LISTY






Hieronimus Bosch: „Leczenie głupoty”

 

Toksyczne rodzynki

Cieszę się, że prof. Jan Woleński w wywiadzie „Głupota nie zna standardów” („TP” nr 38/2002) stwierdził wprost, że modlitewna i misyjna działalność Radia Maryja to żadna okoliczność łagodząca dla głoszonych na antenie: pogardy i potępienia dla inaczej myślących, antysemityzmu, ksenofobii, antyeuropejskości i czegoś, co nazwałabym katolickim fundamentalizmem. Profesor wręcz dziwi się: „Ale jak to jest możliwe, by za wartość oceniać posługę religijną, która jest przemieszana z szerzeniam nietolerancji, a nawet nienawiści? (...) Bo jakże można godzić misję duszpasterską z jawnym łamaniem kilku przykazań”. W Radiu Maryja większość czasu antenowego zajmują modlitwy. To jednak przerażające, że między odmawianiem różańca, czytaniem Pisma św. i encyklik papieskich pojawiają się wypowiedzi zaprzeczające pokorze i miłosierdziu, pełne jednostronnie pojmowanej polityki. Słuchacz może odnieść wrażenie, że nienawiść do Żydów, komunistów, Niemców i Unii Europejskiej popierają: Papież, Maryja zawsze Dziewica i sam Pan Bóg. 
Jeżeli zatrute rodzynki włożymy w smaczne ciasto, staną się tym bardziej niebezpieczne. Naiwny człowiek zje je nieświadomy, że łyka truciznę.

 
MONIKA POGODA
(Szczecin)


PS. Dodam, że informacje o działalności RM czerpię z monitorowania tej stacji oraz internetowego wydania „Naszego Dziennika”, a nie z „lewicowo-liberalnych mediów”, które, jak twierdzi o. Tadeusz Rydzyk – szef RM, rozgłaszając kłamstwa przysparzają rozgłośni przeciwników.



Filozof, logik, agnostyk

Tak siebie określa prof. Jan Woleński w wywiadzie i w liście ,,Mącenie w głowach” (,,TP” nr 38/2002). Obie wypowiedzi przydadzą się: nauczycielom szkół wszelkiego typu, duszpasterzom, katechetom, biskupom, Radiu Maryja i ,,Naszemu Dziennikowi”, których – jak można wnosić – Profesor jest pilnym odbiorcą. Za obydwa teksty należy mu się podziękowanie.
Mam jednak i wątpliwości. Być może chłopiec ocalały w wypadku autobusowym nad jeziorem Balaton powtórzył za kimś starszym, że jego siostrzyczka ,,musiała iść z mamą i tatą, bo ona by tego nie zrozumiała”. Czy Profesor jednak nigdy nie spotkał mądrych dzieci? Utrata matki czy ojca w dzieciństwie może zbliżyć dziecko do Boga lub od Niego oddalić. Wspomnę prof. Tadeusza Kotarbińskiego, który utracił matkę jako 10-letni chłopiec. Spostrzegłszy, że matka przed chwilą skonała, wybiegł z mieszkania i krążąc po ogrodzie krzyczał: ,,Nie ma Boga!”. Właśnie wtedy zrodziła się w nim postawa agnostyka i pozostała na stałe w jego ,,małej filozofii”. Latami zresztą modyfikował swój agnostycyzm i szukał dlań właściwszej nazwy. 
Zdarzyło się raz, podczas podpisywania indeksu w sali wykładowej Zakładu Filozofii UW, że studentka ujęta uprzejmością prof. Kotarbińskiego zapytała go: ,,Dlaczego Pan Profesor jest takim minimalistą?”. Odpowiedział: ,,Bo jestem wielkim leniem”. Opowiedziała mi to w 1993 r., gdy w czasie pewnej dyskusji ośmieliłem się określić tzw. małe filozofie, filozofie faktu, minimalistyczne, agnostyczne, sceptyczne – ,,filozofią leniuchów przez duże L”. Ku mojemu zdumieniu prawie tak samo określił je prof. Jerzy Pelc w końcowym przemówieniu na VI Zjeździe Polskich Filozofów w Toruniu w 1995 r. Miał na myśli epigonów szkoły lwowsko-warszawskiej, którzy po 1945 r. utknęli w logice, semantyce i ścisłych rozumowaniach. Zagadnienia egzystencjalne zostawili innym, m.in. marksistom.

O. JERZY M. CYGAN, OFMCap
(Biała Podlaska)



Jego ostatnie słowo

List prof. Jana Woleńskiego przypomina problemy ogólniejszej natury. Postawa agnostyczna wobec wydarzeń dziejących się w świecie (odpowiedź: „nie wiem”) jest niewątpliwie intelektualnie bezpieczna, ale człowiek ma potrzebę szukania sensu i przeżycia nieprzypadkowości własnego losu oraz losów świata. Nie można mu odmawiać do tego prawa. Nawet jeśli wyjaśnienia byłyby nieprawomocne intelektualnie i, na pozór, prymitywne. Doświadczenie sensu jest najbardziej podstawowym przeżyciem religijnym, a jeśli przeżywa się nieprzypadkowość życia, usprawiedliwione są pytania o sens tragicznych wydarzeń, także takiego, jak katastrofa autokaru nad Balatonem. Nie można na takie pytania odpowiadać zbyt łatwo, bo wtedy prymitywizuje się widzenie świata. Raczej trzeba mówić o sensie tajemniczym i niezrozumiałym. Jeśli neguje się sens w ogóle, przestaje się być człowiekiem religijnym, tzn. człowiekiem wiary i nadziei, bo wiara i nadzieja to przekonanie, że to, co jest, co się stało, co stanie się – są właśnie nieprzypadkowe („są – bo są konieczne”, jak mówi Czesław Miłosz w wierszu „Wiara”).
Dla ludzi wierzących szatan, jako siła zła działająca w świecie, jest czymś rzeczywistym, choć zagadkowym. Przypomniane ostatnio fragmenty historii z czasów II wojny (obrazy getta warszawskiego w filmie Romana Polańskiego „Pianista”, wydarzenia w Jedwabnem) oraz współczesne fakty okrucieństw, dziejących się w różnych punktach świata, pokazują, że zło w człowieku przekracza jego naturalną potencję psychiczną. Człowiek staje się terenem działania sił zła zewnętrznych wobec niego. Tajemnica zła w człowieku ma wymiar metafizyczny. W perspektywie religijnej dzieje świata to walka dobra ze złem, w którą każdy człowiek jest osobiście zaangażowany. Nadzieja i wiara pozwalają nam wierzyć, że Bóg jest większy niż zło i ostateczne słowo do Niego należy.

RENATA GRZEGORCZYKOWA
(Warszawa)

Ja, smutny Żyd

Byłem na wykładzie prof. Jerzego Roberta Nowaka, który przyjechał do parafii na zaproszenie naszego proboszcza. Gdy znajomi pytają mnie, o czym było spotkanie, odpowiadam, że o Żydach. Dowiedziałem się, że oni są odpowiedzialni za nasze niepowodzenia, także przyszłe. Chyba że zrobimy z nimi porządek (może wywieziemy na Madagaskar, jak głosiły napisy na murach w moim mieście dwadzieścia parę lat temu?).
Profesor stwierdził, że w Polsce nie ma antysemityzmu tylko antypolonizm. Tak wielki, że sięga korzeniami całego świata, o czym świadczą liczne przykłady dostarczane mu przez słuchaczy i czytelników. Szerzą go wszędzie obecni Żydzi. Każdemu narodowi dostało się po trochu, poza Prawdziwymi Polakami-Katolikami (prof. Nowak osobiście decyduje, kto do tej grupy należy).
Siedziałem w kącie i przygotowywałem kontrargumenty, gdy do głosu doszła publiczność. Zdrętwiałem: tezy Nowaka są akceptowane nie w 100, ale w 200 proc.! Ludzie urządzili słowną krucjatę przeciwko Żydom, wykupującym nas Niemcom, szkodnikom Polski... przeciwko całemu światu, który nic innego nie robi, tylko szkodzi Polsce. Próbując trzeźwo ocenić sytuację, doszedłem do wniosku, że jestem Żydem-antypolonistą! W sali wrzało. Prof. Nowak prosił, aby nie mówić, że za wszystko odpowiedzialni są Żydzi, tylko wskazywać, który konkretny Żyd. Posypały się nazwiska, tytuły gazet, nazwy partii politycznych, fundacji i organizacji. Większość tytułów można znaleźć w moim domu, są moimi ulubionymi albo przynajmniej takimi, po które sięgam, słucham ich, z którymi sympatyzuję. Okazało się, że należy czytać jedynie „Niedzielę”, „Nasz Dziennik” i słuchać Radia Maryja. Reszty plugastwa nawet nie dotykać.
Po wyjściu z sali byłem przerażająco smutnym Żydem. Proszę Was o pomoc! Tylko takie środowiska jak „TP”, Znak, Więź – ludzie, którzy są Kościołem i są otwarci, życzliwi światu, tworzą wspólnoty intelektualne i mają zaplecze organizacyjne, mogą coś zrobić. Jeżeli prof. Nowak twierdzi, że jego słowa są zgodne z nauczaniem Papieża, nie jest antysemitą, chce raczej łączyć niż dzielić, a potem mimochodem mówi, że „im głupszy Żyd, tym więcej antysemityzmu widzi wokół siebie”, wiem, że ten człowiek rozmija się sam ze sobą! Ludzie, do których mówi, chłoną to jednak bezkrytycznie i dokładają swoje fobie. Zostawienie takich zjawisk w spokoju i udawanie, że wszystko jest OK., spowoduje, iż pod naszym nosem wyrośnie potężna siła walcząca o rząd dusz! Tylko delikatna, ale stanowcza praca u podstaw może dać efekty. Do ludzi w parafii trzeba mówić językiem dialogu, miłości i nadziei. Może wtedy język wojny, nienawiści i upraszczania ustąpi albo zmieni tonację. Jestem prawie pewny, że zwykli parafianie nie mają możliwości zetknięcia się z inną, być może trudniejszą, ale prawdziwą mową. To nie są żarty. Chodzi przecież o Kościół – nasz Dom Powszechny. Pozdrawiam i dziękuję za to, że jesteście.

MIROSŁAW CHMIEL
(Gliwice)

 



 

 

Czego zabrakło...

Chciałbym dodać parę słów do dyskusji „Dojrzeliśmy do powtórki” („TP” nr 35/2002), choć być może są one bez znaczenia. Ogarniają mnie smutek i rozgoryczenie, gdy mam odpowiedzieć na pytanie, czego zabrakło w ciągu tych trzech dni. Nie pierwszy raz zresztą.
Nie w słowach czy gestach Papieża, lecz w sposobie organizacji pielgrzymki. Zabrakło odpowiednio przygotowanych sektorów dla chorych i niepełnosprawnych. Zadaję sobie i innym pytania:
– dlaczego najlepsze miejsca, przed i przy ołtarzu, zarezerwowane są dla polityków, samorządowców, kardynałów, biskupów?
– dlaczego organizatorzy papieskich pielgrzymek mają na uwadze przede wszystkim wygodę i dobry widok „Bardzo Ważnych Osób”?
– dlaczego brakuje im (organizatorom) wyobraźni (miłosierdzia) i zrozumienia dla tych, którzy są ograniczeni przez fizyczne dolegliwości i mają problemy z zobaczeniem czy słuchaniem słów Papieża? Czy nie można było dobrych miejsc odstąpić tym Ważnym, dla Papieża, Osobom? A politykom czy biskupom wyznaczyć dalsze sektory? To chyba jest możliwe. Wtedy urażono by dumę „Bardzo Ważnych Osób”, które muszą pokazać się na papieskich Mszach św. Z nimi trzeba się liczyć. Z niepełnosprawnymi i chorymi, niekoniecznie. A przecież to oni powinni otaczać ołtarz, ponieważ szczególnie łączą się z ofiarą Chrystusa i cierpieniem Papieża.
Słowa Jana Pawła II o miłosierdziu dotyczą wszystkich, a zwłaszcza „BWO”, które powinny wprowadzać je w czyn. Obawiam się jednak, że będzie po staremu.

 
MICHAŁ PILAWSKI
(Miechów, woj. małopolskie)




*

Sektor dla osób niepełnosprawnych w czasie papieskiej Mszy na Błoniach 18 sierpnia 2002 r., za którego zorganizowanie byłem odpowiedzialny, powstał wokół ołtarza w strefie „0” – najbliższej, na 1000 miejsc. Bliżej ołtarza byli tylko kapłani odprawiający wspólnie z Papieżem Mszę św. i rozdający Komunię św. Część miejsc w sektorze dla osób niepełnosprawnych była przeznaczona dla osób na wózkach inwalidzkich, w drugiej części przygotowane były ławki. Nie wszystkie przygotowane miejsca wykorzystano, ponieważ nie zgłosiła się na czas wystarczająca liczba chętnych. Wszystkie osoby niepełnosprawne, mające miejsca w sektorze „0”, musiały być zaopatrzone w identyfikatory imienne, tak samo jak pozostałe osoby posiadające wejściówki do tego sektora. Identyfikatory były wystawiane przez Biuro Ochrony Rządu, a nie przez Caritas, stąd nie mogliśmy zorganizować wejściówek dla osób zgłaszających się po terminie. 
Pozostaję z szacunkiem


Ks. JAN KABZIŃSKI
dyrektor Caritas Archidiecezji Krakowskiej




 

Pytania o miłosierdzie

Zastanawiam się, ilu rodaków uczestniczących w spotkaniu z Ojcem Świętym, także za pośrednictwem telewizji, przemyślało swój stosunek do starszego, chorego człowieka. Ilu zadało sobie pytanie: – Czy choć w jednej dziesiątej otaczam „mojego” starszego człowieka taką troską, jaką otaczany jest Ojciec Święty?
Przeczytałam w „TP” nr 35/2002 w reportażu o Marku Kotańskim: „Tam jest tylko jedna dziura w okolicy. Dlaczego w nią wpadł?” (I poniósł śmierć?). Jedna dziura w okolicy! Czy tak trudno było przewidzieć cudzą śmierć lub kalectwo z jej powodu? Czy z braku funduszu na naprawę nie można było jej załatać ze składkowych pieniędzy miejscowej i okolicznej ludności? Czy kierując się Bożym miłosierdziem ludność ta w najbliższym czasie zlikwiduje ją, by ktoś następny nie zginął? Czy nie można byłoby zrobić podobnie w innych miejscowościach?

TERESA WATRACZ
(Wrocław)




Herbert i Filip

W artykule o księżach-patriotach Tomasz Potkaj pisze: „Jesienią 1952 r. do opuszczenia diecezji zmuszono katowickiego biskupa Stanisława Adamskiego oraz dwóch jego biskupów pomocniczych, wprowadzając jako wikariusza kapitulnego czołowego działacza ruchu »księży-patriotów«, ks. Filipa Bednarza; brata jednego z usuniętych sufraganów”. Nie było żadnego ks. Filipa Bednarza. Wikariuszem kapitulnym władza ludowa mianowała ks. Filipa Bednorza i nie był on bratem bpa Herberta Bednorza. Postawa tego ostatniego jest tak przeciwstawna postawie ks. Filipa Bednorza, że jest nieprawdopodobnym, by jego rodzony brat mógł współpracować z prześladowcami. Ks. bp H. Bednorz nie był też sufraganem diecezji katowickiej, ale biskupem koadiutorem, o co prosił Stolicę Apostolską wiekowy już i schorowany bp ordynariusz Stanisław Adamski. Miał on tylko jednego sufragana, a był nim ks. bp Juliusz Bieniek. 
Sakrę biskupią ks. H. Bednorz otrzymał w Wigilię Bożego Narodzenia 1950 r. „W 1952 r. ze szkół w diecezji katowickiej została usunięta katechizacja gwarantowana przez »Porozumienie« (chodzi o „Porozumienie zawarte między przedstawicielami Rządu RP i Episkopatu Polski” z 14 kwietnia 1950 r. – przyp. red.). Biskupi katowiccy na czele z bp S. Adamskim w sposób stanowczy, dozwolony prawem, upomnieli się o prawa dzieci do katechizacji w szkole. W odpowiedzi na akcje zbierania podpisów pod petycją domagającą się przywrócenia katechizacji w szkole władze państwowe w dniu 4.11.1952 r. uwięziły biskupa H. Bednorza, który wziął na siebie całą odpowiedzialność za protest” (za ks. Jerzy Myszor „Życie i działalność ks. bp. Herberta Bednorza (1908-1989)”, Śląskie Studia Historyczno-Teologiczne XXII 1989).

TEOFIL SZEJA
(Katowice)


Za nieścisłości przepraszamy.
REDAKCJA „TP”





To nasz tekst!

Blisko 65 proc. tekstu „Najlepszy samolot w Europie” („TP” nr 37/2002), który podpisuje p. Wacław Dubiański, pochodzi z naszej książki „Życie codzienne i niecodzienne w przedwojennej Polsce” (wyd. Prószyński i S-ka 1999), z rozdziału „Automobiliści, lotnicy i inni” poświęconemu sportowi lotniczemu i samochodowemu w międzywojennej Polsce. O polskim lotnictwie sportowym pisaliśmy wcześniej w książce „Sport lotniczy w przedwojennej Polsce” (wydawnictwo TENTEN 1994). „Autor” w wybranym przez siebie fragmencie naszej książki (str. 148-153, 159) dokonał kilku skrótów oraz nieznacznych zmian. Dodał notki biograficzne Franciszka Żwirki i Stanisława Wigury, dwa fragmenty listów kapitana Żwirki do żony, fragment z księgi pamiątkowej Górnego Cierlicka na Zaolziu, a także ostatni akapit o pomniku pamięci polskich pilotów wzniesionym na miejscu katastrofy. Akapity te nie przekraczają jednak 35 proc. objętości artykułu! Przystępując przed kilkoma laty do pracy nad „lotniczym wątkiem” życia w przedwojennej Polsce przestudiowaliśmy stosy przedwojennej prasy (dziesiątki numerów „Skrzydlatej Polski”), wspomnienia pilotów, przejrzeliśmy tysiące archiwalnych zdjęć, szukaliśmy smakowitych, mało znanych cytatów z epoki. Naszą historię staraliśmy się opowiedzieć na tyle atrakcyjnie, by mogła zainteresować nie tylko znawców lotnictwa. 
Trudno wymyślić certyfikat autentyczności tekstu lub ograniczyć krąg autorów wyłącznie do ludzi znanych redakcji. Gdy jednak nieszczęście już się zdarzy, nie wolno go przemilczeć. Próbując spojrzeć na to zdarzenie z bardziej optymistycznej perspektywy musimy przyznać, że, jakby nie było, nasz tekst o przedwojennym lotnictwie sportowym całkiem nieoczekiwanie ukazał się w tak przez nas lubianym i szanowanym „TP”.

MAJA i JAN ŁOZIŃSCY
(Warszawa)


*

Po analizie tekstu artykułu o Żwirce i Wigurze przesłanego redakcji „TP” drogą mailową, ku mojemu zdziwieniu, zaskoczeniu, a wręcz przerażeniu stwierdziłem, że w ręce redakcji, jako efekt finalny, trafiła jedna z wersji roboczych tekstu. Przyczyna tkwi prawdopodobnie albo w braku zapisu zmian w pliku po przeprowadzonej korekcie, albo w zagraniu ostatecznej wersji artykułu przez jej wcześniejszą wersję na skutek zbieżności tytułów plików. 
Ponieważ żadna z wyżej wymienionych przyczyn nie usprawiedliwia tego, co miało miejsce, pragnę usilnie przeprosić redakcję „TP” za zaistniały, ewidentnie z mojej winy, błąd edytorski. Przede wszystkim jednak mojego przeprosiny należą się Państwu Łozińskim, z których opracowania zaczerpnąłem materiał do artykułu, a który wskutek mojej pomyłki nie został przeredagowany, jak miało to miejsce w wersji ostatecznej. Pragnę zapewnić, że moją intencją nie było przypisanie sobie tekstu z opracowania Państwa Łozińskich, a jedynie wykorzystanie zawartych w nim informacji, mających zobrazować tło wydarzeń związanych z działalnością bohaterów artykułu. Uznając swój błąd, stawiam moją osobę do Państwa dyspozycji i zgadzam się na poniesienie wszelkich konsekwencji wynikłych z zaistniałej sytuacji.

WACŁAW DUBIAŃSKI



*

Przykro nam, ale wyjaśnienia p. Wacława Dubiańskiego nie wydają się satysfakcjonujące. Tekst jego artykułu po redakcyjnych skrótach wysłaliśmy mu do akceptacji, był więc czas, by się zorientować w ewentualnej pomyłce. To, co się zdarzyło, jest niestety czymś więcej niż „błędem edytorskim”, a „wykorzystanie informacji” zawartych w książce Państwa Łozińskich poszło zdecydowanie zbyt daleko. 
Pozostaje nam bardzo serdecznie przeprosić – przede wszystkim Państwa Maję i Jana Łozińskich, których dobra zostały na naszych łamach naruszone, a także Czytelników, których nieświadomie wprowadziliśmy w błąd.

REDAKCJA „TP”





 




LISTY – apele o pomoc

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 40 (2778), 6 października 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl