Samotny w pisaniu

BRONISŁAW MAMOŃ



2 października mija setna rocznica urodzin Jerzego Zawieyskiego,
aktora z wykształcenia, z pasji – społecznika, z powołania – pisarza. 



W 1926 r. ukończył szkołę dramatyczną w Krakowie. Przez dwa lata pracował w zespole „Reduty” Juliusza Osterwy. I choć był to teatr wyjątkowy, w którym urzekała go czystość moralna, odszedł od aktorstwa, gdyż nie zadowalało go to, co robił. Wszystko wydawało mu się poniżej zamierzeń. Wyniósł jednak z tego krótkiego terminowania coś, co mu się później przydało w jego karierze zawodowej: znajomość rzemiosła dramatopisarskiego, umiejętność kreowania postaci scenicznych i budowania dialogu. 
Pasje społecznikowskie realizował jako instruktor zespołów teatralnych Polonii we Francji w latach 1929-31, a później jako współpracownik Jędrzeja Cierniaka, redaktora „Teatru Ludowego”, entuzjasty i opiekuna samorodnego ruchu artystycznego na wsi. Po stażu u Cierniaka stał się wytrawnym prelegentem. Kierował akcjami oświatowymi i teatralnymi jako sekretarz TUR w Łodzi, jako działacz ZMW „Wici”.
Główną jego namiętnością była literatura. Pisanie rozpoczął na początku lat 30. Pisał dużo: powieści, opowiadania, dramaty, eseje. Porzucał dopiero co wybrane tematy, konwencje, poetyki. Zaczynał wciąż na nowo. Doznawał bólu i rozpaczy. Nigdy nie był pewien tego, co napisał. Nieustannie oczekiwał od przyjaciół wsparcia, pociechy, dobrego słowa. Nie dość chwaląc jego pisarstwo, łatwo było go zranić. Pisanie stawało się najważniejsze – ciągłe, codzienne, uparte, nawet wtedy, kiedy został posłem i członkiem Rady Państwa, kiedy pochłaniały go sprawy publiczne. Dzień, w którym nie napisał chociażby kilku linijek, uważał za czas jałowy, zmarnowany. Pisanie trzymało go moralnie. Uważał, że tym zajęciem wypełnia swoje posłannictwo, że powiększa dobro w świecie. Literatura, którą tworzył, była ludzka, przyjazna, skrojona z materii słów na miarę człowieka. „Nie poniżej ani nie ponad – jak wyznał w rozmowie ze Zbigniewem Herbertem („TP” nr 15/1958) – ale tak, by odpoczęło serce w znajomym sobie i dostępnym miejscu.”
W okresie dominacji w sztuce polskiej socrealizmu chciał dla literatury „zdobyć nadprzyrodzoność”. Wiedział, że to szaleństwo i straszliwa odpowiedzialność: artystyczna, społeczna, ale nie zrezygnował. Próbował stworzyć model literatury integralnie katolickiej, model, który stanowiłby propozycję dla większej grupy pisarzy polskich. Marzyły mu się narodziny polskich Claudelów, Mauriaców, Bernanosów. Wierzył, że inni, którzy przyjdą po nim, będą mieć drogę łatwiejszą. Unikną błędów, których jemu nie udało się uniknąć.
„Z moim pisaniem – zwierzał się Zofii Starowieyskiej-Morstinowej (list z 24 sierpnia 1949) – mam wielkie biedy, nie te zewnętrzne, że nie grają, że nie wydają – ale biedy zasadnicze, po prostu decydujące o samym sensie takiego pisania. Ta »bieda« łączy się z drugą – z moim wzrastającym życiem religijnym. To są właściwie niewypowiedziane w dosłownym tego słowa znaczeniu fakty wewnętrzne. Wzięty jestem doszczętnie przez Boga – razem z moją sztuką. Czy mogę wyrażać co innego niż to, co jest moim życiem wewnętrznym? Czy mogę się rozdzielać? Otwierają się we mnie nowe obszary cierpienia. Jeszcze niedawno dużo »wiedziałem« o Bogu, teraz wiem, że nic nie wiem. Tak samo o sztuce. Jestem bardzo samotny w pisaniu – wyrąbuję puszczę, w której żaden artysta nie chciał zamieszkać.”
Do końca dni swoich czuł się jak Hiob na ruinach ziemi Uz. Bezradny, utrudzony. Żył w przekonaniu, że to najważniejsze kiedyś przyjdzie. Musi przyjść.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 40 (2778), 6 października 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl