Mija rok rządów Leszka Millera, a poprawy nie ma jeszcze nawet na papierze


Rok nie wyrok

Janusz A. Majcherek


Po roku rządów koalicji SLD-UP-PSL sytuacja gospodarcza 
i społeczna nie poprawiła się, mimo propagandowych zaklęć premiera i efekciarskich występów wicepremiera od finansów. Na szczęście zakończono wojnę z innymi instytucjami, a sam 
szef rządu i niektórzy ministrowie nabrali nieco pokory 
i powściągliwości. Nie można tego jednak, niestety, powiedzieć 
o wielu innych uczestnikach tej ekipy i ich licznych protegowanych.



Przez pierwszą połowę rocznego okresu sprawowania władzy premier i koalicjanci wieszali psy na poprzednikach i straszyli wywołanym przez nich kryzysem. Od kilku miesięcy zapewniają natomiast, że sami uratowali kraj przed katastrofą i stworzyli warunki dla rozwoju. Na razie obiektywne dane tego nie potwierdzają, a przyszłość pozostaje niepewna.

Jak stało, tak stoi
W najważniejszej sferze makroekonomicznej rząd miał dwa zadania: przyspieszenie wzrostu gospodarczego oraz zażegnanie kryzysu finansów publicznych. W obu tych dziedzinach sukcesów nie odnotowano.
Wzrost gospodarczy jest na poziomie ubiegłorocznym. Są wprawdzie symptomy pozytywne, jak dalszy wzrost eksportu, ale to akurat trudno przypisać tej ekipie, bowiem jej zamierzeniem było dokonanie w tym celu skokowej dewaluacji złotego, do której nie doszło. Eksport rośnie i bez tego, zaś wielokrotne obniżki stóp procentowych – inny pomysł na ożywienie gospodarki – spodziewanych efektów nie przyniosły, co sugeruje inne źródła stagnacji. W Europie i na świecie panuje klimat recesyjny, ale tego dzisiejsi liderzy koalicyjni nie chcieli brać pod uwagę, gdy za kryzys obwiniali rząd Buzka. Obiektywni obserwatorzy i komentatorzy, oceniając obecną ekipę, muszą to jednak uwzględnić.
Najpoważniejszy problem społeczny to bezrobocie, które jest takie, jakie było i w najbliższym czasie nie spadnie. Tutaj rząd (a właściwie minister pracy) usiłuje poprawić sytuację zmianami reguł rynku pracy, ale śmielsze propozycje (zakaz pracy emerytów) są odrzucane, a inne sabotowane przez związki zawodowe. Choć więc w zwalczaniu bezrobocia efektów brak, to nie we wszystkim jest to winą rządu.

Bilans wciąż się nie zgadza
Finanse publiczne są w stanie nie lepszym niż rok temu. Premier chwali się zasypaniem gigantycznej dziury budżetowej, której w istocie nie było. Osławione 80 mld deficytu to była prognoza ostrzegawcza, realizacji której nikt przytomny nie dopuszczał.
Deficyt finansów publicznych w obecnym roku jest większy niż w ubiegłym, a w przyszłym może jeszcze wzrosnąć. Są powody do podejrzeń o kreatywną księgowość, stosowaną przez resort finansów, nie uwzględniający niedoborów w funduszach celowych i agencjach rządowych. Jak wykryli dziennikarze „Rzeczpospolitej”, może to zwiększyć deficyt o dalsze 8 mld zł. Z zapowiadanej likwidacji tych funduszy i agencji nic nie wyszło, głównie z powodu sprzeciwu PSL, broniącego tych instytucji działających w sektorze rolnym i poobsadzanych przez swoich ludzi.
Fiaskiem zakończyły się, z tej samej przyczyny, próby redukcji wydatków socjalnych w rolnictwie. Minister finansów chciał zaostrzyć kryteria przyznawania świadczeń na wsi i zaoszczędzić w ten sposób 3,5–4 mld, ale PSL stanęło okoniem i temat zniknął. Skończyło się na ograniczeniu ulg przejazdowych i zasiłków macierzyńskich. Nie przyszło to lewicowemu rządowi tak łatwo, jak szafowanie w poprzedniej kadencji publicznymi pieniędzmi przez posłów SLD, wspierających wszelkie zwiększanie wydatków budżetowych. Pomimo anulowania ich części i upchnięcia pod dywan wielu innych, budżet trzeszczy w szwach. Rząd zwiększa zatem obciążenia podatkowe, zamrażając progi dochodowe i odwołując obniżkę podatków od przedsiębiorstw. To nie pomoże ożywieniu gospodarczemu.

A długi rosną
Pojawiło się zaś zupełnie nowe niebezpieczeństwo: wzrostu długu publicznego powyżej dopuszczalnych ustawowo limitów.
Konstytucja zabrania zadłużenia państwa ponad równowartość 60 proc. produktu krajowego brutto, a ustawa o finansach publicznych nakłada obligatoryjne restrykcje po przekroczeniu 50 proc. Osiągnięcie tego drugiego wskaźnika jest przesądzone. Jako pierwsze odczują to samorządy, którym zostaną zmniejszone subwencje. Potem trzeba będzie ciąć wydatki mechanicznie. Po poprzednim okresie zarządzania finansami publicznymi przez Grzegorza Kołodkę pozostał ogromny deficyt handlowy, po obecnej jego działalności może pozostać deficyt budżetowy i zadłużenie państwa.
Tzw. pakiet Kołodki nie jest zaś planem ożywienia gospodarki, lecz raczej manipulacją parametrami. Kredyt fiskalny czy abolicja podatkowa to pomysły budzące zastrzeżenia z punktu widzenia czystości reguł rynkowych i równości konkurencji. Gdyby jednak dały jakieś efekty ekonomiczne, to może należałoby poniechać prawnego puryzmu i legalizmu. Gdyby…
Optymizm wicepremiera jest rozweselający, ale słabo uzasadniony. Ekonomiści są zgodni, że przyszłoroczne założenia budżetowe, z 3,5 proc. wzrostu PKB, nie mają podstaw. Wszyscy pragną, aby się sprawdziły, lecz jeśli tak się nie stanie, to oparty na nich plan zarządzania finansami publicznymi załamie się. Wicepremier Kołodko oficjalnie zerwał zaś tzw. „kotwicę Belki”, czyli limitowanie wzrostu wydatków wskaźnikiem inflacji i oparł je na wirtualnych dochodach.

Agencje i fundusze zamiast prywatyzacji i inwestycji
Dotychczas kompletnie zawiodły wpływy z prywatyzacji. Rządowi politycy chełpią się ukróceniem podejrzanych przekształceń własnościowych, w istocie zaś wstrzymali wszelkie przekształcenia. Pojawiły się nawet przymiarki do renacjonalizacji i publicznej pomocy dla sprywatyzowanych przedsiębiorstw przeżywających kłopoty (zaczęło się od Stoczni Szczecińskiej), ale po masowych zgłoszeniach chętnych do skorzystania z takiej opieki, pomysłów tych zaniechano. Z rządowej przychylności skorzystają jednak liczne przedsiębiorstwa państwowe, którym obiecano darowanie części długów w ramach programu restrukturyzacji. Jest wątpliwe, czy pomoże im to zyskać ekonomiczną efektywność, bo to na ogół zakłady schyłkowych branż i zacofanych technologii.
Z braku wpływów oraz napięć budżetowych kuleją inwestycje publiczne, które mogłyby pobudzić gospodarkę i poprawić standard cywilizacyjny, przyciągając inwestycje prywatne. Wicepremier Pol uprawia równie radosną propagandę, jak jego kolega od finansów, ale efekty trudno wskazać. Pomysł winiet samochodowych jest kuriozalny i rozpaczliwy. Kuriozalny, bo oznacza opłaty za używanie nieistniejących autostrad, a jeśli ma być podatkiem drogowym, to taki już wszyscy płacą w cenie benzyny, więc mamy do czynienia z podwójnym opodatkowaniem. Rozpaczliwy, bo jest przyznaniem się do niemożności sfinansowania przez państwo podstawowych przedsięwzięć rozwojowych. Jak nam dacie pieniądze, to wybudujemy wam autostrady – proponuje wicepremier. Przy okazji zaś powstanie kolejna agencja, z dobrymi posadami dla swoich i słabą kontrolą publiczną, dysponująca miliardami złotych.
O istnieniu powodów do obaw przekonuje działalność innej, już funkcjonującej agencji: restrukturyzacji i modernizacji rolnictwa. Wywodzący się z PSL jej nowy szef przeprowadził czystkę kadrową i poobsadzał jej regionalne oddziały partyjnymi mianowańcami, wśród których są osoby karane za nadużycia finansowe. Akcja ta była tak spektakularna, że wzbudziła zaniepokojenie Unii Europejskiej, skąd mają pochodzić pieniądze, do dzielenia których powołano partyjne kadry.

Wsi spokojna...
Brak jakichkolwiek reform na wsi to dowód skuteczności PSL, dążącego do zamrożenia stosunków agrarnych w Polsce. Szykowana jest ustawa praktycznie wyjmująca obrót ziemią spod działania rynku. 
Systemowa separacja rolnictwa od reszty gospodarki i mieszkańców wsi od reszty społeczeństwa idzie tak daleko, że nawet planowana ustawa o zeznaniach majątkowych wyłącza z tego obowiązku rolników. Rosnące dotacje do produkcji rolnej tylko pogłębiają trudności, a tegoroczny skup zboża przemienił się w horror. Próba ożywienia wymiany handlowej z Węgrami skończyła się skandalem dyplomatycznym i omal kryzysem rządowym. Politycy chłopscy odgrażają się, że nie poprą wstąpienia do UE, jeśli ich żądania nie zostaną spełnione. A jest wśród nich przesunięcie funduszy strukturalnych na dopłaty bezpośrednie dla rolników, oznaczające przejedzenie środków przeznaczonych na inwestycje i zablokowanie rozwoju cywilizacyjnego dla doraźnych korzyści jednej grupy. Gdyby PSL sprzeciwiło się integracji z UE, byłby to koniec tego rządu. Premier sobie nie radzi z politykami chłopskimi, ale za to trudno go winić, bo ma partnerów upartych i pazernych.

Wojenki podjazdowe i propagandowe
W negocjacjach z UE idzie dobrze, choć doszlusowanie do innych krajów kandydackich nie jest oszałamiającym sukcesem dla niedawnego lidera przemian. Trzeba przyznać, że poprzednicy pozostawili zaległości i ich nadrobienie, bez zrażenia opinii publicznej, to dobry znak. Niestety, odnosi się wrażenie, że dociągnięcie do Unii to główny pomysł, na którym rząd opiera przesadne nadzieje na rozwój Polski. Aby skorzystać z unijnego wsparcia, trzeba wypracować część środków w kraju, a na to widoki są marne.
Nie mając osiągnięć w ożywianiu gospodarki i likwidacji bezrobocia, obóz władzy przerzucał odpowiedzialność na inne instytucje i wszczynał z nimi propagandowe wojny. Kiedy pojawiły się projekty ustaw skierowanych przeciw niezależności banku centralnego i mediów, zagrożone stały się reguły demokracji. Wielu rządowych polityków twierdziło, że mandat uzyskany w wyborach pozwala im czynić, co zechcą. 
Na szczęście doszło do opamiętania, zanim wybuchł kryzys instytucjonalny państwa, jak na Ukrainie. Konflikty zostały wygaszone, retorykę powściągnięto, agresję wytłumiono. Trzeba przyznać, że premier wyciągnął z tych niepotrzebnych awantur wnioski: ostatnio zdeklarował respektowanie zasady niezależności i równowagi instytucji władzy w demokracji. 
Nie wszyscy jednak chcą się uczyć. Nie zmieniła się arogancja ministra zdrowia, który nadal wie lepiej od wszystkich i tego nie ukrywa. Na razie doprowadził do tego, że placówki publicznej służby zdrowia, oczekujące zapowiedzianego przezeń nadzoru i opieki państwa, zadłużyły się na potęgę. Przyjdzie nam za to zapłacić.
Błazenady ministra finansów przestają śmieszyć, a lekceważenie dziennikarzy i bufonada „sprostowań” na internetowych stronach resortu kłócą się z elementarnymi wymogami polityki informacyjnej. Wycofanie ogłoszeń o obligacjach skarbowych z prasy niezależnej i ulokowanie ich wyłącznie w przychylnych organach to żałosna gra. Za to przyjdzie zapłacić rządowi.
Premier w exposé przeznaczył rok na uporządkowanie i ustabilizowanie sytuacji oraz stworzenie podstaw pod przyszły rozwój. W tych dziedzinach, w których zapowiedziano naprawienie szkód wyrządzonych przez poprzedników, albo zapanował marazm (prywatyzacja), albo dodatkowy bałagan (oświata), albo destrukcja (ochrona zdrowia). Co do podstaw na przyszłość, to analitycy są sceptyczni. Bez głębokiej restrukturyzacji finansów publicznych, zmniejszenia obciążeń fiskalnych, ograniczenia wydatków bez pokrycia, likwidacji biurokratycznych barier, deregulacji rynku i poprawy warunków inwestowania, polska gospodarka nie odzyska dynamiki, trudno będzie zwalczyć bezrobocie, a zatem rozwiązać inne problemy społeczne. Takich radykalnych zmian rząd w pierwszym roku funkcjonowania nie dokonał, zatem o optymistyczne prognozy trudno.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 40 (2778), 6 października 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl