Glenn Gould – dyskografia subiektywna


Oczywiście BACH, wszystko jak leci. Nie sposób ominąć mitycznych Wariacji Goldbergowskich, ale to drzewo przesłaniające las. Jeszcze wyżej stawiam Toccaty, gdzie Gould operuje bajecznymi kontrastami, podprzęgając lunatyczne medytacje poza czasem do wesołej lokomotywy – żwawej, motorycznej fugi. Partity są jak poematy Verlaine’a, wysmakowane i wypieszczone w każdym detalu, połyskujące melancholią (Szósta!). Suity francuskie to rysowane cienką kreską, hipnotyzujące arabeski, a Suity angielskie – pełne narracyjnych pomysłów ballady. Słuchanie Das Wohltemperierte Klavier jest nieustającą przygodą, ale po 10 (50?) latach znużyć może pewna „jednowymiarowość” koncepcji. Warto odkryć kilka innych, nie dość docenianych płyt: absolutnie feeryczne Sonaty skrzypcowe i wiolonczelowe (z Jaimem Laredo i Leonardem Rose); „Włoski album” z bajecznym Koncertem wg Vivaldiego i zwłaszcza porywającą, a nigdy nie graną Fugą wg Albinioniego BWV951; a przede wszystkim Kunst der Fuge (patrz obok). 
Lekcja anatomii, jaką jest MOZART w wydaniu Goulda, nie do każdego przemówi, ale wczesne sonaty ożywią nawet trupa. W jego zmaganiach z BEETHOVENEM wszystko jest pasjonujące, nawet sarkazmy. Poza studyjnymi nagraniami, warto poznać Sonatę op110 z recitalu w Sztokholmie (BIS CD 323/324) i nie nagraną gdzie indziej, cudowną Sonatę op101 z achiwów kanadyjskiego radia CBC, zawierających też inne, młodzieńcze perełki (PSCD 2013). Sześć ostatnich sonat HAYDNA poraża swą nowoczesnością. Pawany i Gaillardy GIBBONSA i BYRDA brzmią jak akty wiary, wydestylowane kontemplacje na abstrakcyjnym instrumencie. Nawet uczulonym na WAGNERA polecam genialne Gouldowskie transkrypcje jego dzieł. O swym nagraniu Intermezzi BRAHMSA Gould mówił, że „jakby grał dla siebie, zostawiwszy uchylone drzwi”: nie ma istotnie nic bardziej intymnie-somnambulicznego. Fascynujący jest też album z utworami GRIEGA, SIBELIUSA i BIZETA: mroczny klimat Północy, ciekawe eksperymenty akustyczne. Amatorzy Szkoły Wiedeńskiej na czele z SCHOENBERGIEM nie znajdą nikogo, kto lepiej orientowałby się w tym księżycowym pejzażu. Władającym angielskim polecam wreszcie „Trylogię samotności”, trzy kontrapunktyczne audycje radiowe Goulda, dające wgląd do duszy tego mutanta (CBC, PSCD 2003-3). No i oczywiście niezliczone filmy, a zwłaszcza dokumenty Bruno Monsaingeona.
(Wszystkie niemal nagrania Goulda, poza wspomnianymi wyżej wyjątkami, znalazły się w katalogu SONY CLASSICAL, zawierającym ok. 80 kompaktów.)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 40 (2778), 6 października 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl