Przegląd prasy

Rady dla kandydata



W zbliżających się wyborach samorządowych 10–20 proc. kandydatów ma doświadczenie, doradców, pieniądze i pomysł na sprzedanie swojej osoby. Reszta musi się wykreować. Jakich chwytów mogą użyć – zdradzają w RZECZPOSPOLITEJ (nr 218 z 18 września) – PORADNIK SAMORZĄDOWY (2) Krzysztof Nowak i Rafał Szymczak, specjaliści od komunikacji społecznej. 
Po pierwsze, im większe miasto i zbiorowość, tym większe znaczenie ma usytuowanie polityczne. Polacy nie chcą bowiem, by ich liderami byli polityczni naturszczycy. Kandydaci muszą więc zapewnić sobie poparcie znaczących osób i organizacji. W jednym miejscu będzie to organizacja pracodawców, w innym straż pożarna czy kółko parafialne. Powinni też zmobilizować wolontariuszy, którzy pomogą im w prowadzeniu kampanii. Ale oczywiście i pieniądze są potrzebne – bez nich nie zrobi się kampanii. W mniejszej społeczności potrzeba ich jednak mniej, bo część pracy można wykonać metodami domowymi. Ważny jest wreszcie tzw. wizerunek społeczny. Są osoby znane, którym nie trzeba tu pomagać, ale są i tacy kandydaci, których nie zna nawet najbliższe otoczenie. Okazuje się zaś, że znajomość kandydata w okręgu jest ważniejsza niż ilość funduszy na kampanię. Można wygrać wybory, będąc publicznie nikim, ale wtedy wzrosną koszty. Na pewno też współczesnemu Nikodemowi Dyzmie łatwiej zdobyć mandat radnego, niż zasiąść na fotelu prezydenta dużego miasta. Generalnie, im ktoś jest słabiej rozpoznawalny, tym ma mniejsze szanse na sukces. Tymczasem w Polsce o wyborach wciąż myśli się dopiero tuż przed kampanią. 
Można też myśleć o zbudowaniu kampanii na indywidualnych kontaktach, a nawet więzach rodzinnych. Są w Polsce miejsca, w których pół wsi nosi to samo nazwisko. W większych społecznościach więź budować trzeba „przemysłowo”: zbadać, ilu wyborców jest w okręgu, jaka była frekwencja w przeszłości, ile głosów trzeba było zyskać, by zdobyć mandat. Jeśli kandydat jest wystawiony przez partię, może oprzeć się na sondażach. 
Co do treści kampanii, to trzeba się zastanowić, do kogo ją adresować oraz rozpoznać lokalne problemy. Tu można zagrać w ciemno: bezpieczeństwo i bezrobocie. Te sprawy ludzie uważają za najważniejsze, choć samorząd nie ma na nie decydującego wpływu. W następnej kolejności są drogi, edukacja i ochrona zdrowia. Warto też zastanowić się, czy będziemy walczyć z obecną władzą, czy ją chwalić. 
Kandydat musi wiedzieć, jakie ma słabe i mocne strony, co ma w kampanii eksponować, a co ukrywać. Ważne, czy ktoś jest atrakcyjny fizycznie, czy ma pewny wzrok, właściwą mimikę. Reguła brzmi: nikogo nie można ubrać w nie swoją skórę. Jeden jest intelektualistą, inny japiszonem, inny „swoim chłopem”. Cechy kandydata można nieco dopasować do oczekiwań społeczności, ale najważniejsza jest szczerość, bo wyborcy są wyczuleni na sztuczność i niełatwo ich oszukać. W relacjach między wyborcą a wybieranym musi być trochę gry, ale to ma być dodatek do prawdziwej treści. Można wprawdzie budować wizerunek od zera, ale z perspektywą, że zostanie wybrany za cztery lata, a nie za dwa miesiące. 
Co do taktyki: znamienny jest przypadek z wyborów parlamentarnych, kiedy to młody wykształcony człowiek na ścianie wschodniej wystartował z odległego miejsca na liście partyjnej. Kampanię zaplanował prosto: jeździł od wsi do wsi i spotykał się z ludźmi. „Mówił jedno: »rozumiem wasze problemy«. Przed każdym spotkaniem te miejscowości odwiedzali jego ludzie. Robili rozpoznanie, gdzie jest problem – drogi, woda, straż pożarna. A ów kandydat mówił potem na spotkaniu, że wie, że nie mają drogi, że to kłopotliwe, bo nie może dojechać karetka. Stał się w ten sposób »swojakiem«. Obiecywał, że się tym zajmie. Nic więcej. I został posłem. Tę samą metodę można zastosować w wyborach samorządowych”. Spotkania z wyborcami dają jednak ograniczony efekt, bo przychodzą na nie zwykle zwolennicy i przeciwnicy, a nie potencjalny elektorat. Najskuteczniejszą metodą budowania poparcia jest odwiedzanie wyborców – od drzwi do drzwi. 
Panuje teza, że dla spotęgowania efektu inaczej powinniśmy rozmawiać z niewykształconymi rolnikami, a inaczej z inteligentami. Do pierwszych: mówić prosto, zwięźle i pozytywnie, do drugich: także o negatywach naszych pomysłów. Ale nie jest to takie oczywiste. Kandydat Radia Maryja nie musi się kłopotać językiem, bo i tak jego oferta jest skierowana do wąskiego grona wyborców. W przypadku dużych partii – choćby SLD, w którym mamy i biznes, i sferę budżetową, i bezrobotnych – trzeba używać różnych języków. Jeśli ktoś startuje w okręgu robotniczym z listy partii typu Platforma Obywatelska, to nacisk musi położyć na kwestie socjalne. 
Zawsze trzeba komunikować się prosto, ale nie prostacko, niezależnie od tego, czy mówimy do wykształconych, czy nie. A że działamy w sytuacji szumu informacyjnego ze strony wielu kandydatów, więc przekaz musi być ciekawy, ale lakoniczny. Podstawą jest komunikatywność. Ważna jest też psychologiczna siła kandydata: nie może być wycofany, nie powinien być introwertykiem. 
I wreszcie: nie można być idealnym. Ludzie nie lubią prymusów. Z jednej strony chcą wybierać lepszych od siebie, z drugiej – wybierać takich samych jak oni. Dlatego słabości są dopuszczalne, a nawet oczekiwane. Najlepiej by były sympatyczne i powszechne. „Oczywiście jeśli ktoś przyzna, że jest nałogowym alkoholikiem, to raczej go w kampanii pokazywać się nie powinno. Ale nie można też przesadzać. Dlatego kanclerz Schröder pokazuje się na festynach z kuflem piwa”. Jeśli ktoś zbuduje sobie wizerunek idealnego kandydata, to wyborca będzie wietrzył w tym podstęp. 

KB
 




 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 39 (2777), 29 września 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl