Wyspa, która wraca w snach 

Tomasz Potkaj



Ma 79 lat. Przeżył obóz zagłady w Treblince, ukrywał się po aryjskiej stronie, walczył w Powstaniu Warszawskim. Od 1950 roku mieszka w Izraelu. Przez 40 lat był ważnym urzędnikiem w ministerstwie rozbudowy tego kraju. Ale na aktualnej wizytówce napisał tylko: „artist painter & sculptor”. Od dwóch lat rzeźbi bowiem w glinie, a potem odlewa w brązie figury. To jego obozowe wspomnienia. W ten sposób historia życia Samuela Willenberga zatoczyła koło. 


Jest człowiekiem miłym, pogodnym. Nie wygląda na swoje lata. Często się uśmiecha. Tylko kiedy wymawia słowo „Treblinka”, twarz mu tężeje. „Spędziłem tam 10 miesięcy, ale starczyło tego na całe życie – mówi. – To ciągle za mną idzie. Mam to przed oczami”. 

Dziewczynka z bochenkiem

Wspomina: „10 lat temu przeszedłem na emeryturę. Pojechałem do Polski, wróciłem, zastanawiałem się, co robić. Znajoma namówiła mnie, bym poszedł na uniwersytet trzeciego wieku. Zapisałem się na malarstwo, ojciec był artystą-malarzem. Malowałem różne rzeczy, najczęściej abstrakcje. Nie myślałem, żeby wejść do moich wspomnień. Potem postanowiłem rzeźbić. Zrobiłem jedną rzeźbę, zacząłem rysować szkice. I wtedy zobaczyłem Szajsmajstra”. 
W obozowej nomenklaturze słowo „Szajsmajster” oznaczało więźniów wyznaczonych do pilnowania latryny (z niem. „Scheiss” – gówno i „Meister” – mistrz, specjalista). Było ich tylko dwóch, ale esesmani stworzyli z nich oddzielne „Szajskomando”: ubrani w strój żydowskich kantorów, z pejczami, w rabinackich myckach z pomponem i dużym budzikiem u szyi. Budzik był ważny: przypominał, że w latrynie nie wolno było przebywać dłużej niż dwie minuty. 
Willenberg rzeźbił więc, nie robiąc szkiców. Widział przecież to, co chce wyrzeźbić. Pamiętał twarz, szczegóły ubioru, jakby to było wczoraj, a nie 60 lat temu. Kiedy pokazał odlaną figurę swemu nauczycielowi rzeźby, ten powiedział: „Niech pan robi to dalej”. 
Potem wyrzeźbił Artura Golda. Gold był skrzypkiem, przywiezionym w transporcie z warszawskiego getta. Z niego i dwóch innych muzyków Niemcy utworzyli trio, grające wesołe przedwojenne szlagiery. Taki esesmański kaprys. Obersturmführer Kurt Franz (zwany „Lalką”, jeden z największych obozowych sadystów) polecił uszyć dla nich fraki z błyszczącego materiału, na szyje zaś włożyć ogromnych rozmiarów muchy. Muzyka towarzyszyła więźniom wracającym z pracy, zmaltretowanym po apelach. „Lalka” był dumny z pomysłu. Cieszył się, że w obozie śmierci jest wesoła muzyka. Raz nawet przywiózł z przepustki przedwojenne płyty z muzyką Golda. 






„Trio Artura Golda”






Willenberg pokazuje figurkę kobiety. Pamięta nazwisko: Rut Dorfman. Była młoda, piękna. Ich znajomość trwała pięć minut. Miała 20 lat, prawie tyle co on. Tego dnia Niemcy zrobili z Willenberga obozowego fryzjera. Strzygł ją, zanim umarła. Chciała się dowiedzieć, jak długo się przedtem cierpi (śmierć w komorze gazowej następowała po 15–20 minutach).
Kolejna rzeźba: dziewczynka z warszawskiego getta. Z transportu wysiadła z ostatnim bochenkiem chleba, który przyciskała do piersi, jakby w obawie, że ktoś go zabierze. Jej ciało okrywały szmaty, na głowie miała kolorową chustkę. Miała duże, sarnie oczy, a na wychudzonych i czerwonych od mrozu nogach równie czerwone buty na wysokich obcasach. W tych czerwonych butach została sama na peronie. Patrzyła na odjeżdżające wagony. 
A potem – tylko jak wyrzeźbić to, co stało się potem? – nadszedł esesman Mitte, zwany „Aniołem Śmierci”. Zbliżył się do dziewczynki. Na jego bladej twarzy z jasnym wąsem błąkał się uśmiech. Popychał ją lekko w kierunku placu sortowni, gdzie przeglądano rzeczy pozostawione przez więźniów. Z jednej z walizek wyjęła kolorową chustkę, zaczęła ją podrzucać. Potem kolejne, jakby była na jarmarku. Wyjęła też dziecięce okulary. Czy wiedziała, co ją czeka? Mitte poprowadził ją do wejścia w żywopłocie, na którym wisiała flaga Czerwonego Krzyża (za nią miał być lazaret). Rozległ się strzał. 
Samuel Willenberg słyszy go do dziś. 

„Kasa” i „lazaret”

Do Treblinki przyjechał w październiku 1942, wraz z siedmioma tysiącami Żydów z getta w Opatowie. Do tego getta wrócił po bezskutecznych poszukiwaniach kryjówki w różnych miastach Generalnego Gubernatorstwa. Jego dwie siostry zostały aresztowane w Częstochowie, ich dalszy los był nieznany. Rodzice ukrywali się gdzieś na aryjskich papierach.
W Treblince były dwa obozy. Pierwszy istniał od połowy 1941 r. cztery kilometry od wsi, przy stacji kolejowej o tej samej nazwie, i był obozem pracy, jakich setki powstały na terenach okupowanych przez Niemcy. Więźniowie trafiali tam na kilka miesięcy za „drobne” z punktu widzenia okupacyjnego prawa przestępstwa (za poważniejsze groziła śmierć), np. nie wywiązywanie się z nałożonych kontyngentów rolnych. W obozie tym więziono również Żydów.
W maju 1942 kilka kilometrów dalej Niemcy rozpoczęli – rękami żydowskich i polskich więźniów, w wielkiej tajemnicy – budowę drugiego obozu. 23 lipca rozpoczęła się akcja likwidacji warszawskiego getta – i tego dnia na specjalnie zbudowaną bocznicę kolejową obozu Treblinka II wjechał pierwszy transport z Warszawy z Żydami z getta. W ciągu czterech miesięcy, do przyjazdu transportu z Opatowa, w którym znalazł się Willenberg, w Treblince II zginęło ponad 300 tys. osób. 
Teren tego obozu liczył 13,5 hektara. Otaczało go 3-metrowe ogrodzenie z drutu kolczastego, które poprzekładano gęsto sosnowymi gałęziami, zasłaniającymi to, co działo się wewnątrz. Na rampie urządzono fikcyjny dworzec: strzałki pokazywały przejścia na nieistniejące perony, na budynku znajdowały się napisy „bufet”, „poczekalnia”, „kasa”. Dzięki tej inscenizacji ofiary dopiero przed wejściem do komory gazowej mogły się zorientować, co je czeka. 
W obozie był też „lazaret”: niewielki, parterowy budynek, nad którym powiewała flaga Czerwonego Krzyża. Za drzwiami poczekalnia, z której prowadziły drzwi, niby do gabinetu – a za nimi plac z dołem. Strzał w głowę kończył tu życie słabych i chorych, którzy nie byli w stanie przejść sprawnie kilkusetmetrowej drogi od wagonów do komory.
Cały proces zgładzenia jednego transportu od przybycia do obozu do usunięcia zwłok z komory trwał około dwóch godzin.

Sukienka Tamary, buty Ity

„W Treblince początkowo nie mieliśmy żadnych specjalnych ubrań, znaków, obcięto nam tylko włosy – wspomina Willenberg. – To właściwie nie był obóz, ale jedna wielka śmierć. Dopiero jesienią 1942 powstały baraki – czerwony, niebieski i zielony, a więźniowie otrzymali »winkle«. Komendant Obersturmführer Franz Stangl sporządził nawet regulamin, w którym za większość przewinień groziła śmierć. Dopiero wtedy można powiedzieć, że likwidowanie ludzi zaczęło być dokonywane w pewnym porządku. Wcześniej panował chaos”. 
Pokazuje narysowany przez siebie plan obozu, ilustrację do hebrajskiej wersji swych wspomnień. Ma kształt trapezu: „Powierzchnię obliczyłem łatwo, bo na rampę wjeżdżało 20 wagonów, reszta czekała za bramą, nieduży parowóz wpychał je za bramę obozu. Nawet eskorta nie mogła iść dalej, tylko SS, a wszystko zasłaniał płot z gałęzi i druty kolczaste. 20 wagonów razy 8 metrów, to daje połowę podstawy, a resztę już łatwo było uzupełnić”. 
W wagonie mieściło się do 200 osób. Codziennie przyjeżdżało kilka transportów. W ciągu 13 miesięcy istnienia tego obozu zagłady (Vernichtungslager) Niemcy zagazowali 850 tys. Żydów.
Dla Samuela Willenberga przepustką do życia okazała się skala mordów: ktoś musiał usunąć ciała z krematoriów, zakopać je lub spalić, posegregować pozostałe po nich rzeczy: ubrania, pieniądze, kosztowności. Prace te wykonywało 1500 więźniów, w dwóch grupach, nie mających ze sobą kontaktu. W jednej z nich, większej, znalazł się Willenberg. „Jednego z moich pierwszych dni w Treblince – opowiada – wśród stosów ubrań po zamordowanych znalazłem karakułową czapkę. Włożyłem ją, bo było zimno. Z powodu tej czapki nazwano mnie »Kacap«. To był dziwny zbieg okoliczności: moja matka była Rosjanką i czasem kacapem przezywali mnie koledzy z podwórka w Częstochowie, gdzie spędziłem dzieciństwo. Tak mówią do mnie dziś ciągle ci, z którymi byłem w Treblince”.
Na jego oczach umierały tysiące ludzi. 
Pewnego dnia na placu, gdzie segregował rzeczy zagazowanych, wpadły mu w ręce ubrania jego dwóch sióstr: Tamary i Ity. Zginęły tego dnia, w jednej z 13 komór gazowych.

Jezus z twarzą Samuela

Kolejne rzeźby Samuela Willenberga: obozowa codzienność; więzień zbierający butelki do specjalnego wózka, aby zatrzeć ślady po zamordowanych, wynoszący martwych z wagonów, szukający schowanych w nich rzeczy. Artysta-malarz zatrudniony przez Niemców do malowania napisów, mających imitować stację kolejową. I ta jeszcze nie skończona: ojciec wiążący sznurkami buty swego syna.
Od wiosny 1943 do Treblinki przyjeżdżało coraz mniej transportów. Niemcy rozpoczęli stopniową likwidację obozu. Dla więźniów stało się jasne, że jako świadkowie zbrodni mogą wkrótce zginąć. Nieliczna obozowa konspiracja, kierowana przez żydowskiego więźnia Galewskiego, od pewnego czasu planowała bunt i ucieczkę. 
2 sierpnia 1943 r. dzięki dorobionemu kluczowi więźniowie zaczęli wynosić broń z niemieckiego arsenału i rozprowadzać ją po obozie. Na sygnał rozpoczęła się strzelanina i ucieczka. Większość uciekających zginęła. Willenberg był jednym z ok. 70 więźniów, którym się udało. Z tej grupy wojnę przeżyło 40. Do dziś w Izraelu żyje ich pięciu.
50 lat później Samuel Willenberg odwiedził – razem z reżyserem Michałem Nekandą-Trepką – miejsca, w których się potem ukrywał: Jakubiki, Wólkę Nadbużną, stację kolejową w Kostkach, na której wsiadł do pociągu do Warszawy. Także miejsce, w którym znajdował się obóz. „Nie myślałem, że przeżyjesz” – powiedział mu wtedy człowiek z pobliskiej wsi, który pomógł mu ukryć się w tamtą sierpniową noc 1943 r. On też wtedy nie wierzył. „Przypadek, czysty przypadek – powiedział potem w nakręconym przez reżysera filmie „Ostatni świadek”. – Tak, pomagał dobry wygląd, akcent. Ale nie byłem lepszy od moich przyjaciół, którzy zginęli”.
W Warszawie, w kamienicy przy Grójeckiej 104, odnalazł ojca. 
Perec Willenberg, artysta – przed wojną uczył rysunku w częstochowskim gimnazjum, prowadził renowacje zabytkowych synagog – udawał niemowę. Z obawy, aby jego pochodzenia nie zdradził zły akcent, Jako Baltazar Pękosławski prowadził pracownię, malował święte obrazy na zamówienie, to było źródłem utrzymania. 
Jego Jezus Miłosierny z twarzą pozującego mu Samuela do dziś wisi w kościele św. Stanisława w Siedlcach. Zachował się również Jezus Miłosierny, namalowany węglem na sklepieniu piwnicy kamienicy przy Marszałkowskiej 60 w pierwszych tygodniach Powstania. 
W przeciwieństwie do ojca Samuel mówił po polsku bez akcentu i miał tzw. dobry wygląd, który pozwalał poruszać się ulicami pod fałszywym nazwiskiem. Jego aryjskie personalia brzmiały: Ignacy Popow (Popow to było panieńskie nazwisko matki). 
W filmie Nekandy-Trepki Willenberg mówi: „Bałem się. Wiedziałem, że ze strony Niemców nic mi nie grozi, bo oni nie są w stanie rozpoznać, że jestem Żydem. Kimś, kto mógł rozpoznać we mnie Żyda, mógł być tylko Polak”.

Virtuti za Powstanie

W Powstaniu Warszawskim walczył od pierwszych minut: o budynek poselstwa czeskiego, o kamienice na Natolińskiej, budynek metodystów przy placu Zbawiciela. 
Przez miesiąc był żołnierzem w powstańczym batalionie Armii Krajowej „Ruczaj”, w kompanii kapitana „Lodeckiego”. Potem przeniósł się do oddziałów Polskiej Armii Ludowej. 
Do PAL-u przeszedł, ponieważ z tą lewicową (ale nie komunistyczną) konspiracją związał się jeszcze w czasie, gdy ukrywał się w Warszawie. Ale także dlatego, ponieważ w AK nie czuł się bezpieczny. W batalionie „Ruczaj” podał swoje nazwisko, ujawnił, że jest Żydem. Początkowo było dobrze, znalazł wśród powstańców wielu przyjaciół. Ale kiedyś przyjaciółka-łączniczka ostrzegła go, że w oddziale jest paru „typów z NSZ” [Narodowych Sił Zbrojnych – konspiracji narodowej, częściowo podporządkowanej AK – red.], którzy chcą go zabić, bo jest Żydem. 
W wydanych w Polsce wspomnieniach („Bunt w Treblince”, wyd. Res Publica 1991) opisał następującą scenę: „Kiedy na barykadzie na Marszałkowskiej strzelałem w stronę Placu Zbawiciela, padł strzał. Kula świsnęła nad moim uchem. Gdy odwróciłem się przerażony, zobaczyłem w otworze wybitym w murze lufę karabinu. Nie mogłem uwierzyć, że moi koledzy, którzy wraz ze mną przelewają krew, po tym wszystkim, cośmy razem przeżyli, po tych wszystkich walkach, któreśmy razem stoczyli, chcą mnie zabić za to, że jestem Żydem”. 
Kiedy w 1994 r. słowa Willenberga powtórzył w „Gazecie Wyborczej” Michał Cichy – autor artykułu o „czarnych kartach” podczas Powstania – zaprotestowały środowiska byłych powstańców. Byli żołnierze AK pisali w listach do tej gazety, że opisana sytuacja budzi wątpliwości, bo kula została wystrzelona przez nie wiadomo kogo (mógł to być niemiecki snajper, tzw. gołębiarz), że trzeba pamiętać o proporcjach – w powstańczej Warszawie mogło być nawet do 30 tys. Żydów, a z rąk żołnierzy AK zginęło kilkunastu – zaś Cichy miał pominąć te fragmenty wspomnień Willenberga, w których pisze on o przyjaźni z wieloma AK-owcami. 
Dziś, po latach, Willenberg potwierdza tamtą opowieść. Potwierdza, że widział ciała 14 zamordowanych Żydów w piwnicy budynku przy ulicy Prostej, rozmawiał ze świadkami tamtej zbrodni, którzy mówili, że popełnili ją żołnierze z opaskami AK na ramieniach.
„Wbrew temu, co mi zarzucano, nigdy nie twierdziłem, że AK jako całość mordowała Żydów – podkreśla. – Ale byłem w AK i widziałem, że składała się ona i z bohaterów, i ze zwykłych łobuzów”. 
Za udział w Powstaniu Warszawskim Samuel Willenberg otrzymał order Virtuti Militari i dwa Krzyże Walecznych.

„Polska jest częścią mnie”

Po wejściu Rosjan kilkanaście miesięcy spędził w komunistycznym wojsku polskim, by pod koniec 1946 r. z grupą innych ocalałych Żydów przekroczyć „zieloną granicę” polsko-czechosłowacką – w drodze do Palestyny. 
Miał nadzieję, że kiedy dotrze na miejsce, ściągnie rodziców (oboje przeżyli). Był we Włoszech, kiedy dotarła wiadomość o śmierci ojca. Postanowił wrócić do Polski. 
Po trzech latach wyjechał znowu, już do państwa Izrael, tym razem legalnie, z matką i poznaną w Łodzi Adą, która została jego żoną. Ada Willenberg przeżyła warszawskie getto, do Powstania ukrywała się u polskiej rodziny na aryjskich papierach. Po Powstaniu Niemcy wywieźli ją jako Polkę na roboty przymusowe. Willenbergowie do dziś zwracają się do siebie, używając swoich aryjskich imion: Igo (Ignacy) i Krysia. 
Pierwszą relację ze swych przeżyć złożył w 1948 r., jeszcze w Polsce, w Centralnym Komitecie Żydów w Polsce (jest przechowywana w archiwum Żydowskiego Instytutu Historycznego). Wspomnienia spisał (po polsku) dopiero w latach 80. Po raz pierwszy ukazały się w Izraelu, po hebrajsku, w 1986 r. Rok później w Wielkiej Brytanii wyszło ich angielskie tłumaczenie. W 1991 r. wspomnienia Willenberga ukazały się także w Polsce.
Dziś wraca do nich: rzeźbi w glinie, jakby robił ilustracje do wydanej już książki. Cieszy się, że wystawa jego rzeźb będzie w Polsce, w warszawskiej Zachęcie – w przyszłym roku, na 60. rocznicę Powstania w getcie i w Treblince. Bo mimo tych lat spędzonych w Izraelu czuje się związany z Polską. Od kilku lat ma – obok izraelskiego – także polski paszport. 
Ada Willenberg: „Kiedy grają polski hymn, stajemy na baczność z pełnym przekonaniem”. 
W Polsce był ze czterdzieści razy. Po raz pierwszy w 1958 r., osiem lat po wyjeździe. Potem dopiero w latach 80., kiedy zaczęły się „marsze żywych”. „Przyjeżdżałem na 10 dni, czasem dwa razy w roku, razem z młodzieżą z kibuców – wspomina. – Obwoziłem ich po miejscach pamięci, a potem zostawałem jeszcze na kilka tygodni”. 
Od dwóch lat z względu na stan zdrowia (jest po zawale) nie jeździ już z młodzieżą. Ale i tak każdego roku spędza w Polsce część lata. Zabiera wnuki i córkę: „Córka i izraelscy znajomi śmieją się ze mnie. »Po co ty tam ciągle jeździsz« – pytają. Co mam im powiedzieć? Że ta Polska jest częścią mnie? Że po 52 latach polski las jest mi bliższy niż izraelska pustynia?”.

„Nie można odpłynąć”

Samuel Willenberg jest spełnionym człowiekiem. Miał ciekawą pracę, udaną rodzinę, jest dumny z córki (Orit Willenberg-Giladi jest znanym architektem, projektowała m.in. ambasadę Izraela w Berlinie) oraz z trójki wnucząt. 
A jednak te 10 miesięcy Treblinki są w nim. Przychodzą w snach. I zostaną, do końca życia. 
Prof. Antoni Kępiński, psychiatra, napisał kiedyś: „U każdego człowieka istnieją wysepki wspomnień, do których sam chętnie powraca, lub które nawet wbrew jego woli wynurzają się z zapomnienia. Są to różne wysepki: większe i mniejsze, piękne i brzydkie (...). Dla byłych więźniów przeżycia obozowe stały się nie wysepką, lecz potężną wyspą, która swym ogromem przysłoniła wszystkie inne. Zmieniła ona ich stosunek do życia, skalę wartości, stosunek do ludzi. Z dręczącą regularnością wraca w marzeniach sennych. Nie można od niej odpłynąć”. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 39 (2777), 29 września 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl