27. Festiwal Polskich Filmów Fabularnych, Gdynia 17–21 września 2002


Partyzanci i handlarze

Anita Piotrowska



Od dobrych paru lat do Gdyni jeździ się jak na pogrzeb. W tym roku – by pozostać przy żałobnej metaforyce – miała to być już ekshumacja. 


Rozwiązanie Komitetu Kinematografii, beznadziejne oczekiwanie na nową ustawę, niepewna przyszłość państwowych studiów filmowych, wstrzymane produkcje, środowiskowe swary, wreszcie wyzierająca z ekranów mizeria i katastroficzne diagnozy krytyków – wszystko to miało oswoić nas z faktem, że tak źle z polskim kinem jeszcze nie było. 
Pokazany na otwarciu dokument Wajdy „Lekcja polskiego kina”, przypominający o fenomenie „szkoły polskiej”, uprzytomnił dramatyczny pokoleniowy dystans: pomijając oczywiste różnice pomiędzy tamtym kinem a współczesnym, dziś najbardziej razi zatomizowanie środowiska, a co za tym idzie – nieumiejętność współpracy, pretekstowość, bylejakość, wyrachowanie. Walcząc o nowy kształt kinematografii mówi się niemal wyłącznie o jej „bazie”. Tymczasem gruntownego przemyślenia wymaga również cała „nadbudowa”. Potrzebna jest uczciwa odpowiedź na pytanie, po co robi się filmy i przede wszystkim – dla kogo.

Dwa bieguny

A jednak najczarniejsze prognozy nie sprawdziły się, choć ogólne wrażenia wyniesione z Gdyni mogły zgasić niejednego optymistę. Kino polskie jawi się w swojej masie jako myślowo niedojrzałe i technicznie nieudolne, schlebiające najniższym gustom, to znów porywające się z plastikową szabelką na tematy drastycznie przerastające jego możliwości. Ulubiony przez wielu twórców gatunek komedii kryminalnej, kontynuującej „tradycje” wczesnego Pasikowskiego, bezlitośnie obnaża tę impotencję. Bo jakimż to cudem ma powstawać u nas kino wrażliwe społecznie czy psychologicznie wysublimowane, skoro nie potrafimy zapewnić sobie godziwej rozrywki, czyli przyzwoitego, odprężającego „kina środka”? 
Wrzaskliwy korowód domorosłych hakerów, kilerów, cwaniaczków czy kobiet „pracujących inaczej” to wyzwanie dla socjologa (skąd w narodzie ta niezdrowa fascynacja?), ale już sposób opowiadania nie pozostawia wątpliwości, że nasze kino skazane jest na nieprofesjonalistów, którym obce są nie tylko prawidła rzemiosła, ale też elementarne poczucie wstydu. Ktoś powie: przecież zwyczajny widz mimo wszystko lubi to nasze siermiężne kino. I rzeczywiście – czasem miło jest mu usłyszeć z ekranu soczystą polską mowę, zobaczyć swojskie gęby kilku dyżurnych aktorów, uciec od rzeczywistości w jej przerysowany ersatz. Dlaczego jednak cała ta zabawa musi odbywać się w tak fatalnym stylu? 
Drugi (pozornie) biegun – niby szlachetne w intencjach, ugrzecznione superprodukcje w rodzaju filmu o Chopinie czy „Wiedźmina”, dopełniają wizerunku kina polskiego jako zjawiska prowincjonalnego, niemal jarmarcznego – przy gigantycznych nakładach władowanych w produkcję, brakuje mu nawet specyficznie lokalnego wdzięku, którym dałoby się zamaskować techniczne niedoróbki. 

Czym jest „niezależność”?

Do właśnie takich filmów dokłada się najchętniej publiczna telewizja i inne państwowe „ciała”. Pomysły ambitne są zazwyczaj bez szans – chyba że wprzęgnie się je w jakiś odgórnie narzucony projekt, jak cykl telewizyjny „Pokolenie 2000” czy „Święta polskie”. Pierwszy z nich, którego ideę gorąco popieram, zaowocował kolejnymi debiutami: filmem „Moje pieczone kurczaki” Iwony Siekierzyńskiej oraz „Moje miasto” Marka Lechkiego. Na uwagę zasługuje zwłaszcza drugi: nastrojowa, przypominająca klimatem czeskie kino lat 60. czy wczesne filmy Kusturicy opowieść o bezrobotnym chłopaku, mieszkańcu szarego bloku na opustoszałym śląskim przedmieściu. Oglądamy świat jego oczami: pogrążony w beznadziei, wyprany z kolorów, zaludniony postaciami ludzi nie nadążających za społecznymi przemianami – a jednak świat to fascynujący, zobaczony w sposób niebanalny: gorzki, komiczny i zarazem muśnięty ciepłym spojrzeniem. 
Na takie filmy czekamy: jeszcze niedoskonałe, ale świeże, poszukujące. W głównym konkursie było ich jednak jak na lekarstwo. Zepchnięte do sekcji pod szyldem Kino Niezależne, wyświetlano je w osobnej sekcji konkursowej, poza kinem festiwalowym, przez co dostęp do nich był mocno ograniczony (pokazywano je w tym samym czasie, co filmy z konkursu głównego). Przymiotnik „niezależny” nie schodził jednak festiwalowiczom z ust, choć tak naprawdę nikt nie znał jedynej obowiązującej definicji tego kina. „Off” może oznaczać zarówno skromny budżet czy całkowicie prywatne (a więc niezależne od kaprysów państwowych instytucji) źródła finansowania, jak i niekonwencjonalny, z założenia niekomercyjny charakter filmu. 
Jak bardzo sztuczne i nieistotne są takie podziały, pokazał najlepszy moim zdaniem film festiwalu, nagrodzony nagrodą specjalną jury „Edi” Piotra Trzaskalskiego – dzieło debiutanckie, sfinansowane ze źródeł w stu procentach niezależnych, a jednak noszące wszelkie cechy dojrzałego profesjonalnego kina i startujące w głównym konkursie. To najbardziej zdumiewające przeżycie tegorocznego festiwalu – nikomu nieznany młody człowiek zrobił film zaskakująco piękny, którego mógłby mu pozazdrościć niejeden starszy kolega. 
Zanurzony w „brudnej”, realistycznej scenerii miasta Łodzi opowiada historię przypominającą pamiętnego „Stracha na wróble” Schatzberga. Oto dwóch wyrzutków, para zbierających złom poczciwych pijaczków pchających co dnia swój syzyfowy wózek. Ediego gra tu naturszczyk Henryk Gołębiewski, pamiętny Poldek z „Podróży za jeden uśmiech”, Jureczka – zdumiewający aktor teatralny Jacek Braciak. Historia ich przyjaźni, codziennej biedy i heroizmu, przeistacza się w baśniową przypowieść o ofierze i poświęceniu. Inspirowana dokumentalną obserwacją, opowiedziana, jak ktoś trafnie określił – oddechami, z wyczuciem rytmu i nastroju, sfotografowana poetycko przez Krzysztofa Ptaka, powinna przekonać tych wszystkich, którzy młode pokolenie z góry spisali na straty. Wielka szkoda, że ten właśnie film nie otrzymał Złotych Lwów – tak spektakularne wyróżnienie dla filmu „partyzanckiego” mogłoby wiele zmienić w polityce uprawianej wobec młodych twórców. I nie byłaby to nagroda na kredyt. 

Szara strefa życia

Fenomen „Ediego” uświadomił coś jeszcze: reżyserzy, z którymi można wiązać nadzieję na lepszą przyszłość polskiego kina, wybierają zupełnie inną przestrzeń, niż kino tak zwanego głównego nurtu spod znaku Lubaszenki, Bromskiego i innych. Nie interesują ich perypetie komiksowych gangsterów w nowobogackiej scenerii ani fabularne klisze. Próbują odkrywać nowe obszary szarej strefy polskiej rzeczywistości i opowiadać o nich po swojemu, jak we wspomnianym „Moim mieście” czy jednym z najciekawszych filmów niezależnych – „Złomie” Radosława Markiewicza. 
Poruszający obraz z życia młodego robotnika, który po wypadku zostaje wyrzucony na margines życia i będąc na samym dnie potrafi odnaleźć w tym życiu sens, zaskakuje odwagą obrazowania: ekspresyjną fotografią przedmiotu czy brutalną „poezją fabryki”. Znów, jak u Trzaskalskiego, pojawia się obraz śmietnika i złomowiska. To nie tylko retoryczny chwyt, ale i wyraźne opowiedzenie się po stronie świata dotychczas – poza filmem dokumentalnym – nie przedstawionego. Ta odwaga pójścia pod prąd tendencjom i czysto kinowy, wizualny oddech są dla mnie czymś znacznie cenniejszym niż realizacyjna sprawność stricte telewizyjnych widowisk, jak wspomniany wyżej, zacny skądinąd cykl „świąteczny” („Wszyscy święci” Andrzeja Barańskiego, „Miss mokrego podkoszulka” Witolda Adamka, „W kogo ja się wrodziłem” Ryszarda Bugajskiego). Przeniesione na duży ekran parateatralne filmiki tracą niepomiernie, a w dodatku blokują miejsce i czas projekcji bardziej obiecującym przedsięwzięciom zepchniętym do kategorii offowej.

Powiew konserwatyzmu

Oczywiście, potrzeba nam także kina konserwatywnego w dobrym tego słowa znaczeniu. Najdłużej oklaskiwanym filmem festiwalu był „Tam i z powrotem” Wojciecha Wójcika. Osadzona w latach 60. historia chirurga (kolejny wyborny popis aktorstwa Janusza Gajosa), inwigilowanego przez aparat bezpieczeństwa i bezskutecznie walczącego o wyjazd z kraju, to kawał solidnego kina sensacyjnego, choć spóźnionego o co najmniej dekadę. Kiedyś jego polityczna odwaga mogła mieć prawdziwą siłę rażenia; dziś film pozostaje przede wszystkim pasjonującym kryminałem, zrealizowanym z troską o szczegół, umiejętnie budującym napięcie. 
Bardzo serdecznie przyjęto także inny film programowo konserwatywny i, co ciekawe, wyprodukowany za prywatne pieniądze – „Anioła w Krakowie” Artura Więcka „Barona”. W dziele krakowskiego debiutanta zagrali profesjonalni krakowscy aktorzy (Krzysztof Globisz, Jerzy Trela, Ewa Kaim), iście anielską muzykę skomponował krakus Abel Korzeniowski, a wszystko sfotografował przepięknie Piotr Trela. Sukces filmu tkwi jednak przede wszystkim w jego krzepiącym przesłaniu, pozytywnej energii, umiejętności wykreowania klimatu. Spontaniczne reakcje gdyńskiej publiczności to nie tylko wyraz zmęczenia kinem agresywnym, ale być może też i znak jakiejś głębszej potrzeby oczyszczenia. Deszcz zaproszeń, jaki posypał się na „Anioła” ze strony przedstawicieli zagranicznych festiwali także o czymś świadczy – świat jest ciekaw polskiego kina, a prowincjonalność (pod warunkiem, że wykorzystana twórczo i świadomie), może stać się jego istotnym atutem. 

*

Najbardziej skrzywdzonym filmem festiwalu, zignorowanym przez wszystkie nagradzające gremia był film zarazem najbardziej niezwyczajny – „Paradox Lake” pochodzącego z Polski nowojorczyka Przemysława Reuta (kolejny debiut). Reżyser penetruje w nim świat dzieci autystycznych, ale wypracowuje na użytek filmu oryginalną metodę. To obraz fabularny, wykorzystujący jednak dokumentalne zdjęcia nakręcone na obozie dla dzieci autystycznych. Fabularna tkanka jest właściwie tylko pretekstem do fascynującej wędrówki w świat ludzi postrzegających świat na swój własny sposób, często nieprzekładalny na język naszych doznań. 
„Paradox Lake” pokazuje podjętą przez głównego bohatera próbę komunikacji z tym światem. Nakręcony kamerą wideo obraz Reuta jest również taką próbą: starając się dotrzeć do najbardziej tajemniczych zakamarków ludzkiej psychiki Reut przekraczać granice kina, wprowadzając widza w osobliwy trans. Nakręcony konwencjonalnie, „Paradox Lake” stałby się zapewne podglądackim filmem żerującym na ludzkiej odmienności, a w najlepszym razie – materiałem edukacyjnym. Jednak atakująca już od pierwszych ujęć wizualna drapieżność sytuuje go w rzędzie takich dzieł jak „Nienormalni” Jacka Bławuta czy „Rozwój” Lankosza i Koszałki. 
Na szczęście artystyczną odwagę doceniło jury w przypadku innego kontrowersyjnego filmu – Złote Lwy otrzymał omawiany już na tych łamach „Dzień świra” Marka Koterskiego z życiową rolą Marka Kondrata. Film głaszczący widza pod włos, bezlitosny, irytujący, a zarazem pierwszy od lat syntetyczny obraz ogarniający psychiczną i bytową kondycję współczesnego Polaka – zdegenerowanego inteligenta. Z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że Koterski jako jedyny w polskim kinie twórca średniego pokolenia nie boi się oryginalności i przemawia naprawdę własnym głosem. 
Koterskiemu gratulował odwagi także młody twórca „Ediego”, choć miał przecież duże szanse zająć jego miejsce. W tym ładnym geście tli się iskra nadziei – być może przymierze pomiędzy kinem „starych” i „młodych” jest mimo wszystko możliwe. Choć sądząc po plonach tegorocznego festiwalu, to raczej ci pierwsi powinni uważnie wsłuchiwać się w głos tych drugich. 



Jury 27. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni w składzie: Feliks Falk (przewodniczący), Ewa Dałkowska, Sławomir Fabicki, Robert Gliński, Cezary Harasimowicz, Andrzej J. Jaroszewicz, Maria Kornatowska przyznało następujące nagrody:

Złote Lwy dla najlepszego filmu:
„Dzień świra”
(reż. Marek Koterski, prod. SF „Zebra”).

Nagrody Specjalne Jury:
„Edi”,
reż. Piotr Trzaskalski,
„Moje miasto”, reż. Marek Lechki;

Nagrody dodatkowe:
„Eden”
reż. Andrzej Czeczot,
„W kogo ja się wrodziłem”, reż. Ryszard Bugajski.

Reżyser: Wojciech Wójcik („Tam i z powrotem”).
Scenariusz: Marek Lechki („Moje miasto”).
Debiut reżyserski: Artur Więcek „Baron” („Anioł w Krakowie”).
Pierwszoplanowa rola męska: Marek Kondrat („Dzień świra”).
Pierwszoplanowa rola kobieca: nie przyznano.
Drugoplanowa rola męska: Jacek Braciak („Edi”),
Drugoplanowa rola kobieca: Dorota Pomykała („Moje miasto”),
Maria Maj („Moje pieczone kurczaki”)
Zdjęcia: Krzysztof Ptak („Edi”),
Muzyka: Michał Urbaniak („Eden”),
Scenografia: Wojciech Żogała („Edi”),
Montaż: Marek Denys („Tam i z powrotem”),
Dźwięk: Ewa Chilarecka („Dzień świra”),
Kostiumy: Elżbieta Radke („Tam i z powrotem”).

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 39 (2777), 29 września 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl