Nowe-stare Niemcy i Unia Europejska


Jakoś to będzie w Europie...

Klaus Bachmann z Brukseli



Niemieccy komentatorzy zadają sobie czasem pytanie, którym żaden polski obserwator nie zawracałby sobie głowy: czy rząd jest „handlungsfähig”? Najbliższy polski odpowiednik tego słowa to: „zdolny do działania”. Któż się zastanawiał, czy sklejone z przypadkowych większości polskie rządy początku lat 90. były „zdolne do działania”? Jasne, że nie były, ale przeprowadziły drastyczniejsze reformy niż rządy Schrödera i jego poprzedników razem wzięte. Jakoś to było. Teraz tak będzie w Europie: jakoś.


Lista problemów w Europie, których rozwiązanie zależy od sprawności rządu w Berlinie, jest długa. Trzeba sfinalizować negocjacje akcesyjne; trzeba też podjąć decyzje w innych trudnych sprawach: ile rozszerzenie Unii może kosztować, na jakie ustępstwa Unia może sobie pozwolić wobec Francji, by ta zgodziła się na choćby skromną reformę Wspólnej Polityki Rolnej? Co począć z ambitnym planem reform, jaki przedstawi zapewne w przyszłym roku Konwent Unii rządom krajów członkowskich? I jak załatać dziurę budżetową w Niemczech, by nie złamać obietnic złożonych powodzianom, nie rozmiękczyć kryteriów Unii Walutowej (euro!)? Po drodze jest jeszcze kolejne rozszerzenie NATO i prawdopodobna interwencja w Iraku. 
To wszystko ma przeprowadzić gabinet, z którym Amerykanie nie chcą rozmawiać, który z Paryżem nie może znaleźć wspólnego języka, który u siebie będzie mieć prężną opozycję i musi się bać każdej kontrowersyjnej decyzji, bo wtedy paru własnych posłów może zagłosować przeciw – i obalić rząd. W takich warunkach nie można reformować rynku pracy i systemów socjalnych, a bez tego deficyt będzie jeszcze większy, zaś wzrost gospodarczy – mniejszy. To zaś natychmiast wpłynie na gospodarkę całego „Eurolandu”, któremu dodatkowo grozi wzrost cen ropy. Euro znów więc spadnie, nie tylko ze względu na droższą ropę, ale i na wieść, że państwa Unii Walutowej rozluźniają warunki Paktu Stabilizacyjnego. Bo, że tak zrobią, jest już niemal pewne. Pytanie tylko, jak bardzo.
Niestety, to wszystko i tak by się zdarzyło, bez pasjonujących wyborów w Niemczech. Ale dzięki zwycięstwu Schrödera (albo raczej: Fischera) mamy też parę dobrych wieści. Przynajmniej werbalnie Zieloni i socjaldemokraci są dobrymi Europejczykami, z pewną sympatią do pomysłów federalistycznych. Wprawdzie niemiecki rząd raz po raz ucieka się do tzw. metody międzyrządowej (o najważniejszych sprawach w Unii decydują rządy państw, a nie instytucje unijne – red.), ale Fischer i Schröder co rusz przedstawiają kolejne wizje europejskiej federacji... rządzonej przez wspólne organy. A najbardziej znany delegat Niemiec w Konwencie Unii, Peter Glotz, ciągle zgłasza tak ciekawe pomysły, że jego przeciwnicy wątpią, czy jest on naprawdę przedstawicielem niemieckiego rządu.
Stoiber nawet retorycznie nie byłby federalistą. A Schröder rozbroił najniebezpieczniejsze dla niemieckiej opinii „miny” na drodze do rozszerzenia Unii: swobodę osiedlania się i finanse. Nie ma przekonującego powodu, dla którego ktokolwiek w Bundestagu lub Bundesracie miałby głosować przeciw rozszerzeniu. Jeśli jest ono zagrożone, to w Irlandii (która przygotowuje się do kolejnego referendum nad traktatem z Nicei – red.), nie w Niemczech. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, niemiecka opinia publiczna bardziej będzie się zajmować wynikiem Konwentu niż rozszerzeniem, którego skutki i tak będą odczuwalne dopiero po kilkunastu latach.
Ale jaka to będzie Unia? Bez niemiecko-francuskiego „motoru”, który w rozszerzonej Unii i tak byłby za słaby, z niemiecką gospodarką, która ciągnie w dół kurs euro i gospodarkę całej Unii, i z rządem największego kraju, który nie jest „handlungsfähig”. Rząd Stoibera też nie miałby lepszych warunków – te miałaby tylko „wielka koalicja” chadecko-lewicowa. To chyba wymarzony wariant większości brukselskich obserwatorów. Nawet argument, że „wielka koalicja” sprzyja wzrostowi poparcia dla ugrupowań skrajnych (w tym prawicowych), przestał się liczyć. Znów sami Niemcy bardziej niż ich sąsiedzi boją się ducha niemieckiej przeszłości: jeden z najczęstszych wniosków komentatorów po tych wyborach brzmi bowiem, że europejska fala populizmu zatrzymała się w Niemczech. Ale kto wie, czy niesprawny rząd nie jest lepszym pokarmem dla skrajności i dla populistów, niż „wielka koalicja”.

Klaus Bachmann – wieloletni korespondent prasy austriackiej i niemieckiej w Polsce, autor książek o problematyce integracji Polski z Unią Europejską. Obecnie mieszka w Brukseli, stale współpracuje z „TP”.


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 40 (2778), 6 października 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl