„Czytałem
»TP«...”
Jestem Waszym czytelnikiem od lat dwudziestu. Moja babka, która
bynajmniej nie była wychowana na katoliczkę, w czasie stanu
wojennego upominała się często: „Idź i zobacz, czy
jest już dla nas odłożony »Tygodnik« w
kiosku!” (byliśmy jednymi z wielu prenumeratorów tego
samego egzemplarza). Wyjechałem z Polski w 1989 roku, wraz ze
mną „Tygodnik”. Lubiłem Wasze pismo dlatego, że
„Obraz tygodnia” wydawał mi się jasny nawet dla
przybyszy z kosmosu. Martwiło mnie, że „Tygodnik”
starzeje się nieuchronnie wraz ze swoją ekipą i ostatnio miałem
nawet wrażenie, że jest to pismo pożegnalne dla minionej
epoki, w którym nie ma pulsu życia. Chyba jednak
„Powszechny” drażnił mnie mniej niż wszystkie
inne tygodniki.
Czasami na przekór sobie, by oderwać się od tempa narzucanego
przez cywilizację, czytałem rano Wasze pismo. Moi koledzy po
fachu czytali wtedy „The Wall Street Journal”,
„The Financial Times” lub lokalne brukowce
(wszystkie pozwalają przewidywać rynki finansowe równie
dobrze, jak nekrologi zamieszczone w Waszym piśmie). Tak też
było 11 września. Zamiast wyjść o 8.00. z domu, postanowiłem
rzucić okiem na Wasz numer. Przeczytałem historię pogromu
krakowskiego, omówienie książki Kissingera oraz uwagi na
temat rocznicy szczytu izraelsko-palestyńskiego w Camp David.
Gdy wyszedłem o 8.45. niebo było nadzwyczaj pogodne. Nie można
było nie zauważyć, że „nieprawdopodobieństwo stało
się rzeczywistością”. W piętnaście minut później
drugi samolot przebił się przez moje biuro na 80. piętrze. Z
jego okna, przez które przez pięć lat podziwiałem perspektywę
cywilizacji, wyleciały szczątki samolotu, chmura ognia, a w
niej moje książki i zdjęcia dzieci. Cztery godziny później
szukałem w ruinach pulsu życia, ale były tylko nekrologi w
postaci starannie sporządzonych sprawozdań finansowych za
ubiegłe kwartały. Dziękuję.
PAWEŁ PLISZKA
(Nowy Jork, 20 września 2001)
*
Dziękuję za opublikowanie rok temu powyższego listu („TP” nr 39/2001), który stał się okazją, by oznajmić, że jestem cały, zdrowy i po latach odnawiam kontakt z innymi czytelnikami „Tygodnika”. Gdy rok temu szukałem śladów życia w opustoszałych zgliszczach dolnego Manhattanu, nie wyobrażałem sobie, że życie powróci do tego miasta już po roku. I to z takim wigorem. Co prawda nic nie jest już tak beztroskie jak kiedyś, nie tylko dla nowojorczyków, ale całego cywilizowanego świata. Okazało się jednak, że o ile trudno zapobiec terroryzmowi, nie jest on w stanie zatrzymać życia dynamicznego społeczeństwa. Życie w Nowym Jorku jest inne, bardziej świadome. Od dawna w tyglu miasta współistniały w ekonomicznej symbiozie różne nacje, religie, kultury i obrządki, ale dopiero po wydarzeniach z 11 września stopiły się tak silnie i to za sprawą wspólnego cierpienia. Jak ma wyglądać nabożeństwo żałobne, w którym uczestniczą protestanci, katolicy różnych narodowości, żydzi, muzułmanie? Ludzie stali obok siebie i nie mogli zasłonić się parawanem konwencjonalnych rytuałów czy obrzędów. Długie, wspólne momenty ciszy i kontemplacji to coś nowego i o wiele bardziej istotnego niż nagłośnienie mediów albo okazjonalne przemówienia polityków.
Korki i tłok wracają do miasta, ale w zatłoczonym autobusie można usłyszeć: „Nie narzekam. Cieszę się, że jestem żywy”. Jak głosi napis na koszulkach chińskiej produkcji: „NY, we love you more than ever”. Pozdrowienia dla Czytelników
PAWEŁ PLISZKA
(Nowy Jork, 11 września 2002)
List do redakcji
|