Polityka i Ewangelia

Ks. Remigiusz Sobański









Przemówienie Jana Pawła II w parlamencie polskim, 1999 r.







Chrześcijaństwo, choć nigdy nie występowało z programem „urządzania świata”, wywarło na ten świat i jego struktury wpływ większy niż którakolwiek z teorii politycznych. Chrześcijaninem jest się ze względu na Królestwo Boże, a nie ze względu na ten świat. Jednakowoż chrześcijaninem jest się w tym świecie, a głoszonej w Ewangelii sprawiedliwości Królestwa Bożego nie można szukać w tym świecie inaczej niż realizując ją. Stąd polityczne implikacje niepolitycznego orędzia Ewangelii.



Do fundamentalnych prawd chrześcijańskiego orędzia należy przekonanie, że „Bóg, troszczący się po ojcowsku o wszystko, chciał, by wszyscy ludzie tworzyli jedną rodzinę i odnosili się wzajemnie do siebie w duchu braterskim” (soborowa konstytucja „Gaudium et spes”, nr 24). Do sposobów konkretyzacji tego zadania należy też organizowanie się wspólnoty narodów, tworzenie instytucji międzynarodowych zaradzających potrzebom ludzi, budowanie międzynarodowego ładu gospodarczego, koordynacja systemów ekonomicznych. Postrzegając takie instytucje i działania jako próby odpowiedzi na powołanie przez Boga ludzi i ludów do jedności, Kościół uważa, że „koniecznie musi być obecny we wspólnocie narodów, aby pielęgnować i rozbudzać współpracę między ludźmi” (nr 89). Jest to oczywiste zadanie instytucjonalne Kościoła, skoro sam pojmuje siebie jako znak jedności całego rodzaju ludzkiego. 
Zmierzanie do jedności narodów to zadanie wynikające z samego „być chrześcijaninem”: nie da się przestrzegać przykazania miłości bliźniego bez przekroczenia granic narodów, ras, klas społecznych. Chrześcijaństwo stało się ze swej natury najmocniejszym czynnikiem więzi duchowej i spójni społecznej. Stało się tym czynnikiem pośrednio, niejako „ubocznie”, gdyż chodzi o jedność w Bogu, ale zarazem też „ze swej natury”, gdyż nie da się pomyśleć jedności ludzi i ludów w Bogu bez ich jedności społecznej (por. Mt 5,23-25).
Prawda o jedności rodzaju ludzkiego ma charakter eschatologiczny – faktyczna jedność nie obejmuje wszystkich ludzi, ona jest ciągłym zadaniem ludzkości, chrześcijanie są jej zalążkiem, znakiem, przypomnieniem i narzędziem. Tam, gdzie żyją, mają to zadanie realizować zgodnie z zasadami obecności ich i Kościoła w świecie im współczesnym. Dla nich nieważne są narodowość, rasa, język czy różnice społeczne, wszyscy są dziećmi jednego Ojca i tworzą jeden rodzaj ludzki. Ta prawda wywiera także skutki społeczne i polityczne.

Misja jednoczenia

Nie bylibyśmy jednak w zgodzie z historią, gdybyśmy twierdzili, że chrześcijanie zawsze pozostawali wierni misji gromadzenia narodów w jedną rodzinę ludzką. Historia Europy to też historia wojen i traktatów pokojowych. Nie uchroniło się chrześcijaństwo przed podziałami we własnym gronie, a nawet przed wojnami religijnymi, zakończonymi dopiero przyjęciem zasady „cuius regio, eius religio”, przeczącej w istocie zasadzie jedności narodów. Utrzymanie pokoju wymagało wytyczenia dokładnych granic, trzeba było zgodzić się nawet na „prawo wojny”, co było wyrazem niewątpliwie realizmu, ale przecież też uznaniem mniejszego zła. Zwłaszcza wtedy, gdy Kościół „instytucjonalnie” mieszał się w rozgrywki tego świata, wdawał się w partykularyzmy, a jego moc integracyjna gasła. 
W okresie potrydenckim, kiedy do głosu doszły ruchy nacjonalistyczne, do idei jedności ludzkości częściej nawiązywali filozofowie i politycy niż ludzie Kościoła. Po drugiej wojnie światowej wysiłki te dały impuls procesom integracyjnym, wśród nich temu, który owocuje formowaniem się Unii Europejskiej. Kościół nie mógł pozostawać obojętnym wobec nich, stąd jego życzliwe zainteresowanie procesami integracji europejskiej, przy szczególnym poczuciu odpowiedzialności za duchowe i moralne oblicze Europy. To zainteresowanie Kościoła nie wynika z motywacji politycznej, społecznej czy gospodarczej, lecz z jego misji religijnej. Swoich wiernych natomiast Kościół pobudza do udziału we wspólnych przedsięwzięciach narodów. Ale nie tylko nauka Kościoła, lecz także rozeznanie w sprawach politycznych, społecznych i gospodarczych, poczucie solidarności z wszystkimi ogarniętymi troską o przyszłość świata, każe katolikom nie dyspensować się od aktywnego udziału w budowaniu Europy, a przez to przecież i świata. Obowiązek obecności katolików w formowaniu Europy nie tylko wynika z racji statystycznych, tzn. ich procentowego udziału w populacji Europy, lecz z faktu, że bez treści chrześcijańskich Europa nigdy nie byłaby sobą.

Tożsamość narodowa a europejskość

Chrześcijaństwo jest jedną z przyczyn sprawczych Europy. Nie jedyną, co prawda, ale wystarczającą, by chrześcijanie mogli (i musieli) poczuwać się do współodpowiedzialności za ten kontynent. Troska o Europę to dla zamieszkujących ją narodów troska o własny dom. Nie kłóci się z nią troska o własne państwo – nawet przeciwnicy Unii Europejskiej powiadają o sobie, że są Europejczykami (mając przy tym na myśli nie tylko geografię). Ale właśnie tak twierdząc, przyznają, że istnieją wspólne kryteria europejskości. Można oburzać się na takie czy inne wymagania „unijne”, ale u ich tła trzeba widzieć tradycję europejskiego samodefiniowania się i troskę o zachowanie fundamentów jedności – byle to była autentyczna, rzeczowo zasadna, oparta na rozeznaniu sytuacji troska, a nie tylko patriotyczna retoryka.
Nie istnieje abstrakcyjny „kosmopolityczny” Europejczyk – Europejczykiem jest się poprzez naród, który w swej zorganizowanej formie spełnia kryteria europejskości. Od państw starających się o członkostwo w Unii wymaga się osiągnięcia określonych standardów cywilizacyjnych. Standardy unijne to wymogi wobec państw, ale to też osiągnięcia państw. Integracja europejska to nie rezygnacja z własnego dorobku kulturowego, tradycji, doświadczenia, lecz wkład własnego dorobku we wspólną budowlę. Zarzut, jakoby Unia Europejska dążyła do unifikacji kulturowej, jest niesłuszny, gdyż zgodnie z zasadą pomocniczości pozostawia ona poszczególnym narodom kształtowanie tożsamości religijnej i kulturowej (zob. Art. 3 b Traktatu z Maastricht). Poszanowanie narodowej tożsamości poszczególnych państw członkowskich jest wręcz jedną z istotnych cech Unii Europejskiej, zgodnie z hasłem: „jedność w wielości kulturowej”. Nie zaistniały dotychczas fakty, które kłóciłyby się z tym założeniem, a wyrażane lęki wyrastają chyba z braku zaufania do własnych standardów kulturowych, etycznych, społecznych. Tożsamość europejska polega właśnie na różnorodności kultur. Ich pielęgnowanie nie oddala narodów od siebie, lecz zbliża je. Przy całej ich różnorodności kultury narodów Europy mają bowiem wspólne cechy genetyczne. Cechy te noszą wyraziste znamię chrześcijańskie, stąd ich pielęgnacja należy do zadań chrześcijanina, wykonywanych na tym świecie niezależnie od tego, czy przyświeca mu optyka lokalna, europejska czy zgoła globalna. 
Różnic kulturowych nie trzeba zamazywać ani się wstydzić, gdyż to właśnie z nich wyrastają twórcze wizje. Warto też zdawać sobie sprawę, że obszary kulturowe nie pokrywają się z terytorium państw, gdyż – po pierwsze – kultura ma charakter regionalny (w pojęciu kultury polskiej mieści się zarówno kultura Śląska, jak Podlasia) i – po wtóre – niezależnie od Unii Europejskiej trzeba radzić sobie ze swą tożsamością kulturową, studiując czy pracując za granicą, w narodowościowo mieszanym małżeństwie czy – wreszcie – godząc się z faktem, że angielski stał się językiem uniwersalnym jak ongiś łacina i to używanym nie tylko przez elity intelektualne, lecz w codziennym obiegu „zwykłych ludzi”. 
Nie mają też europejscy chrześcijanie powodu, by trzymać w sekrecie chrześcijańskie korzenie Europy – oczywiście z adekwatną do faktów historycznych dozą samokrytycyzmu. Nie muszą także chrześcijanie przemilczać faktu, że Europę ukonstytuowała nie geografia, lecz narody, które doznały przywileju otrzymania orędzia Ewangelii (wiara pozwala czuć się chrześcijanom uprzywilejowanymi, co dla nich jest darem, ale też zarazem zobowiązaniem i zadaniem). Rzetelnie krytyczny stosunek do własnej historii, w tym do pełnej meandrów historii stanowiska Kościoła w sprawie praw człowieka, jest warunkiem aktywnej obecności chrześcijan w Europie i uczestniczenia w dialogu, w którym zdarzenia i zjawiska winny być nazywane po imieniu. To przecież od faktycznej postawy wierzących zależy, czy np. w uzasadnieniu prawnego zrównania tzw. związków partnerskich z małżeństwami będzie można powoływać się na poparcie społeczeństwa. Od społeczeństwa też zależy, czy przyjmie się nazywanie pary homoseksualnej rodziną i czy dostrzeganie różnic między parą heteroseksualną i homoseksualną oraz odpowiednie prawne zróżnicowanie takich związków (w myśl zasady, to co równe, traktować równo, a to co różne, traktować różnie) będzie pojmowane jako dyskryminacja. Bardzo na czasie są przeto rozważania, co polska rodzina może wnieść w Europę, byle tylko nie były zbudowane na czarno-białym rysunku sytuacji tam i tu. 
Sięgając jeszcze głębiej, trzeba wskazać na zgoła cywilizacyjne zadanie chrześcijan związane z pojęciem godności osoby ludzkiej. Panuje zgoda, że godność ta stanowi punkt odniesienia wszelkiego stanowionego prawa. Godności „jako takiej” nie kwestionuje się (aczkolwiek nie brak poglądów, wedle których godność człowieka to tylko ideał etyczny realizowany wedle możliwości), ale w związku z problemami sprowokowanymi rozwojem inżynierii genetycznej podnosi się, że podlega ona interpretacji. Tym bardziej więc wymaga przypomnienia chrześcijańska prawda o człowieku z jej fundamentalnymi implikacjami politycznymi. Wykazywanie – podnoszonego wielokrotnie przez Jana Pawła II – „błędu antropologicznego” (encyklika „Centesimus annus”, nr 37), to ewangeliczne i cywilizacyjne zadanie chrześcijan. 

Nie ma dwóch Europ

Przeciwnicy Unii Europejskiej mieniący się Europejczykami nie zgłaszają zastrzeżeń wobec idei integracji europejskiej, lecz odżegnują się od „takiej” Europy, zwłaszcza od procesów integracyjnych prowadzonych pod szyldem Unii. Pierwszy zarzut jest absurdalny, gdyż Europa jest taka, jaką tworzą Europejczycy, także ci, którzy – mieszkając w niej – są „przeciw”. Nie ma sensu mówić, co Europa powinna, i czekać, aż to zrobi, trzeba po prostu to robić. Nie ma dwóch Europ, które można by sobie przeciwstawiać, jest Europa definiowana przez Europejczyków – i w tym definiowaniu należy uczestniczyć, a nie „mieć za złe”. Jałowe jest wymaganie realizacji „naszej wizji Europy”: jeśli się ją ma, trzeba ją ujawnić, uzasadnić i urzeczywistniać. Równie jałowe jest odżegnywanie się od procesów integracyjnych podejmowanych pod szyldem Unii, skoro nie jest się w stanie przedstawić innych propozycji i właśnie Unia jest jedyną dziś faktyczną próbą jedności europejskiej. Nie tylko jałowe, ale zgoła śmieszne są skłonności do uprawiania sądu nad Zachodem, zwłaszcza zaś nad Unią, z wyżyn przypisywanej sobie nieskazitelności.
Zarzuca się Unii koncentrację na sprawach gospodarczych. Nawet jeśli tak jest, a w Unii dominuje myślenie ekonomiczno-
-technokratyczne, to trzeba – po pierwsze – przypomnieć, że „właśnie gospodarka musi dostarczyć założeń nieodzownych dla rozwoju człowieka i kształtowania kultury” (A. Rauscher), po wtóre, pamiętać, że integracja gospodarcza to pierwszy krok w procesie integracji Europy, która wciąż jest „w drodze”, a Unia, aczkolwiek już funkcjonuje, to przecież nadal jest tworem niegotowym, o nie do końca przecież określonych celach, i – wreszcie – stwierdzić, że tym większe otwierają się zadania, by wnosić tam wartości duchowe. 
Krytyka z zewnątrz nie pomoże ani Unii, ani krytykującym – zamyka ich bowiem w niedostępnej twierdzy. Jeśli zarzut odchodzenia od chrześcijańskich korzeni krajów zrzeszonych w Unii jest słuszny, to Unia jest dla katolików wyzwaniem, któremu mogą podołać nie inaczej niż swą aktywną obecnością, właśnie świadectwem. Katolicy stoją wobec alternatywy: albo jesteśmy aktywnie i twórczo obecni w tym wszystkim, co się dzieje na naszym kontynencie, albo stajemy się w Europie obcy, powodując, że przestaje być ona kategorią aksjologiczną. Żywiąc przekonanie, że – np. polski katolicyzm „stał się oblężoną twierdzą, w której przechowywane są klejnoty katolickiej tradycji” (cytat polemiczny z artykułu S. Słowińskiego pt. „Polski katolik patrzy na Unię Europejską”; „Rzeczpospolita” z 12 sierpnia 2002), niewiele można wskórać, a w dodatku jest to przekonanie dalekie zarówno od ducha Ewangelii, jak też od realiów społecznych.

Ekonomia i etyka

Mało produktywne wydaje się alternatywne stawianie spraw gospodarczych i „innych”, w tym kulturowych czy etycznych. Zwłaszcza że gospodarka rynkowa funkcjonuje wprawdzie według praw ekonomicznych, ale opiera się na podstawach etycznych. A te wymagają szczególnej troski, nie tylko w Unii Europejskiej, ale – jak to wiemy niestety z własnego, polskiego doświadczenia – także poza nią. Prawa ekonomiczne wymagają rozpoznania i respektowania, podstawy etyczne potrzebują doglądania i pielęgnacji. Wysiłki organów i urzędników Unii w sferze gospodarczej należy doceniać. Można je kompetentnie krytykować, ale nie postponować w imię „prymatu ducha”. 
Generalnie niesłuszny jest zarzut niewrażliwości etycznej funkcjonariuszy unijnych. Biskupi polscy składający w 1997 r. wizytę w Komisji Europejskiej dowiedzieli się, że Unia oczekuje od Kościoła zajmowania stanowiska w sprawach etycznych i włączenia w dyskurs publiczny o przyszłości Europy. Są to zadania spełniane przez Kościół w każdym narodzie i „względem świata”, ale wobec zarzutów jednostronnego koncentrowania się na sprawach ekonomicznych trzeba podnieść, że Unia dostrzega konieczność „podziału kompetencji”. Bez uregulowania – konfliktogennych przecież – spraw ekonomiczno-rynkowych trudno byłoby mówić o jedności europejskiej. Jednak samym pragmatyzmem ekonomicznym nie zbuduje się wspólnoty narodów. Unia – słusznie – nie zajmuje się „zaspokajaniem potrzeb duchowych”, ale dostrzega istnienie tych potrzeb i liczy na oddziaływanie „tradycyjnych instytucji duchowych”, promujących dziedzictwo chrześcijańskie i ożywiających świadomość Europejczyków. Kościoły, sprzyjające z racji swej misji procesom integracyjnym, nie są ich instytucjonalnymi aktorami, lecz asystują im pozostając podmiotami własnej misji. Zgodnie z soborową nauką o Kościele w świecie współczesnym i o apostolstwie świeckich, realizacja tej misji dokonuje się zarówno przez instytucjonalną obecność Kościoła, jak też przez stymulowane chrześcijańskim sumieniem zaangażowanie wiernych.

*

W tym wszystkim Unia Europejska nie jest celem, lecz drogą do celu, jakim jest pokojowe współżycie narodów na tym skrawku ziemi, który tworzy Europa. Ale właśnie te „narzędne” wysiłki zasługują na poparcie, także dlatego, że nie widać innych, które mogłyby z nimi konkurować. Dlatego wymieniam jako pierwsze zadanie katolików rozwiewanie obaw przed Unią Europejską, rozsiewanych i podsycanych przez jej przeciwników. Unia Europejska to jedno z urządzeń politycznych tego świata, a co do nich ani Ewangelia, ani hierarchia nie podsuwa gotowych rozwiązań. Mimo to twierdzę, że to przede wszystkim katolicy winni odkłamać zajadłą propagandę antyunijną posuwającą się aż do twierdzenia, że Unia to „dzieło szatana”. Każdy wierny ma prawo do własnej politycznej czy gospodarczej oceny Unii (a ocena jest tym cenniejsza im bardziej opiera się na argumentach), ale nadużyciem jest powoływanie się przez tę propagandę na naukę i stanowisko Kościoła katolickiego.

Autor jest profesorem prawa kanonicznego na uniwersytetach: Śląskim w Katowicach i Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, członkiem Kościelnej Komisji Konkordatowej. Powyższy tekst jest skróconą wersją referatu wygłoszonego 14 września w krakowskich Przegorzałach na konferencji „Modernizacja i wiara. Rola Kościoła katolickiego w procesie integracji europejskiej”, o której pisaliśmy w poprzednim numerze „TP”. Tytuł i śródtytuły pochodzą od redakcji.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 39 (2777), 29 września 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl