Drugi rok drugiej „intifady”

Marek Zając z Jerozolimy (Izrael) i Betlejem (Autonomia Palestyńska)



Konflikt? Od Morza Czerwonego po Jezioro Galilejskie mówi się o wojnie. Ale nie jest to „zwykła” wojna – o niepodległość, ziemię, surowce czy wodę. Właśnie mija rocznica wizyty lidera izraelskiej prawicy Ariela Szarona na Wzgórzu Świątynnym we wrześniu 2000 roku, która dała sygnał do drugiej intifady. Teraz, po dwóch latach palestyńskiego terroru i izraelskich represji, Bliski Wschód zastygł w starciu. Nawet radykalni Izraelczycy i Palestyńczycy chcą pokoju, ale prawie nikt już w pokój nie wierzy. Tym bardziej, że wkrótce w sąsiedztwie może zacząć się inna wojna, o obalenie Saddama Husajna.


Pesymizm ten ujawnia się już w języku. Na rocznicę palestyńskiej „rewolty kamieni” anglojęzyczny dziennik „The Jerusalem Post” przygotował dodatek, zatytułowany „Dwa lata wojny”. Zdaniem redakcji nadszedł czas, by dla tego kolejnego starcia izraelsko-arabskiego znaleźć odrębną nazwę, jaką ma „wojna sześciodniowa” (1967 r.) czy „wojna Jom Kippur” (1973 r.). Bo „jeśli nie nazwiesz twojej wojny, nie zwyciężysz. Przegrasz. A jeśli przegrasz, umrzesz” – to z kolei cytat sprzed kilku miesięcy z dziennika „Ha’aretz”, którego redaktorzy znani są z zaangażowania na rzecz procesu pokojowego. Ale chyba i oni stracili nadzieję, skoro wpływowy komentator „Ha’aretza” Ari Shavit proponuje, by konflikt ten nazwać „wojną o życie Żydów”, „wojną ostatniej szansy dla Żydów” albo „wojną o suwerenność Izraela”. 

Wojna o życie

Piątek. Daniel, pracownik jednego z centralnych urzędów w Jerozolimie, siedzi naprzeciw Ściany Płaczu. Nad jedynym zachowanym fragmentem zburzonej przez Rzymian w 70 r. świątyni jerozolimskiej i najświętszym dla Żydów miejscem góruje meczet Kopuła Skały. Kopułę, pokrytą złotem płatkowym, ofiarowanym przez zmarłego trzy lata temu króla Jordanii Husajna, można obejrzeć tylko z daleka, bo od wybuchu intifady nie-muzułmanie nie mają wstępu na Wzgórze Świątynne. „Musimy się strzec, Żydzi chcieli tam zdetonować bombę” – takie wyjaśnienie można usłyszeć na ulicach muzułmańskiej części Starego Miasta. 
Daniel opowiada: „To piekło: bomby na ulicach, w autobusach, sklepach. Jedni zobojętnieli, inni żyją w strachu. Na szczęście od sześciu tygodni jest spokój”. W języku tej wojny „spokój” to brak samobójczych ataków terrorystycznych. Bez przerwy jednak dochodzi do drobnych starć. Według władz Autonomii w ostatnich kilku tygodniach Izraelczycy zabili kilkudziesięciu Palestyńczyków, z czego ponad połowę stanowili cywile. Zdaniem władz izraelskich tylko zdecydowane działania pozwalają na skuteczną walkę z terrorem. 
Szacuje się, że dzięki rozbudowanej siatce palestyńskich informatorów i drobiazgowym kontrolom Izraelczycy udaremniają dziewięć na dziesięć zamachów. Ale gdy nie wybuchają bomby, i tak mnożą się strzelaniny i napady. W święto Jom Kippur, choć zaostrzono środki bezpieczeństwa i zamknięto granice z Autonomią, Palestyńczycy obrzucili kamieniami wracających z modlitw Żydów, ranili dziecko.
„Oddalibyśmy Palestyńczykom ich ziemie w zamian za pokój, ale Arafat nie chce pokoju, przecież odrzucił plan z Camp David dwa lata temu”. Tak uważa Daniel, a jego słowa potwierdzają wyniki badań opinii publicznej: jeśli Arafata zastąpiłby przywódca gotowy do natychmiastowych negocjacji z Izraelem, 54 proc. Izraelczyków zgodziłoby się na utworzenie niepodległej Palestyny, 58 proc. na ewakuację osadników z Gazy, a 47 proc. także z Judei i Samarii. 
Problem stanowi powrót palestyńskich uchodźców: wyklucza go 78 proc. ankietowanych. „To niemożliwe. Wyobrażasz sobie, żeby Niemcy wrócili na Śląsk, a Polacy do Wilna i Lwowa? – argumentuje Daniel. – Nawet moi palestyńscy przyjaciele ostrzegają mnie: wyjedź z tego kraju, bo kiedyś nadejdzie dzień, że wymordujemy wszystkich Żydów. Izrael zawarł pokój z Egiptem, dogadał się z Jordanią, może kiedyś ureguluje stosunki z Syrią. Ale to są konflikty o terytorium, które można rozwiązać na papierze. Inaczej jest z Palestyńczykami: ta wojna toczy się o życie”. Nie ma więc szans? „Musiałby się zdarzyć cud. Ale nawet na cud nie ma co liczyć w przyszłości” – uśmiech Daniela jest pełen ironii. 
To było w piątek. Cud się nie zdarzył: pięć dni później w trzech atakach zginęło trzech Izraelczyków i palestyński zamachowiec. Dzień później w Tel Awiwie samobójca wysadził w powietrze autobus, zabijając pięć osób (szósta, brytyjski student, zmarła w szpitalu) i raniąc prawie siedemdziesiąt. Po czym żołnierze Cahalu (armia izraelska) otoczyli w Ramallah siedzibę Arafata, a buldożery zaczęły burzyć okoliczne budynki. Tak skończyło się sześć tygodni „spokoju”. 

Wojna dzieci

Richard Pater, młody pracownik rządowego biura prasowego, odpowiada za zagranicznych dziennikarzy, którzy chcą uzyskać akredytację w Izraelu. Gdy wypełniam kwestionariusz – zobowiązując się niniejszym, że bez zgody władz nie będę przekazywać informacji, które zagrozić mogą bezpieczeństwu Izraela – odchodzi, aby odebrać telefon. Po chwili odkłada słuchawkę: „W tym zamachu w Tel Awiwie zginął przyjaciel mojego brata – mówi ze łzami w oczach. – Teraz wiesz, jak wygląda nasze życie”. Szybko jednak opanowuje emocje: „To może chore, ale przez ostatnie dwa lata przywykliśmy do terroru. Dlatego tak ważne jest, by do Izraela przyjeżdżali zagraniczni dziennikarze, ludzie z zewnątrz, którzy przedstawią światu całą tę tragedię”. 
Na pożegnanie Pater wręcza mi plik broszur. Jedna z nich nosi tytuł „Dzieci i terror”. Część pierwsza: nieletni Palestyńczycy w szeregach organizacji terrorystycznych, namawiani do samobójczych ataków przez rodziców i krewnych, następnie aresztowani bądź zabici przez Cahal. Jak choćby Hitam Assad Abu Shouka – czternastolatek zastrzelony przed pięcioma miesiącami. Znaleziono przy nim dwie bomby, nóż wojskowy oraz mapę Strefy Gazy z zakreślonymi celami ataku. Część druga: lista i zdjęcia 70 izraelskich dzieci, zabitych przez Palestyńczyków od września 2000 roku. Jak pięciomiesięczny Yehuda Shoham, trafiony kamieniem rzuconym w samochód rodziców w pobliżu Szilo. 
Ale na Zachodnim Brzegu i w Gazie giną nie tylko palestyńscy terroryści: gdy rozmawiałem z Richardem, izraelscy żołnierze zastrzelili na ulicy dwunastolatka, tuż koło jego domu w Ramallah. Szedł na zakupy, po papierosy dla ojca. 

Wojna męczenników

Daoud, typowy dla arabskich miast przewodnik-samouk, oczekuje na turystów ukryty przed słońcem w zacienionym labiryncie wąskich uliczek Starej Jerozolimy. Ale od miesięcy ani turyści, ani pielgrzymi nie przyjeżdżają do Ziemi Świętej. Bazylika Grobu Świętego świeci pustkami, nikt nie zagląda do sklepów z pamiątkami i dewocjonaliami, nie wykupuje wycieczek do Nazaretu czy legendarnej twierdzy Masada, gdzie ostatni żydowscy powstańcy mieli wybrać zbiorowe samobójstwo, zamiast iść w niewolę Rzymian.
Już popołudnie, Daoud nie miał od rana żadnego klienta, a w domu czeka pięcioro dzieci. „Nie mam z czego żyć – skarży się. – Jeśli nie będzie pokoju, wkrótce umrzemy z głodu”. Ale zdaniem Daouda Arafat miał rację, odrzucając w Camp David pokojowy plan premiera Baraka: „Izraelczycy już wcześniej nie realizowali postanowień z Oslo z 1993 r. A teraz rząd Szarona zamyka wszystkie drzwi do porozumienia. Izraelczykom nie można ufać: gdy premier Rabin chciał pokoju, sami Żydzi go zastrzelili”. Daoud nie ma pomysłu, jak zakończyć wojnę. Chce tylko, aby Jerozolimę, która „nigdy nie należała do Żydów”, ogłoszono wolnym miastem pod kuratelą Narodów Zjednoczonych. Bo wtedy wrócą turyści.
Jeszcze gorsza sytuacja gospodarcza i ludzka niż w muzułmańskiej części Jerozolimy jest na terenach Autonomii Palestyńskiej. Na przykład w Betlejem: to miasto, od 1995 r. zarządzane przez Palestyńczyków, miało być wizytówką ich sukcesu. Zbudowano luksusowe jak na tutejsze warunki pensjonaty i centra handlowe na zachodnioeuropejską modłę. 
Dziś wydaje się, że przez Betlejem przeszła dżuma albo po raz drugi doszło do biblijnej rzezi niewiniątek: opustoszałe ulice, hotele zamknięte na cztery spusty, rozsypujące się stragany. Szosę prowadzącą od granicy z Izraelem do Bazyliki Narodzenia Pańskiego zdewastowały gąsienice izraelskich czołgów. Na murach setki plakatów: dumnie spoglądający z nich mężczyźni, z karabinami i na tle meczetu Al-Aksa (także położonego na Wzgórzu Świątynnym) to w większości członkowie organizacji terrorystycznych zabici przez Izraelczyków. W Betlejem czci się ich jako męczenników. 
Ale na widok Europejczyka mieszkańcy uśmiechają się, chcą zamienić kilka słów, ktoś proponuje darmową przejażdżkę samochodem – od wiosennego oblężenia Bazyliki przez armię izraelską (wersja palestyńska) bądź też okupacji Bazyliki przez palestyńskich terrorystów (wersja izraelska) turyści boją się przyjeżdżać do Betlejem. Ambasady wielu państw ostrzegają przed wjazdem do Autonomii. I tak Betlejem, które żyło dzięki turystyce, powoli umiera.

Wojna biedaków

Tymczasem Autonomia – niemal odcięta od świata, bo Izrael w ramach represji systematycznie zamyka jej granice – stacza się ku cywilizacyjnej przepaści. W Palestynie brakuje przede wszystkim pracy i jakichkolwiek perspektyw rozwoju. Zresztą także w Izraelu mało kto chce teraz zatrudniać Palestyńczyków: „Palestyńscy robotnicy pracowali przy budowie dworca autobusowego w Jerozolimie, ale często strajkowali, a ludzie z Hamasu namawiali ich do sabotażu, robotnicy dziurawili rury – twierdzi Izraelczyk Danny. Na ich miejsce zatrudniono wtedy gastarbeiterów z Rumunii.
Jednak na Bliskim Wschodzie nie będzie pokoju, póki Autonomia nie dźwignie się z nędzy. To z kolei jest możliwe tylko poprzez współpracę Izraela i Palestyny. Ale na razie nienawiść jest zbyt głęboka, młodsze pokolenia słyszą częściej o zemście niż pojednaniu. Ponad połowa Izraelczyków chce, aby żydowską i muzułmańską część Jerozolimy rozdzielił mur. Ośmiu na dziesięciu Palestyńczyków chciałoby zlikwidowania państwa Izrael.
„Jeśli spojrzeć na nędzę i represje, w których przyszło żyć Palestyńczykom, można zrozumieć, dlaczego sięgają po terror. Choć zrozumieć to nie znaczy zaakceptować” – mówi szeptem ksiądz Bernt Besch z Niemiec. Szeptem, bo siedzimy przed ołtarzem na Golgocie, we wnętrzu jerozolimskiej Bazyliki Grobu Świętego. 
Ksiądz Besch pracował już w wielu trudnych placówkach: w Brazylii w latach 70., gdy popularna była tam tzw. teologia wyzwolenia; w Indiach, gdzie w niektórych stanach prześladuje się chrześcijan. Po upadku Muru berlińskiego trafił do parafii w dawnej NRD. Od kilkunastu miesięcy pracuje w łacińskim patriarchacie w Jerozolimie. Ostatnio pośredniczy w sporze między Etiopczykami a Koptami, którzy kłócą się, do którego z Kościołów powinny należeć budynki w granicach zespołu Bazyliki Grobu. Niedawno między duchownymi doszło do bójki, polała się krew.
Ksiądz wspomina, jak z łacińskim patriarchą Jerozolimy Michelem Sabbahem pojechał do palestyńskiego Nablusu. Armia izraelska zakazała wtedy mieszkańcom opuszczać domy przez wiele dni, jedynie przez 2-3 godziny wolno im było zrobić zakupy: „Gdy przyjechaliśmy na miejsce, zobaczyliśmy miasto umarłych – mówi ksiądz. – W takiej sytuacji, gdybym nie był chrześcijaninem, ale muzułmaninem z Autonomii, też pewnie chciałbym walczyć o wolność mojego narodu. Choć nie za pomocą bomb, które zabijają niewinnych. Problem w tym, że dla władz izraelskich terrorystą jest każdy, kto chce niepodległej Palestyny”. 
„Najgorsze jest to – dodaje – że obie strony widzą tylko własne cierpienie. Skoro postanowiono, że mają istnieć obok siebie niepodległy Izrael i niepodległa Palestyna, powinny przybyć tu siły międzynarodowe i zrealizować tę deklarację. Zresztą wystarczyłby gest Stanów Zjednoczonych. Ale prezydent Bush woli uderzyć na Irak, co tylko pogorszy naszą sytuację”.
Wokół Husajna toczy się dyplomatyczna gra między Waszyngtonem a „resztą świata”. Skutki kolejnej wojny nad Zatoką nie dotkną jednak mieszkańca Nowego Jorku, Moskwy czy Berlina, najwyżej wzrosną ceny ropy. Inaczej jest w Izraelu: gdy bomby spadną na czołgi i pałace Husajna, nad Tel Awiwem mogą pojawić się irackie rakiety – jak w styczniu 1991 r., ale tym razem już z bronią chemiczną albo biologiczną. 

Wojna wszystkich

Izraelczycy z ulgą przyjęli zapewnienia Amerykanów, że władze w Jerozolimie otrzymają ostrzeżenie o uderzeniu na Irak odpowiednio wcześnie. Rozpoczęto dystrybucję masek gazowych. Strażacy i policjanci są szczepieni przeciw ospie; w razie uderzenia na Bagdad zaszczepieni mają być wszyscy, także turyści. Ale otoczeni „od zawsze” przez wrogie państwa arabskie Izraelczycy przywykli do zagrożenia i zachowują spokój. „Uciekając od tego, co powinno się zrobić, nie rozwiążemy problemu, a tylko pogorszy się sytuację – tak argumentował szef MSZ Szimon Peres, popierając politykę Busha.
Co zrobi Izrael, jeśli w odwecie zostanie zaatakowany przez Husajna? Podczas tamtej wojny w Zatoce nie odpowiedział na irackie naloty, by nie narażać sojuszu USA z krajami arabskimi. „Taka postawa zaszkodziła izraelskiemu potencjałowi odstraszania” – powiedział niedawno szef sztabu Moshe Ya’alon. Ale dodał, że tamta decyzja niekoniecznie była błędna. Większość Izraelczyków uważa jednak, że na irackie uderzenie należy odpowiedzieć atakiem. A gdyby Husajn użył broni biologicznej lub chemicznej, zdaniem 55 proc. ankietowanych na Irak powinny spaść izraelskie bomby atomowe.
A Palestyńczycy? „To Izrael kontroluje władze w Waszyngtonie – uważa Daoud. – A Bush chce wojny, bo to dla Ameryki świetny interes”. Ale co się stanie, gdy Amerykanie uderzą na Bagdad? Daoud zatrzymuje się na jerozolimskiej Via Dolorosa, w połowie drogi między piątą (Szymon pomaga nieść krzyż) a szóstą (Weronika ociera twarz Jezusa) stacją Drogi Krzyżowej i kładzie rękę na piersi: „Powiem szczerze: wtedy wybuchnie wielka wojna. Nie tylko w Izraelu. Muzułmanie uderzą na Amerykę, Europę... Norwegię...” – przez chwilę Daoud próbuje przypomnieć sobie nazwy krajów zachodnich, z których oprowadzał turystów. Po czym znika w tłumie, cisnącym się między arabskimi sklepikami Starej Jerozolimy. 

Imiona niektórych osób zostały na ich prośbę zmienione.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 39 (2777), 29 września 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl