Jestem utopistą

Z Tomem Tykwerem rozmawia Bogusław Zmudziński



Bogusław Zmudziński: Powiedział Pan na konferencji prasowej, że realizacja filmu „Niebo” na podstawie scenariusza Kieślowskiego i Piesiewicza odmłodziła Pana. Ten film może kogoś starszego rzeczywiście odmłodzić, bo odnaleźć w nim można temperaturę emocjonalną czystego buntu, niezgody na sposób, w jaki świat jest urządzony, jak w „Bonnie i Clyde” Arthura Penna czy w poźniejszej „Thelmie i Luizie” Ridleya Scotta. Jak jednak rozumieć takie stwierdzenie, padające z ust trzydziestolatka?
Tom Tykwer: – Dotąd realizowałem filmy w oparciu o własne scenariusze. Tym razem nakręciłem film wykorzystując tekst cudzy, gdyż w trakcie jego czytania czułem się tak, jakbym go sam napisał. Równocześnie ten scenariusz pozwolił mi odnaleźć się we współczesności i zmusił mnie do pójścia podczas realizacji filmu taką drogą, której wcześniej nie znałem. Nie chciałem jednak, aby to był film związany z epoką buntu, np. lat 60. Postawa i zachowanie tych młodych ludzi wynika z przeżycia miłości, a to jest ponadczasowe i uniwersalne, jakkolwiek w tym filmie miłość rozumiana jest bardzo radykalnie. Oczywiście ucieczka zbuntowanej pary przed wymiarem sprawiedliwości jest pewnym toposem kina, związanym z czasami kontestacji. W przeciwieństwie jednak do wymienionych przez Pana tytułów, które rzeczywiście przedstawiają rebelię przeciwko pewnemu systemowi wartości, ja opowiadam o podróży do własnego wnętrza, o próbie odnalezienia siebie. I mam nadzieję, że tak będzie mój film odbierany. 
W Polsce jest Pan znany jako filmowy samouk, który odniósł duży sukces filmem „Biegnij Lola, biegnij”, bardzo lubianym przez młodych widzów, o czym świadczą ustawiające się po dziś dzień kolejki w wypożyczalniach wideo. Co było przyczyną, że nie zdobył Pan wykształcenia filmowego?
– Ja oczywiście chciałem studiować, ale niestety oni mnie nie chcieli. Próbowałem wielokrotnie dostać się do szkół filmowych i to nie tylko w Niemczech, ale też w Amsterdamie i w Londynie. W końcu się zniechęciłem i poszedłem własną drogą. Sądzę, że mi się udało, ale nikomu bym omijania szkoły nie zalecał. Po szkole filmowej niewątpliwie byłoby mi łatwiej. Oczywiście talenty w szkołach się nie rodzą, szkoły filmowe są po to, aby talenty te obrabiać i wspierać. Jeśli ktoś ma wizję tego, co chce robić, szkoła może mu w dużym stopniu pomóc. Ja taką wizję miałem i może dlatego, mimo braku wykształcenia, udało mi się zadebiutować. W czasach gdy pracowałem w kinie, studiowałem też filozofię i to niewątpliwie poszerzyło moje horyzonty. Oczywiście liczyły się też inne czynniki, np. przeżycia, które złożyły się na dojrzałość. Spotykam dzisiaj wielu młodych ludzi, którzy zaraz po szkole kręcą filmy, ale są to tylko filmowe remakes, autorzy bowiem nie są jeszcze zdolni do dojrzałego spojrzenia na świat i na siebie. 
W Pana filmach bardzo wyraźne jest zaintresowanie losem, przypadkiem, alternatywnym biegiem zdarzeń, uprawia Pan rodzaj intelektualnej i artystycznej gry z widzem. Tak jest już w Pańskich krótkich metrażach: „Ponieważ” i „Epilog” oraz w filmach fabularnych – „Zimowym śnie”, no i oczywiście w „Biegnij, Lola, biegnij”, i w „Niebie”.
– Szykując się do opowiedzenia jakiejś historii zawsze zwracam uwagę na fakty, konkretne zdarzenia, wokół których koncentruje się opowiadanie i które mają na nią wpływ. Natomiast cechą filozofii, która jest mi szczególnie bliska, jest to, że stawia pytania i ja też staram się w swoich filmach formułować pytania, zamiast silić się na jakieś odpowiedzi. A ponieważ scenariusz Kieślowskiego i Piesiewicza ma te cechy, od razu się nim zainteresowałem. 
Alternatywny sposób patrzenia na świat, na bieg zdarzeń, jaki Pan uprawia, koncentrując się na przypadkach, które te alternatywy generują, bliski jest jednak – nawet jeśli Pan tego nie chce – filozofii wyboru, która właściwa jest naszemu współczesnemu myśleniu, sprawiając, że obydwa porządki zbiegają się w pojęciu „gry”. I w tym sensie mimo wszystkich różnic Pańskie filmy bliskie są np. filmowi „Matrix” braci Wachowskych, w którym wybór bohatera pełni centralną rolę i decyduje o kierunku rozwoju akcji...
– Najważniejsze jest jednak to, że bohater „Matrixa” dokonuje wyboru, dlatego że poszukuje czegoś, czego istnienie przeczuwa, a co jest prawdą. Nie sądzę też, by u Wachowskych było więcj gry niż np. w „Weekendzie” Jean-Luc Godarda czy „Playtime” Jacquesa Tati. We wszystkich tych filmach ludzie są figurami gry i najciekawsze jest to, że w pewnym momencie oni z tej roli, która jest im przypisana jak figurom na szachownicy, próbują się wyzwolić. I tak jest też w moim filmie „Biegnij Lola, biegnij”. 
Czy dlatego ostatnia, trzecia wersja zdarzeń w tym filmie kończy się happy endem?
– Tak, bo ja czuję się filmowym utopistą.
– Jak to rozumieć?
– Utopia jest rodzajem przestrzeni, w której mieszczą się idee, wspierające nadzieję. 
– A jaką rolę należy przypisać przypadkowi?
– Przypadek jest w jakiś niepojęty sposób powiązany z losem, z przeznaczeniem. To jest taki zapętlony układ, z którego niełatwo się wyzwolić. I w zależności od tego, z jakiej perspektywy patrzymy na to, życie nasze albo ma sens, albo tego sensu nie ma. Przypadek jest depresyjną logiką naszego życia, przeznaczenie zaś stanowi logikę pozytywną. One nie są rozdzielone, lecz dialektycznie ze sobą powiązane. „Biegnij Lola, biegnij” jest dobrą ilustracją tego zapętlenia, bo jest to film o bohaterce, która wydaje się nie mieć żadnej szansy, mimo to próbuje tę minimalną szansę wykorzystać. I w ostatecznej wersji jej się to udaje. Przypadek jest czymś, co pochodzi z zewnątrz i decydujące jest to, czy umiemy go przyjąć, czy przeciwstawiając się mu, odrzucimy go. 
Ciekawym rysem Pańskich filmów jest to, że obecności przypadku towarzyszy nieprawdopodobieństwo sytuacji, którego się Pan jako artysta nie tylko nie boi, ale odnosi się wrażenie, że ono Pana pociąga. Równocześnie zdaje się Pan bardzo dbać o prawdopodobieństwo psychologiczne postaci. 
– Chodzi o to, żeby psychologiczna sytuacja bohaterów uprawdopodobniała najbardziej nieprawdopodobne zdarzenia. Cudem kina jest, że pokazanie tych powiązań między najbardziej nieprawdopodobnymi zdarzeniami a ludzkimi przeżyciami jest możliwe. 
– W Pańskich filmach te powiązania uzyskują wymiar wręcz magiczny.
– To chyba Sartre powiedział, że emocje są magiczną transformacją rzeczywistości. I jeśli rozumieć to dosłownie, to powinniśmy dążyć do zmaterializowania wszystkich naszych tęsknot. I w gruncie rzeczy takie sceny są we wszystkich moich filmach. Materializacją naszych pragnień jest też finałowa scena ucieczki helikopterem w filmie „Niebo”, której nie można przecież potraktować jako realistycznej. 
Czy zgodziłby się Pan na zaliczenie pańskich filmów do nurtu realizmu magicznego, którym można objąć tak różne zjawiska jak filmy Kieślowskiego, belgijskiego twórcy André Delvaux i Słowaka Juraja Jakubisko, a także „Dym” Paula Austera i Wayne Wanga i niektóre obrazy Emira Kusturicy?
– Tak, całkowicie się z tym zgadzam, z tym zastrzeżeniem, że rozumiejąc, dlaczego we wszystkich tych przypadkach łączy się realizm z magią, sam postrzegam siebie raczej jako twórca patetyczny niż realistyczny.


Tłum. Renata Kopyto




Premiera filmu „Niebo” na podstawie ostatniego scenariusza Krzysztofa Kieślowskiego i Krzysztofa Piesiewicza stała się pierwszym wydarzeniem powakacyjnego sezonu filmowego. Z tej okazji w kilku polskich miastach zaprezentowano przegląd filmów Toma Tykwera – autora filmu, przedstawiciela młodego pokolenia filmu niemieckiego, od czasu premiery filmu „Biegnij Lola, biegnij” kojarzonego z filmami Kieślowskiego. Recenzję Tadeusza Lubelskiego z „Nieba” opublikowaliśmy w poprzednim numerze.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 39 (2777), 29 września 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl