Andrzej Miłosz (1917 – 21 IX 2002)


Czesław Miłosz


Mój kochany braciszku,
ileż to razy podziwiałem Ciebie za to, że byłeś sprężonym kłębkiem energii, tak pewnie osadzonym w świecie i aprobującym ten świat. 
Sam mało uzdolniony do sportów, przyglądałem się Twoim kolejnym pasjom sportowym: rowery, latanie szybowcem, skoki spadochronowe, żeglarstwo, łącznie z dyplomem dalekomorskiej żeglugi; czyli życie Twoje przed wojną było nieźle wypełnione, co nie przeszkadzało zaangażowaniom politycznym.
W polityce nigdy nie było między nami rozbieżności, bo w latach wielkiej fali nacjonalizmu i szowinizmu Ty współredagowałeś pismo lewicowo-demokratyczne „Orka na ugorze”, z którym to pismem współpracował, między innymi, Herling-Grudziński. Tę orientację polityczną zawdzięczałeś, moim zdaniem, twoim genom, to znaczy wrodzonej szczerości i tolerancji. Tej samej, z której tak byliśmy dumni, jako cechy naszego dziadka Zygmunta Kunata.
W czasie wojny wielu ludzi zawdzięczało Tobie ocalenie, a byli to, między innymi, Żydzi z wileńskiego getta. Zmieniłeś dom z ogrodem, który wynajmowałeś w Wilnie przy ulicy Popowskiej, na azyl dla zbiegów z getta. I po stokroć zasłużyłeś na drzewko w Jerozolimie i tytuł „Sprawiedliwy wśród Narodów Świata”. Uratowałeś też dwukrotnie naszych rodziców. Raz od uwięzienia w Berezweczu, gdzie NKWD wymordowało polską inteligencję północnej Wileńszczyzny, drugi raz przed wywózką na Syberię. Ciebie samego wiele razy ratowała Twoja bezinteresowna szczodrość i dobroć. Uratowałeś życie nieznanego Tobie człowieka, ściganego przez Niemców, a człowiek ten okazał się dowódcą sowieckiej partyzantki i odwdzięczył się glejtem, który wydobył Ciebie z łapanki na wywózkę, po drugim zajęciu Wilna przez Sowiety.
Twoje przygody wojenne nigdy nie zostały przez Ciebie spisane, mimo namów z mojej strony. Były to liczne niebezpieczne akcje podejmowane przez Ciebie z własnej inicjatywy, jak też na rozkaz AK.
Twoja działalność jako twórcy filmów dokumentalnych po wojnie była nie raz utrudniona z mego powodu, to znaczy tzw. „wroga Polski Ludowej”, i w pewnym sensie czuję się odpowiedzialny za lata przeżyte przez Ciebie w ubóstwie. Nigdy nie osłabiło to jednak więzów braterskiej serdeczności. Pośród Twoich filmów są uczciwe wywiady z niedoszłymi ofiarami pogromu w Kielcach oraz piękne kolorystycznie reportaże z naszej rodzinnej Litwy.
Byłeś dzielnym człowiekiem, ale najbardziej dziwiła mnie Twoja dobroć, która zresztą chroniła Ciebie w różnych opresjach, bo wszędzie byli ludzie, którzy Tobie coś zawdzięczali.
Muszę tutaj dodać, że w naszej rodzinie byłeś strażnikiem tradycji rodowych, że dbałeś o groby naszych przodków na Litwie w Wędziagole i Świętobrości. A także parę razy naprawiałeś płytę na grobie naszego ojca w Krakowie. Byłeś też niejako łącznikiem naszej rodziny, rozrzuconej od Australii po Kalifornię.
Dopóki żyjemy, niedostatecznie cenimy naszą powszedniość, łącznie z powszedniością naszych braterskich spotkań. A teraz jedyną pociechą dla mnie jest myśl o Twoim pogodnym i spokojnym przyjęciu własnej śmierci.
Byłeś chrześcijaninem, nigdy nie powołującym się na swoją wiarę jako ukryty motyw Twoich działań w obronie bliźniego. Należałeś do nielicznych ludzi, mało myślących o sobie, a ciągle troszczących się o innych. Życie Twoje było biegiem, w sensie dosłownym, bo niemal do końca lubiłeś co dzień biegać, i w sensie przenośnym, jako nieustanne optymistyczne dążenie.
Żegnaj, Andrzeju, i mam nadzieję, że dalej będziesz uprawiać swój bieg na niebiańskich łąkach.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 40 (2778), 6 października 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl