Jak się zmieniła ,,stolica polskich Tatr” od upadku komunizmu?


Bo mnie jest szkoda lata...

Marcin Kula



...a zwłaszcza szkoda mi zakończonego urlopu w Zakopanem. I żal mi tamtego Zakopanego, w którym był raptem jeden bar mleczny i dwie restauracje, ale które było miejscem wakacji mojej młodości. Dziś Zakopane jest inne. Choć zasadzone za mej pamięci modrzewie na ul. Piłsudskiego zdążyły urosnąć, to miejsce jest wciąż moje. Do Krupówek przyznaję się już jednak tylko częściowo.


Nie, nie mam w oczach obrazu zanotowanego przez Marię Ossowską, która w liście z 1924 r. pisała, że „pociąg z Zakopanego odchodzi bezpośrednio do Warszawy w niedzielę, a potem dopiero we wtorek”. Po paru zaś dniach donosiła, że „nigdy chyba w życiu się tak nie natrudziła, żeby dostać coś do zjedzenia jak dzisiaj” („Intymny portret uczonych. Korespondencja Marii i Stanisława Ossowskich”, Warszawa 2002). Pamiętam, że pociąg kursował codziennie, a jechało się całą noc i rankiem, przy zjeździe w kotlinę nowotarską, widać było Tatry. Na peronie w Zakopanem czuło się powietrze inne niż w Warszawie (a może tylko inne niż w pociągu, zasypywanym sadzą przez parowóz?). Fiakry i sanie były zwykłym środkiem komunikacji. 
W Zakopanem istniały cztery taksówki, a rzężące autobusy dojeżdżały jeszcze do schroniska w Morskim Oku. Zakopiański dworzec autobusowy mieścił się na ul. Kościuszki, obok dzisiejszego domu towarowego, w domku, gdzie ulokowały się teraz sklepiki. Ruch miejski skupiał się na Krupówkach. Na górze Krupówek, gdzie dziś odchodzi ul. Piłsudskiego, stał teleskop do oglądania gór i niby-niedźwiedź pozujący do zdjęć. Teleskop był punktem spotkań. Już go nie ma, w tym miejscu wybudowano „oczko”: konstrukcję z mostkami nad strumykiem, która pełni tę samą rolę.
Obok zorganizowano swego czasu coctail-bar, sławny na całą Polskę. Było to pewnie w epoce rozpasanej, gierkowskiej konsumpcji. Teraz na jego miejscu jest wielka restauracja na otwartym powietrzu, obok rodzaj pudełka, w którym „podróż” dostarcza podobno niezapomnianych wrażeń. Nigdy nie mogłem się jednak zdecydować, by ich doznać – w odróżnieniu od wrażeń koktailowych, których jako żywo nie unikałem.

Zakopane w PRL: „Aby pracować móc”
Niezależnie od późnokomunistycznego smaku kremówek i lodów „sułtańskich” (wtedy nowość w Polsce!), w Zakopanem nie wszystko smakowało wówczas przybyszowi, nie mówiąc o miejscowych. Trudno było znaleźć nocleg, w gastronomii o umiarkowanych cenach królował ów bar mleczny, a dojazd do punktu wypadowego w góry i wieczorny powrót były osiągnięciami nie lada. Pamiętam, jak podczas szturmu do autobusu w Morskim jakiś facet domagał się wpuszczenia okrzykiem: „Ja jestem na delegacji!”, a tłum rżał ze śmiechu. O współczesnym sprzęcie wycieczkowym czy taternickim nie było mowy. Wielu młodych ludzi zbierało punkty na Górską Odznakę Turystyczną, co było atrakcyjne pewno z braku innych rozrywek. Punkty weryfikował nie byle kto: Tadeusz Zwoliński, autor przewodnika po Tatrach. Odbytą trasę trzeba było poświadczać w kolejnych schroniskach. Kiedyś na Kasprowym nie mogłem doprosić się pieczątki, która miała uwiarygodnić punkt wyjścia, więc sam ostemplowałem sobie kartę jakimś stemplem, akurat leżącym na stole. Na treść spojrzałem dopiero na Gąsienicowej: „Kuchnia dla sprzedaży obnośnej”. 
Władze oczywiście popierały turystykę i wszelkie inne rodzaje aktywności, potencjalnie dającej „światu pracy” zdrowie i zadowolenie. Na mojej legitymacji PTTK, wystawionej w 1957 r., wydrukowano słowa prezydenta Bieruta: „Tylko poznawszy swój kraj, można naprawdę owocnie dla niego pracować”. Mieliśmy więc odpoczywać, aby najlepiej pracować – czy to dzięki FWP [Funduszowi Wczasów Pracowniczych – red.], czy dzięki PTTK, powstałemu w ramach komunistycznego „zglajszachtowywania” z kilku istniejących towarzystw. Niektórzy mieli wypoczywać, by dobrze pracować nawet podczas odpoczynku: taka była koncepcja „Domów Pracy Twórczej”, stworzonych po to, by „inżynierom dusz” dać lepsze jedzenie i (nieco) lepsze warunki, ale ideologicznie uzasadnionych domniemaniem, jakoby pisarz lub naukowiec nie mógł nie być twórczy nawet na urlopie. Czy wiele w tych domach stworzono? Na pewno została tam poczęta pewna liczba dzieci, a czyż może być bardziej twórczy akt niż przekazanie daru życia? A poza tym Domy te odegrały dużą rolę w integracji środowiska intelektualnego. 
Nawet władza lubiła w Zakopanem nabierać sił do owocnej pracy dla kraju. Najlepiej umiejscowione wille, „Pan Tadeusz” i „Telimena” (przy wejściu na drogę do Doliny Białego), służyły najwyższej wierchuszce. Dalej w stronę miasta, na końcu ul. Grunwaldzkiej, dzisiejsze domy „Manru” (kiedyś „Iskra”), „Iskra” (kiedyś „Manru”) oraz „Ami” (kiedyś „Kaprys”) służyły średniej wierchuszce. Położoną dalej „Antałówkę” zbudowano później, dla niskiej wierchuszki. 
Wille te nie były oznakowane; kto miał wiedzieć, dla kogo je przewidziano, ten wiedział (a inni też wiedzieli). Symbolicznych przejawów komunizmu było jednak w Zakopanem wiele. Kino „Sokół” nazywało się „Giewont” (przedwojenna organizacja „Sokół” była źle oceniana). Na placu przed nim stała armata, w roli pomnika wdzięczności dla Armii Radzieckiej. Na początku lat 50. wejście do Białego było zakazane, ale nie z powodu bliskości „Pana Tadeusza”, lecz prowadzonych tam poszukiwań uranu. Poziomki ze śmietaną u wejścia do Białego szczęśliwie utrzymały się nawet w komunizmie.

Zakopane dziś: witraże w McDonald’s
Komunizm padł, Tatry stoją. W tatrzański świat wchodzi się teraz przez paradne bramy do lasu, gdzie trzeba płacić. Przy jednych płaci się Parkowi Narodowemu, a w dolinach Lejowej i Chochołowskiej – wspólnocie ośmiu wsi z siedzibą w Witowie. Strony nie mogą się dogadać, zawierając jedynie przejściowe rozejmy. Spór to ciekawy dla historyka, gdyż jego geneza sięga XIX w. Wtedy władze austriackie przeprowadziły prywatyzację działek, wpierw stanowiących dobra królewskie, a potem austriackie, wystawiając też pewną ilość ziemi na sprzedaż. 
W PRL prywatną własność „rozkułaczono”, wykupiono lub wywłaszczono w imię jednolitości Parku Narodowego. W 1999 r. górale ze Wspólnoty Leśnej Ośmiu Uprawnionych Wsi w Witowie zdecydowali się przypomnieć, że mimo istnienia Parku ziemia dolin Chochołowskiej i Lejowej, kupiona przez ich przodków, należy do nich. Zdecydowali się pobierać opłaty za wstęp od turystów, przy ignorowaniu opłaty żądanej przez Park. W 2000 r. Wspólnota zawiesiła pretensje do nowelizacji ustawy o ochronie przyrody. Umówiła się jednak z TPN, że będzie pobierać całość wpływów z biletów wstępu do „swoich” dolin zamiast 90 proc., na czym kiedyś stanęło. Bilety Wspólnoty są drukowane w innym kolorze niż bilety Parku i mają informację, że jest to opłata „Za wstęp i korzystanie z walorów przyrody w Dolinie Chochołowskiej i w Dolinie Lejowej w Tatrach – terenie własności Wspólnoty Leśnej Uprawnionych 8 Wsi”. TPN ich nie akceptuje, każąc u wejścia do „swoich” dolinek wykupywać bilety ponownie. Gdy po odwołaniu Wojciecha Gąsienicy-Byrcyna ze stanowiska dyrektora TPN w 2001 r. pojawiły się głosy w jego obronie, Wspólnota zapowiedziała wyjście z granic Parku, jeśli on wróci. W odpowiedzi Byrcyn proponował wykupienie ziem Wspólnoty... Od XIX w. zmieniają się państwa i ustroje, a spór o hale trwa. 
Inną tatrzańską nowością są przenośne toalety w Parku i wobec takiej liczby gości trudno byłoby się bez nich obejść. Deszcz pada w Zakopanem równie często jak za komunizmu, ale dziś łatwiej kupić peleryny. Maria Ossowska nie musiałaby teraz chodzić za jedzeniem: jeść można wszędzie. Kłopotów z noclegami też nie ma, raczej trzeba uważać, by wjeżdżając do miasta nie potrącić kogoś wysuwającego z pobocza tablicę „Wolne pokoje”. 
Ustały trudności komunikacyjne: kierowcy mikrobusów sami zapraszają (jacy są grzeczni!). Krupówki, przebudowane i upiększone dziwnymi latarniami, stały się deptakiem. Produkty zachodnie lub w zachodnim stylu czekają w każdym sklepie. Restauracje, bary i sklepy czynne są do późnego wieczora. Wzorem wielu miast zachodnich dziwacznie przebrani młodzi ludzie stoją nieruchomo na ulicy w oczekiwaniu na datek. Gdy monety polecą gdzie powinny, ożywiają się i wykonują wygibasy. Jeszcze inni młodzi ludzie, zadając sobie mniej wysiłku, zbierają „na piwo” lub „na kapustę dla ślimaka”. Teatrzyk mongolski zastąpił zeszłoroczną trupę Indian andyjskich, grających „El condor passa” (jak w wielu miastach świata, niekoniecznie andyjskich). 
Ale przy całym naśladownictwie „wielkiego świata”, Zakopane chce się pokazać regionalnie. W schroniskach wciąż udaje się kupić szarlotkę i kefir (Danone) obok batonów w zachodnim stylu. Restauracje zwą się „Stek chałupa”, „Góral Burger” lub stylowo „Bąkowa Zohylina”. Oscypki nadal wędzi się w bacówkach, choć mało prawdopodobne, by spełniano tam higieniczne zalecenia Unii Europejskiej. Prawda, nawet w sprawie oscypków dokonuje się koncesji: były próby ich opatentowania, a w reklamie podkreśla się nie ich smak, lecz że są „bogate w witaminy i minerały”. Kapele góralskie grają w każdej restauracji z regionalnym jadłem. Ciekawe, czy ten czynnik komercyjny łatwiej uratuje regionalny styl niż Cepelia, skądinąd istniejąca, nawet jeśli często sprzedająca produkty stylizowane? 
Nawet McDonald’s dekoruje ściany góralskimi malunkami na szkle, pięknymi zresztą. Góralski styl wraca, przynajmniej zewnętrznie, w budownictwie. Ale wiele oryginalnych domów na bocznych ulicach niszczeje, bo właściciele nie mają pieniędzy na konserwację. No i dba się o stary cmentarz, atrakcję turystyczną. 

Wobec majestatu Stworzenia
Już schyłek komunizmu zaowocował budową licznych obiektów sakralnych i kościołów oraz zaznaczeniem kroków papieskich – np. wytyczeniem szlaku Jana Pawła II w Tatrach Zachodnich czy położeniem tablicy przy drodze na Cyrhli, którędy przejeżdżał. Odświeżono stary drewniany kościół: zawsze był ciemny, omszały – teraz deski oheblowano i zaskakuje białością. 
Najbardziej znaczącą nową świątynią jest sanktuarium Matki Boskiej Fatimskiej, zbudowane jako votum za ocalenie Papieża. Już z samych tablic upamiętniających ofiarodawców widać, że budowla leżała na sercu władz miejskich. Figurują na nich m.in. burmistrz Zakopanego Adam Bachleda-Curuś oraz jego zastępcy, a także Franciszek Bachleda-Księdzularz, kiedyś senator. Architektonicznie ciekawsze zdają się jednak, nawiązujące do ostrych tatrzańskich szczytów i smreków, kościoły św. Krzyża na Zamoyskiego oraz na Olczy i Cyrhli. 
Architektura świątyń zbudowanych lub zaprojektowanych jeszcze za komunizmu to ciekawy fragment historii PRL. Ich budowaniu towarzyszyły znane przeszkody. Były to wszakże jedne z niewielu obiektów, gdzie architekt nie był skrępowany takimi przepisami, jak w przypadku budownictwa mieszkaniowego. W efekcie powstało wiele kościołów o ciekawej architekturze. Nadto niektóre z nich, jak na Olczy i Cyrhli, są znakomicie ulokowane. Po wyjściu z nich widzimy pasmo Tatr oświetlone słońcem. Od progu skromnej kaplicy w Dolinie Chochołowskiej mamy z kolei wspaniały widok Tatr Zachodnich. Patrząc na taki pejzaż, nawet człowiek niewierzący (jak ja) przeżywa moment zadumy wobec majestatu Stworzenia. 
Czasem tylko w obraz wkrada się nieprzyjemny zgrzyt. Rok temu w czasie wycieczki zaszedłem posłuchać nabożeństwa do kaplicy w Dolinie Chochołowskiej. Piękna górska sceneria, pieśni góralskie, ksiądz mówiący gwarą. Ale wszystkie te uroki prysły w pospolitym smrodzie antysemityzmu. Do koncelebracji Mszy ksiądz zaprosił gościa – księdza przybyłego z Jerozolimy. Wprowadzenie osoby celebransa brzmiało: „Przybył z Jerozolimy, ale nie ma nic wspólnego z Unią (zapewne Wolności) ani żadną inną partią”. Pod koniec nabożeństwa ksiądz przypomniał, skąd gość przyjechał i dodał z ironią: „Myślę, że nie odznaczony jeszcze żadnym Yad Vashem”. Pisałem o tym do władz kościelnych. Nie dostałem odpowiedzi.
Niezależnie od starych i nowych świątyń, najbardziej znanym symbolem katolicyzmu w Zakopanem pozostaje krzyż na Giewoncie. Projektuje się nawet jego wpis do rejestru zabytków. Jestem za, bo zabytkami są nie tylko dzieła sztuki w wąskim rozumieniu tego słowa, ale dzieła, które odegrały istotną rolę w życiu społeczności. Z tego nie wynika jednak, że nie można wyobrazić sobie Giewontu z innym symbolem. Tymczasem plakat tegorocznego Festiwalu Ziem Górskich przeznaczono na makulaturę, bo projektant zaproponował rysunek ciupagi wbitej w szczyt. Plakat wydrukowano, ale władze miejskie odrzuciły go. Widać sądzą, że na Giewoncie może być tylko krzyż. 
Upadek komunizmu to nie tylko zwiększenie liczby obiektów sakralnych. Zniknęła armata, a plac gdzie stała, zwany za PRL bodaj Placem Armii Radzieckiej, stał się Placem Niepodległości. Ulica 15 grudnia (dzień powstania PZPR?) stała się ulicą Piłsudskiego. Na Placu Niepodległości organizuje się co roku kiermasz staroci, gdzie poza mnóstwem ładnych przedmiotów można kupić komunistyczne odznaczenia i symbole (zdumiewa też podaż symboli faszystowskich). W kościele św. Krzyża zorganizowano kaplicę AK, u św. Antoniego (oo. Bernardyni) na Bystrem wzniesiono krzyż poświęcony ofiarom komunizmu. W rogu tablicy – medalion Józefa Kurasia „Ognia”. W górze medalionu słowa: „Polak z ducha i krwi” (hm...). Koło krzyża mały kamień z napisem: „Solidarność/ 3 maja 1990”. 
Przemiany nie zobaczymy w Muzeum Tatrzańskim, choć jedną z jego sal poświęcono historii Zakopanego i regionu. To marna i tradycyjnie zrobiona ekspozycja: parę zdjęć i książek. Najgorsze jednak, że wedle niej historia Zakopanego kończy się na II wojnie światowej. Z okresu powojennego pokazano tylko wizyty w Zakopanem kardynała Wojtyły. Arcybiskup-metropolita powinien być pokazany, ale czy nic poza nim? 
W wystawie podkreśla się wagę Zakopanego dla życia kulturalnego Polski – ale i tu kończąc na Żeromskim, Kasprowiczu i Przerwie-Tetmajerze. Tymczasem rola tego miasta, razem ze śmiesznymi Domami Pracy Twórczej, zwłaszcza w PRL, była ogromna. W końcu Tuwim spędził ostatni okres życia w „Halamie”, zaś Wisława Szymborska dowiedziała się o Nagrodzie Nobla w „Astorii”. Teraz rola Zakopanego jako stolicy-bis maleje, bo polityczne i kulturalne elity częściej jeżdżą zagranicę (w każdym razie pod Tatrami mało je widać). Niezarejestrowania wpadki z prochami Witkacego już można byłoby muzealnikom prędzej darować. 
Jeśli muzeum regionalne ma dokumentować życie regionu, powinien być w nim przedstawiony rozwój miasta: nawet ta armata wdzięczności, której nikt nie chciał, ale która, nie da się ukryć, w mieście stała. Powinna być udokumentowana także zakopiańska „Solidarność”. 

Komórki na szczytach
„Pan Tadeusz”, „Telimena” i inne domy, dawniej mniej lub bardziej zamknięte dla „ludu pracującego miast i wsi” (sformułowanie konstytucji z 1952 r.), stały się powszechnie dostępnymi pensjonatami. Słowo „pensjonat” stopniowo wraca, zastępując „dom wczasowy”, choć „wczasy” są wciąż w użyciu. 
Upadek komunizmu znalazł wyraz także w sprawach bardziej prozaicznych. Przyzwoity standard kwatery podniósł się do poziomu pokoju z prysznicem w miejsce wspólnej łazienki. Na obiad nie wraca się już z pytaniem, czy dostaliśmy list od bliskich. Nie czeka się na listy, bo w teraz częściej się telefonuje lub mailuje. Na szczytach dzwonią telefony komórkowe, przy pomocy których wycieczkowicze z dumą informują o górskich osiągnięciach. Na granicy nie ma napięcia, właściwego dla uprzednich stosunków „bratnich” krajów. 
Żeby jeszcze tylko nie padało...

Autor jest historykiem, profesorem Uniwersytetu Warszawskiego i Wyższej Szkoły Przedsiębiorczości i Zarządzania im. Leona Koźmińskiego. Ostatnio wydał: „Zegarek historyka”, Trio 2002.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 40 (2778), 6 października 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl