O wszystkim


Zapiski europejskie

ANDRZEJ DOBOSZ


11 października Christie’s w Nowym Yorku organizuje aukcję biblioteki Rogera Rechlera. Ten bibliofil, którego nazwisko nic mi nie mówi, wystawi na sprzedaż 350 książek, wyłącznie pierwsze wydania, często z dedykacjami autorów. Jest wśród nich „Ziemia jałowa” Eliota, „Ulisses”, „Wielki Gatsby”, parę tomów Hemingwaya, „Nadzy i martwi” Normana Mailera, „Goldfinger” Iana Fleminga i „On the Road” Kerouaca.
Podchodzę do moich półek. Cieszę się, biorąc do ręki „Obroty rzeczy” (PIW, Warszawa 1956, nakład 1000 egzemplarzy) z dedykacją z 3 czerwca 56 („Druk ukończono 31 marca 1956”).
Białoszewski jest dla mnie ważniejszy od Kerouaca. Inne pierwsze wydania: „Światło dzienne” Miłosza, 1953, tom piąty Biblioteki Kultury; pierwsza książka Konstantego Puzyny „To co teatralne” (3 tysiące z roku 1960); „Barbarzyńca w ogrodzie” z 1962 roku (nakład 5 tysięcy); „Gdzie wschodzi słońce i kędy zapada”, 1974 – mój pierwszy Miłosz z dedykacją. Fleminga zastępuje mi Leopold Tyrmand: pierwsze wydanie „Złego” dosyć sfatygowane, „Filip” z roku 1961 już z rozwiniętą dedykacją. A kolejne wpisy Antoniego Słonimskiego są właściwie samoistnymi utworami. 
Zebrałaby się tych pierwszych wydań dobra setka. Są rzeczy, do których jestem szczególnie przywiązany. Oto w roku 1953, póżnym wieczorem, na wystawie prywatnego antykwariatu na Nowym Świecie zobaczyłem „Ferdydurke” – Rój 1937 (antydatowane). Gwałtowne podejrzenie, że rzeczywistość jest snem, dramatyczne wysiłki, by zgromadzić potrzebną sumę, nie zdradzając jej przeznaczenia, niemal bezsenna noc. Nazajutrz, dwie po jedenastej, egzemplarz był w moich rękach.
W Nowym Jorku „Wielki Gatsby” z roku 1925 – sztywna okładka i zachowana, choć podniszczona obwoluta – został wyceniony na sto do stu pięćdziesięciu tysięcy dolarów, co oznacza, że nie zostanie sprzedany poniżej dziewięćdziesięciu pięciu tysięcy. Górną granicę trudno przewidzieć. „Ulisses” – Paryż 1922, miękka okładka – 70 do 90 tysięcy, Kerouac – 60 do 80 tysięcy, Ian Fleming z dedykacją dla Sir Winstona Churchilla także 60 do 80 tysięcy dolarów. W Londynie te ceny kształtowałyby się podobnie. W Paryżu byłyby może nieco niższe; tu zresztą ceni się szczególnie wymyślne oprawy, do których nie mam upodobania. 
Ja tymczasem pozostaję z czystą radością posiadania mojego Białoszewskiego, Herbertów i Miłoszów, bez żadnych pokus wyrzeczenia się ulubionych tomików za możliwość nieoczekiwanego przejścia od potrzeby do dostatku, czy może nawet dalej, od potrzeby do dostatku i, jeszcze w tym samym dniu, od dostatku do obfitości.
Wśród moich pierwszych wydań jest też książeczka nieporównanie mniej znana od tych, które dotąd wymieniłem. Niewielkiego formatu, wydana skromnie, na papierze klasy IV, w roku 1973, w nakładzie 10 tysięcy. Mimo parokrotnej lektury zachowała się w doskonałym stanie; jedynie bardzo brzydka obwoluta jest bliska rozsypania. Tytuł „Zapiski kanadyjskie” brzmi dość enigmatycznie. Ale już w pierwszym zdaniu spotyka nas niespodzianka, gdy książka zaczyna się od zajmującego opisu Londynu. Na stronie 49 przenosimy się do Szkocji. Babka autora książki, Jacka Woźniakowskiego, „była córką Henryka Rodakowskiego, malarza. Dwaj jego bracia byli generałami austriackimi... Wszyscy bez wyjątku potomkowie Maksymiliana to Włosi, rozsiani od Mantui do Neapolu. W tym międzynarodowym imbroglio Maksymilian zawsze uważał się za Polaka. Drugi generał, Józef Rodakowski, czuł się Austriakiem... Lubił nieprzyjemne łączyć z niepotrzebnym... Ożenił się z córką szwedzkiego dyplomaty, panną Otylią Wrangel. Ich syn Ernest, urodzony w roku 1866 w Hadze, był dzieckiem niesfornym. Wyleciał błyskawicznie z pięciu szkół po kolei: w Gütersloch (Westfalia) jego wydalenia zażądał magistrat po bójce na szynach kolejowych, która spowodowała konieczność zatrzymania pociągu.” 
Ów Ernest, którego malownicza biografia opowiedziana na czterech stroniczkach wystarczyłaby na całą osobną książkę, w końcu zdobył serce jedynej córki szkockiego lorda. Potem jego córka, nie mówiąca słowa po polsku, czuła się zawsze Polką i chętnie opuszczała rodzinny zamek, odwiedzając licznych europejskich Rodakowskich w Austrii, we Włoszech, na Węgrzech i w Polsce, przed wojną i po roku 1957. Aż wreszcie Jacek Woźniakowski z okazji podróży do Kanady może złożyć wizytę swej ciotce w jej zamku, a przy okazji objechać i poznać Szkocję lepiej niż byłby to w stanie zrobić turysta lub wysłannik gazety. Rezultatem jest literatura wysokiej próby: „Wszystko w ogóle, czegośmy się w Szkocji dowiedzieli, także treść rozmów, które tu podaję, to skondensowana rekonstrukcja: w istocie mieliśmy do czynienia z serią delikatnych zająknięć, niedomówień, nie całkiem zrozumiałych, skrótowych dowcipów, a przede wszystkim z całą skalą milczeń, milczeń na antypodach gburowatości, milczeń pełnych życzliwej uwagi i wspólnego doceniania egzystencji.”
Wznowienie tej opowieści o różnorodności krain Europy byłoby nieporównanie skuteczniejszym sposobem propagowania Unii niż urzędowa misja funkcjonariusza służb specjalnych niewiadomej rangi.
Jacek Woźniakowski nie tylko opowiada o Europie rzeczy niedość znane, ale zarazem dostarcza wzoru myślenia, jeśli słabo rozpowszechnionego, to jednak obecnego w naszym kraju od dziesięcioleci.
Być może jednak dla partykularnego interesu moich spadkobierców byłoby korzystniej, by ta książeczka pozostawała nadal w zapomnieniu i dopiero po wielu latach, w zamożnej Polsce, zajaśniała pełnym blaskiem, jako wyjątkowa rzadkość bibliograficzna.








 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 40 (2778), 6 października 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl