najważniejsze to reforma gospodarki – sfera, w której Schröder i Fischer dotąd zrobili niewiele. A teraz będzie im nie łatwiej, lecz trudniej. Nie tylko dlatego, że kulą u nogi jest silna opozycja, niekorzystna sytuacja w świecie i własne zaplecze – silna pozycja związków zawodowych (SPD jest strukturalnie formacją bardzo zachowawczą, „zakładnikiem” ruchu związkowego). Reformy znowu blokować może obawa, jak zareaguje wyborca. Szef frakcji SPD w Bundestagu Franz Müntefering już zapowiedział, że „wiele musi się zmienić, ale flanka socjalna musi być zachowana”, i że nie może powtórzyć się sytuacja z roku 1999. 
W połowie lat 90. politolog Johannes Gross pisał w książce „Podstawy Republiki Berlińskiej”, że skutkiem stabilizacji i dobrobytu trwających pół wieku jest wytworzenie się w niemieckim społeczeństwie mentalności wrogiej wszelkim zmianom. Gross dowodził, że Niemcy to „najbardziej wrogie wszelkim reformom społeczeństwo w całej cywilizacji przemysłowej”, którego zasada numer jeden bez względu na sympatie polityczne brzmi: „Tyle wolnego rynku, ile konieczne i tak dużo państwa opiekuńczego, ile tylko możliwe”.
Czy więc Niemcami rządzić będzie kolejna „koalicja zastoju”? Nie ma wielu przesłanek, by twierdzić, że tak nie będzie. Jeśli Schröder nie pokaże, że potrafi nie tylko wygrywać wybory, lecz także rządzić, lata 2002-2006 przypominać będą ostatnią kadencję Kohla.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 40 (2778), 6 października 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl