Komentarze

 


Wojciech Pięciak Bitwa na wewnętrznym „froncie”

Jacek Imbramowski Nie w kasach problem

Marek Zając
Pomocna dłoń premiera Szarona


Józefa Hennelowa  Wersal ma się dobrze


Michał Zieliński Abolicja – prawo słabe i głupie 



 

 




  
Bitwa na wewnętrznym „froncie”

Richard Chartres zaskoczył wszystkich. Idąc pod prąd poglądom, które
dominują w skłaniającym się ku pacyfistycznym ostrzeżeniom przed wojną z Husajnem Kościele anglikańskim, Chartres – biskup Londynu i członek Izby Lordów – skrytykował „hipermoralizm” innych biskupów i poparł politykę premiera Blaira w „kwestii irackiej”. Argumentował: nauka chrześcijańska nie zabrania „akcji bezpośredniej”, jeśli stawką jest pokój w świecie. Innego zdania byli eks-wojskowi: generałowie, dożywotnio zasiadający w Izbie Lordów, którzy przestrzegali przed pochopnym wysyłaniem żołnierzy nad Zatokę. Znaczenie tej nieoczekiwanej zamiany ról było jednak symboliczne, bo brytyjska polityka rozstrzyga się w Izbie Gmin. Tu zaś Blair, spinający wątły dziś alians między USA a Europą, spotkał się w ub. tygodniu z oporem wewnętrznym. Owszem, debata parlamentarna nad rządowym dossier o irackich arsenałach – dokument omawia iracką broń chemiczną i biologiczną, jej nośniki (20 rakiet, w zasięgu których leży Bliski Wschód oraz Cypr, Turcja i Grecja), prace nad bronią atomową i sposoby oszukiwania ONZ – skończyła się sukcesem Blaira. Pokazała jednak granice, na jakie natrafi szef demokratycznego państwa, który nie może rozkazywać, lecz musi przekonywać, gdy w końcu na porządku dziennym stanie sprawa udziału jego kraju w wojnie o obalenia Husajna. Bo sprzeciw wobec polityki premiera ujawnił się nie tylko w jego Partii Pracy, ale też u części konserwatystów i liberałów.
Podobny spór o operację przeciw Husajnowi wybuchł w minionym tygodniu w USA. Prezydenccy republikanie i mający większość w Senacie demokraci starali się dotąd, by „wojna z terrorem” była wyłączona z wewnętrznej konfrontacji – co nie znaczy, że obie strony nie próbowały wykorzystać jej do swego politycznego marketingu (co podzielonym w „kwestii irackiej” demokratom przychodziło w większym trudem; atak Gore’a, kandydata demokratów na prezydenta, na „unilateralizm” Busha był kolejnym tego sygnałem). Ale do listopadowych wyborów do Kongresu coraz bliżej i nerwy puszczają. Najpierw zawiodły Busha, który zarzucił demokratom stawianie partyjnych interesów nad bezpieczeństwem ojczyzny (poszło o to, że demokraci blokują, z trzeciorzędnych powodów, prace nad powołaniem nowego ministerstwa bezpieczeństwa wewnętrznego). Obrażeni demokraci, którzy w ataku Busha dostrzegli słusznie lub nie próbę wykorzystania polityki zagranicznej do odwrócenia uwagi od osłabienia gospodarczego, zażądali przeprosin. Satysfakcję dostali, konflikt szybko załagodzono – w końcu Bush, podobnie jak Blair, będzie musiał otrzymać od Kongresu upoważnienie do działań przeciw Husajnowi. 
Ale kłopoty Blaira i Busha z politycznym poparciem na „froncie wewnętrznym” mogą okazać się niczym w porównaniu z coraz to nowymi trudnościami w budowaniu międzynarodowej koalicji dla obalenia Husajna: sprytna wolta Iraku i jego „polityka (pozornie) otwartych drzwi” dla kontrolerów z ONZ dała Chinom, Rosji i Francji pretekst do przyblokowania w Radzie Bezpieczeństwa NZ kolejnej i bardziej stanowczej rezolucji, której nierespektowanie dałoby Bushowi mandat do działań zbrojnych. Tymczasem – wobec oporów Europejczyków – do posiadania takiego mandatu Bush zdaje się ostatnio przywiązywać coraz większą wagę. 

Wojciech Pięciak






Nie w kasach problem

Rząd przyjął projekt ustawy o Narodowym Funduszu Zdrowia, zakładający
likwidację kas chorych i centralizację budżetu przeznaczonego na lecznictwo. Opozycja naturalnie skrytykowała te pomysły jako niweczące podjętą przez poprzednią ekipę próbę zreformowania systemu ochrony zdrowia. Tymczasem sedno problemu leży gdzie indziej: rząd Jerzego Buzka – choć mienił się prawicowym – nie odważył się na rzeczywistą rewolucję rynkową. Taką byłoby stworzenie konkurencyjnego i nie obsadzanego wedle klucza politycznego systemu firm, zajmujących się ubezpieczeniami zdrowotnymi oraz rzeczywista prywatyzacja placówek służby zdrowia. Opłacanie świadczeń z kas funduszy – niezależnych i swobodnie wybieranych przez obywateli (płatników składek), a nie narzucanych przez władzę – pozwoliłoby na ograniczenie największej plagi służby zdrowia w Polsce, czyli korupcji, mającej swe źródło także w przyzwyczajeniach z czasów PRL. 
Lęk przed obaleniem popularnego przekonania – że można stworzyć równy dla wszystkich dostęp do świadczeń zdrowotnych – spowodował, że dziś płaszczykiem dla łapówkarstwa stały się sprywatyzowane rzekomo przychodnie i gabinety. Ich rola sprowadza się często do „poczekalni” publicznych szpitali. Praktyka taka jest publiczną tajemnicą: na wiele oddziałów chory dostać się może wyłącznie (lub w każdym razie poza kolejką) wtedy, gdy wcześniej zostanie klientem prywatnej przychodni bądź gabinetu odpowiedniego ordynatora. Efekt: prywatny interes lekarzy nakręcany jest za publiczne pieniądze (bo za pobyt protegowanego chorego w publicznym szpitalu płaci budżet służby zdrowia, obecnie w postaci kasy chorych). Tej patologii – na którą środowisko służby zdrowia nie reaguje – ulegają pacjenci, bo cóż mogą zrobić? I tak choroba narasta: są szpitale, w których na pacjentach wymusza się opłatę – oczywiście, do prywatnej kieszeni – nie tylko za standardowe czynności medyczne, ale nawet za informacje o postępach kuracji; są oddziały, na których leżą „martwe dusze”, za jakie bierze się z kas chorych zwrot rzekomych kosztów. Itd. 
Tak jak mitem jest teza, że dostęp do opieki zdrowotnej musi – i może – być równy dla wszystkich, tak obecny system demoralizuje.   
 

 Jacek Imbramowski






Pomocna dłoń premiera Szarona

Na Bliskim Wschodzie nie trudno o proste, czasem kiczowate symbole: oto 
Jaser Arafat, oblegany przez wiele dni przez armię izraelska w Ramallah, wychodzi wreszcie z gruzów swej kwatery. Jest blady i zmęczony, ale drżące palce składa w znak zwycięstwa – i ma rację, bo jeszcze niedawno jego kariera lec mogła w gruzach. Gdy kilkanaście dni temu przyjechałem do Jerozolimy, wielu Izraelczyków (przekonanych, że Arafat albo nie potrafi, albo nie chce uporać się z terrorem) i Palestyńczyków (poirytowanych korupcją i nieudolnością swoich władz) z nadzieją czekało na rychły upadek prezydenta Autonomii. Do dymisji – po ostrym konflikcie z parlamentem – podał się palestyński rząd. Niektórzy liczyli, że gdy Arafat odejdzie, to do dawnych sympatii wrócą ci Izraelczycy, którzy stanowili elektorat tradycyjnie zaangażowanej w proces pokojowy lewicy, a tylko przerażeni terrorem i nieufni wobec Arafata zagłosowali ostatnio na Szarona. A wtedy nowy premier Izraela i nowy prezydent Autonomii siądą do rokowań i podpiszą pokój. 
Arafat, na swoje szczęście, może jednak liczyć na Szarona, który zawsze wyciąga go z politycznej katastrofy. Po serii zamachów Izraelczycy zrównali z ziemią niemal cały kompleks gmachów Autonomii. Na fotografii w dzienniku „The Jerusalem Post” dwóch żołnierzy pozuje z uśmiechem do pamiątkowego zdjęcia na tle betonowej pustyni, w jaką zmienili część Ramallah. Tymczasem nie powinni mieć powodów do zadowolenia. Bo osiągnęli tylko tyle, że męczennik-Arafat znów stał się dla Palestyńczyków liderem i bohaterem; w styczniowych wyborach prezydenckich zamierza na niego głosować dwie trzecie z nich. W przyszłym roku Izraelczycy będę więc prawdopodobnie nadal powtarzać, że główną przeszkodą na drodze do pokoju jest Arafat, a Palestyńczycy – że Szaron. Ale kiedyś zabraknie i Szarona, i Arafata – wtedy okaże się, czy były to tylko wygodne wymówki. 

Marek Zając







Wersal ma się dobrze 

Wicepremier i minister infrastruktury, którego ostatnio opozycja nie zdołała 
odwołać, skomentował w publicznym radiu sejmową dyskusję na swój temat, ostro krytykując jej „brak poziomu” i ataki osobiste. Nie widział nic niestosownego w zabieraniu głosu w charakterze sędziego, będąc stroną konfliktu. I nie jest to wcale wyjatkowe wystąpienie przedstawiciela władzy wykonawczej. Członkowie rządu na krytykę reagują coraz częściej tak, jakby była zamachem stanu albo bluźnierstwem. W starcia słowne pełne zlośliwości wdaje się na mównicy sejmowej sam premier. W telewizyjnych dyskusjach minister zdrowia najzwyczajnej przerywa oponentce – posłance w pół slowa, agresywnie zaprzeczając albo pozwalając sobie na pogardliwe złośliwości. Drugi wicepremier, minister finansów, zapytania zadawane na konferencjach prasowych pozostawia bez odpowiedzi, po prostu wstając i wychodząc bez slowa. Konwencja ostrego starcia, typowa dla parlamentu, w odbiorze rządu coraz częściej przyjmowana jest z rodzajem świętego oburzenia, a media coraz skuteczniej „przywoływane do porządku”. Kategoria polityka „z klasą”, powściągliwego i eleganckiego w każdej sytuacji, wyparowuje na naszych oczach. coraz widoczniej. Puszczają nerwy czy też wraca onegdajsza szkoła savoir vivre’u?

 Józefa Hennelowa




 

Abolicja – prawo słabe i głupie

26 września Sejm uchwalił ustawę o abolicji podatkowej. Postanawia ona, że dochody, które ukryte były przed fiskusem, można teraz zalegalizować, płacąc jednorazowy podatek w wysokości 12 proc nieujawnionej kwoty. Ustawa ta jest skandalem tak moralnym, jak prawnym. Więcej: jej pozytywne skutki ekonomiczne są nader wątpliwe. 
Ponieważ mogę być podejrzewany o niezbyt wielką życzliwość w stosunku do miłościwie nam panującego Sojuszu Lewicy Demokratycznej, przypomnieć musze, że – jak wynika z wrześniowej ankiety Centrum Badania Opinii Społecznej – pogląd, że wprowadzenie abolicji podatkowej jest oszustwem w stosunku do ludzi uczciwie płacących podatki, podziela ponad trzy czwarte Polaków (77 proc.). 
Zwolennicy ustawy też, acz niechętnie, przyznają, że jest ona nieuczciwa. Mimo to bronią jej, powołując się na korzyści związane ze zmniejszeniem szarej strefy oraz rzekomo wielkie wpływy budżetowe z takiego podatku legalizującego. 
I znowu, aby nie być podejrzanym o niedostateczny stopień miłości do Leszka Millera i Grzegorza W, Kołodki, przypomnę, że Towarzystwo Ekonomistów Polskich w specjalnej uchwale stwierdziło, że „rządowy projekt abolicji podatkowej ... grozi destabilizacją gospodarki i narusza konstytucję”.
Owe zagrożenie bierze się z tego, że abolicję podatkowa znosi raz ustanowiony obowiązek prawny („surowe prawo, ale prawo”), czym zachęca do łamania innych przepisów w przyszłości. To raz.
Po drugie, nie jest spełniony elementarny warunek ustawy abolicyjnej. Byłoby nim przyznanie, że prawo obowiązujące w przeszłości było złe („prawo surowe, ale głupie”) i zmiana wadliwej regulacji. Nie trzeba wyrafinowanej logiki, by zauważyć, że skoro wielu przedsiębiorców unikało w przeszłości płacenia podatków, uznając je za wysokie, to jedyna szansa, żeby płacili je w przyszłości, tkwi w zmniejszeniu ciężarów fiskalnych. Te zaś w przyszłym roku mają nie maleć, ale... wzrosnąć. W tej sytuacji liczenie na korzyści budżetowe w wysokości 0,6 mld zł (tyle zapisano w projekcie budżetu) jest dowodem niezmierzonego optymizmu Grzegorza W. Kołodko, a sama liczba jest w oczywisty sposób przepisana z sufitu (złośliwi twierdzą, że było jeszcze gorzej: wicepremier w projekcie zapisał 6,0 mld zł, lecz maszynistka popełniła tzw. czeski błąd).
Jedyną możliwość większych wpływów z podatku abolicyjnego dają nasi znakomici gangsterzy. Każde solidna firma mafijna poza handlem narkotykami i bronią, porwaniami dla okupu itd. prowadzi interesy całkowicie legalne (sklepy, hurtownie, restauracje itd.), służące praniu pieniędzy z działalności podstawowej. Uchwalona ustawa możliwości takiego prania kosztem dość niskiego podatku znacznie powiększa. Toteż – być może – gangsterzy z tej szansy skorzystają. 
Nie wydaje się jednak, aby przyczyniło się to do umocnienia opinii Polski jako państwa prawa. Z ustawy abolicyjnej wysnuć bowiem można taki wniosek, że Polska jest krajem, w którym bandyci mogą legalnie napadać na banki, pod warunkiem jednak, że uciekając nie przejadą skrzyżowania na czerwonym świetle i terminowo rozliczą się ze stosownym urzędem skarbowym.


Michał Zieliński 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 40 (2778), 6 października 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl