45. Międzynarodowy Festiwal Muzyki Współczesnej
„Warszawska Jesień” (20 – 28 września)


Czym jest współczesność w muzyce?



Wojciech Kilar

Odpowiadam za świętym Augustynem: „Kochaj i pisz, co chcesz”.

WOJCIECH KILAR (1932) – kompozytor, autor muzyki do ponad stu filmów (m. in. Wajdy, Kieślowskiego, Polańskiego, Coppoli). W ubiegłym roku w Warszawie odbyło się prawykonanie jego „Missa pro pace”, obecnie rozpoczął pracę nad „Magnificat”.





Krzysztof Meyer

Współczesność przejawia się w muzyce niemniej intensywnie niż w pozostałych sferach kultury, acz dość powszechnie sztukę tę traktuje się jak domenę dziwaków pomieszkujących w wieżach z kości słoniowej. Oczywiście najjaskrawszy refleks dzisiejszego świata daje McMuzyka produkowana na masową skalę, obliczana na szybką i powierzchowną konsumpcję. Rytm i brzmienia zestandaryzowane przez elektroniczne instrumentarium znakomicie oddają kondycję współczesnego człowieka, coraz częściej niestety wpasowującego się w ramy wyznaczane mu przez technikę.
Równocześnie w muzyce zwanej poważną odbija się inna strona współczesności. Prawda, że interesująca stosunkowo niewielu, lecz z tego powodu bynajmniej nie gorsza: świat indywidualności, twórców o niepowtarzalnej wyobraźni. Ogrom stylów, jaki stosunkowo niedawno temu Stefan Kisielewski sceptycznie opatrywał mianem „wieży Babel”, dziś postrzegamy jako przejaw różnorodności bodaj bezprecedensowej w dziejach kultury. Być może trudno dojść do tego wniosku nad Wisłą, gdzie „kultową” muzyką stały się kantyczki przesycone symfonicznym patosem, a w najlepszym przypadku utwory pełne nostalgii za dziewiętnastym wiekiem. Niemniej tuż obok rozkwitają przeróżne odmiany muzyki zdolne zaspokoić rozmaite, nawet bardzo wyrafinowane oczekiwania.
Liberalizm w świecie sztuki otworzył pole działania przed tymi, którzy w dawnym społeczeństwie nie znaleźliby dla siebie miejsca. Powszechność nagrań oraz niewiarygodne wręcz accelerando i crescendo przekazu informacji sprawiają, że dziś słuchacze łatwiej niż kiedykolwiek sięgać mogą po muzykę, która najbardziej im się spodoba, która najgłębiej ich poruszy. Dobrobyt naszej cywilizacji zaowocował wyjątkową obfitością muzyki – i rodzajów muzyk. Prawda, że nie zawsze i nie wszystkim łatwo się w tym znaleźć, że upowszechniającą się bierność w kontakcie ze sztuką trudno uznać za zjawisko korzystne.
Niemniej nie chcę traktować pytania jako pretekstu do narzekania na obojętność publiczności wobec „sztuki wysokiej” i apelu do władz o dotacje dla filharmonii. Wolę uznać je za impuls do uzmysłowienia niezwykłego bogactwa muzyki, która nas otacza.

KRZYSZTOF MEYER (1943) – kompozytor, autor monografii „Dymitr Szostakowicz i jego czasy”. W tym roku podczas festiwalu „Wratislavia Cantans” odbyło się polskie prawykonanie jego „Schöpfung”.





Krzysztof Baculewski

Sam termin współczesność zdaje się sugerować czas naszego życia, a więc muzyka współczesna powinna oznaczać twórczość muzyczną lub/i życie muzyczne nunc ipsum, teraz właśnie się toczące. Wszelako rozumienie tego terminu w odniesieniu do muzyki – bywa rozmaite. 
Najszerzej stosuje się go wobec każdej muzyki niezrozumiałej. Wynika to z braku doświadczeń percepcyjnych i wyniesionej ze szkoły niechęci do muzyki poważnej w ogóle. Wraz z zanikiem w szkolnictwie informacji o tej dziedzinie sztuki (nie mówiąc już o nauczaniu jej odbioru) wzrasta do niej aprioryczna niechęć, jako do zjawiska obcego i – jako się rzekło – niezrozumiałego, a „pokolenie głuchych”, przed którym 35 lat temu ostrzegał Jerzy Waldorff, jest dziś u władzy.
Wszyscy jesteśmy wychowani i otoczeni – od życia prenatalnego po mszę żałobną – w systemie dur-moll, skrystalizowanym przed ponad 200 laty, w którym po dziś dzień porusza się muzyka rozrywkowa i użytkowa. System ten nadaje melodii i harmonice wyrazistą i łatwo na ogół uchwytną strukturę, dlatego też jest powszechnie zrozumiały. Ale cokolwiek wykracza poza ów system – jest odbierane i rozumiane przez coraz mniejszą liczbę słuchaczy. Mianem muzyki współczesnej określa się więc każdą muzykę wykraczającą poza ten system, czyli w uproszczeniu mówiąc – muzykę nowszą niż romantyczna. I paradoksem jest, że w roku 2002 za współczesne uznaje się „Święto wiosny” Strawińskiego, a przecież premiera tego baletu odbyła się prawie 90 lat temu! Wątpię jednak, czy w roku 1901, kiedy powstała Warszawska Filharmonia, za współczesne uważano „Koncerty” Beethovena, również wówczas 90-letnie...
Jan Sebastian Bach jako kantor miał obowiązek skomponowania nowej kantaty na każdą niedzielę w roku i gdy kiedyś z jakichś powodów zdarzyło mu się powtórzyć jedną z wcześniejszych – publiczność była obrażona i oburzona: przecież myśmy to już słyszeli! Dziś ciekawość publiczności nowych dzieł zanikła i miarą sukcesu bywa więcej niż jedno wykonanie powstałego utworu... Muzyka poważna z powszechnego obiegu społecznego w Polsce wyszła już dość dawno, toteż nawet samo słowo muzyka utożsamiane jest głównie z rozrywkową piosenką. Muzyka poważna, artystyczna, filharmoniczna, przez duże M, czy jakkolwiek ją nazwiemy – stała się elitarna. Jak przed wiekami... Zaś życie muzyczne blisko w stu procentach ukierunkowane jest w stronę przeszłości.
Trzeba więc szczególnie chronić tych, którzy jeszcze interesują się powstającą dziś muzyką, chronić zagrożone w swym istnieniu kultywujące ją zespoły, chronić instytucje i imprezy jej poświęcone. Jak zabytki architektury czy endemity... Ale świadomość tej konieczności jest niezwykle niska, zwłaszcza u decydentów z „pokolenia głuchych”. I na tym polega jedno z zagrożeń polskiej współczesnej, czyli dzisiejszej kultury muzycznej.

KRZYSZTOF BACULEWSKI (1950) – kompozytor, krytyk muzyczny, autor dwóch książek poświęconych polskiej muzyce współczesnej. Członek Komisji Programowej „Warszawskiej Jesieni”.





Dorota Szwarcman

Luca Francesconi, włoski kompozytor średniego pokolenia, na spotkaniu w klubie festiwalowym wyraził postulat zlikwidowania w sklepach z płytami przegródek z muzyką współczesną, jazzem czy popem. Owe przegródki uważa bowiem za chwyt marketingowy, a zarazem za wynik panowania w świecie Zachodu jednego, „jedynie słusznego” modelu estetycznego, akademicko-analitycznego.
Coś w tym jest, ale czy to aby nie skrajność? Bo przecież prawda to oczywista, truizm wręcz, że każda muzyka oddaje w jakiś sposób klimat swoich czasów. Jednak równie dobrze można powiedzieć, że i dzisiejsze interpretacje muzyki średniowiecza, baroku czy klasycyzmu nieprzypadkowo zaistniały właśnie teraz i także odzwierciedlają aktualny punkt widzenia – czy raczej słyszenia. Może więc w ogóle w sklepach z płytami nie powinno być żadnych przegródek? Wielu muzyków reprezentujących różne dziedziny wypowiada się kokieteryjnie, że dzieli muzykę tylko na dobrą i złą. No pięknie, tylko jak to podzielić?
Do rzeczy jednak. To również prawda, że twórcy „Warszawskiej Jesieni” mieli na myśli pewien konkretny model muzyki – nie tyle współczesność, Ile tzw. nowoczesność. Postęp w sztuce nie istnieje, ale nikt nie odmówi jej ewolucji – więc i ta festiwalowa nowoczesność w ciągu 45 lat zmieniała znaczenia. Najpierw trzeba było przeczytać elementarz, odrobić zaległości narosłe w czasach socrealizmu. Potem przyszło zachłyśnięcie awangardą lat sześćdziesiątych (tym atrakcyjniejszą dla publiczności ograniczonej żelazną kurtyną, że symbolizującą wolność), potem sukcesy tzw. szkoły polskiej, która od pewnego momentu zwróciła się do przeszłości, do tradycji. Wreszcie muzyczny postmodernizm, w ramach którego – jak wiadomo – wszystko wolno.
No właśnie, czy wszystko? Przecież Warszawska Jesień z pewnością nie stanie się festiwalem muzyki wszelkiej. Nie będzie tu Bacha ani Beethovena (choć i to się zdarzało w latach pięćdziesiątych...), nie mówiąc o np. disco polo. Jednak z pewnością festiwal otwiera się wciąż na coraz to różniejsze kierunki i choć nadal, niestety, pokutuje w (niedoinformowanej) opinii publicznej stereotyp, że muzyki „Warszawskiej Jesieni” nie można (nie da się) słuchać – to coraz bardziej traci on aktualność. Młodzi już o tym wiedzą i dlatego tu przychodzą.

DOROTA SZWARCMAN – krytyk muzyczny, absolwentka Wydziału Kompozycji warszawskiej AM. Obecnie związana z „Midraszem”, „Polityką” i „Newsweekiem”. 





Paweł Mykietyn

Niczym. Nie wiem. Współczesne jest to, co powstaje dziś, nie to, co powstało 100 lat temu. W przeszłości sytuacja była pewnie o wiele bardziej klarowniejsza: były klasy, style, kierunki, niezmienne punkty zaczepienia. Dziś sytuacją zastaną i oczekiwaną jest wielokierunkowość. Jedyną możliwością muzyki (sztuki) jest więc wypowiedź osobista, indywidualna; pierwszorzędna jest także komunikatywność, bo dzieło sztuki rodzi się w odbiorcy.

PAWEŁ MYKIETYN (1971) – kompozytor, autor m.in. muzyki do spektakli Krzysztofa Warlikowskiego. Założyciel zespołu „Nonstrom” specjalizującego się w wykonaniach muzyki współczesnej, gra na klarnecie. W listopadzie w Salzburgu odbędzie się prawykonanie jego „Koncertu klawesynowego”. 





Daniel Cichy

Dla jednych to moda, trend. Dla innych to dzieła głęboko zakorzenione w tradycji, ale przedstawiające artystycznie przefiltrowaną rzeczywistość. Dla pozostałych (grupy chyba najmniejszej) współczesne są kompozycje awangardowe, czyli te, które w sposób znaczący wykraczają poza istniejący w danym czasie kanon myśli estetycznej, filozoficznej.
Z pewnością nie zgadzam się z pierwszymi – wszak moda to sztuczność, perfidna kreacja. Zwykle jest wynikiem kompromisu między oczekiwaniami a znikomym marginesem oryginalności. Opcja druga z kolei, mająca notabene wiele wspólnego z postmoderną, kusi twórców pójściem na łatwiznę: wystarczy zastany materiał poddać obróbce. Najbardziej interesujący wydaje mi się pogląd trzeciej grupy. Problem jedynie leży w tym, że w najbliższych latach prawdopodobnie nie objawi się żaden kompozytor awangardowy. Muzyka poprzedniego wieku dotknęła bowiem szczytu materiałowych i estetycznych możliwości. Potrzeba nam więc twórczej indywidualności, która nie bacząc na niebezpieczeństwa wdrapie się na jeszcze wyższe rejony niedostępnych wrażeń. A nie wątpię, że takie istnieją...
Nadrzędną kategorią współczesności w muzyce jest nade wszystko gotowość do poszukiwań. Idea postępu jest nieodzownym elementem naszej rzeczywistości; podobnie jak wszechobecne spłycanie wartości i brak czasu na refleksję. Twórca zatem winien poszukiwać piękna, ale rozumianego – tutaj bliski jest mi pogląd Helmuta Lachenmanna – jako wartości niezgodnej z naszymi oczekiwaniami, pobudzającej do myślenia. Te trzy kategorie są dla mnie papierkiem lakmusowym współczesności w muzyce.

DANIEL CICHY (1979) – student muzykologii w Krakowie i Heidelbergu, krytyk, stale współpracuje z magazynem „Ha!art”.




Tomasz Praszczałek

Współczesność w muzyce jest być może tym, co wybieram z szerokiej masy dźwięków, która mnie otacza. Ale gdzie tak naprawdę przebiega granica między tym, co jest muzyką/współczesnością, a tym, co nią nie jest? Czy współczesne jest to, co powstaje na naszych oczach, czy dzieła, które niosą w sobie pewien element nowatorstwa, podążają za najnowszymi tendencjami w sztuce? Czy to, co kiedyś muzyką nie było, staje się nią poprzez fakt, iż zostało w jakiś sposób „uwspółcześnione”, bądź nasz poglądy stały się bardziej „współczesne”? Czy powrót do tradycji (wszystkie „neo-”), który współcześnie (sic!) obserwujemy, ma cokolwiek ze współczesności? Czy nie jest tak, że porozumienie zależy właściwie wyłącznie od uzgodnienia zakresu pojęć? Są pytania, na które nie ma odpowiedzi, bądź każda odpowiedź jest prawdziwa. I na nie trzeba sobie odpowiadać każdego dnia.

Tomasz Praszczałek (1981) – student wydziału teorii i kompozycji AM w Poznaniu. W tym roku na „jesiennym” koncercie Koła Młodych ZKP wykonane zostały dwa jego utwory: „3 poems” do słów E.E.Cummingsa oraz „Flash”.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 40 (2778), 6 października 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl