Łambinowicki cmentarz

Wojciech Pięciak



Co znaczy dziś słowo „pojednanie”? Otóż jeśli przez pojednanie mamy pojmować zdolność do rozumienia innych i dostrzegania ich cierpień, a także gotowość do wybaczenia w imię wspólnie przeżywanej (choć niekoniecznie wspólnej) prawdy o przeszłości, to testem są tu miejsca, gdzie pamięć jednej strony dawnego konfliktu zderza się z pamięcią drugiej. Jak w Łambinowicach na Śląsku Opolskim, gdzie duchowni różnych wyznań poświęcili właśnie cmentarz zmarłych i zamęczonych więźniów powojennego obozu dla Niemców i Ślązaków.
Przypomnijmy: po 1945 r. Łambinowice były w gruncie rzeczy polskim obozem koncentracyjnym. Takich obozów tworzonych na miejscu nazistowskich kacetów było wtedy więcej. Nie można zrównywać ich – jak chcą niektóre środowiska w Niemczech – z obozami hitlerowskimi, które tworzyły system eksterminacji określonych grup ludzi. Natomiast po 1945 r. ich infrastruktura została włączona przez władze komunistyczne do aparatu terroru, skierowanego nie tylko przeciw Niemcom, ale też Ukraińcom (Jaworzno), AK-owcom (Majdanek), konspiracji młodzieżowej (Jaworzno). Inna sprawa, że takie rozróżnienie, ważne dla historyka, traci moc w oczach niewinnego Niemca, który trafił do Łambinowic i był tam traktowany tak jak wcześniej jeńcy polscy, sowieccy i powstańcy warszawscy traktowani byli przez esesmanów.
Pytanie, jak upamiętniać ofiary obu tych obozów, jest też problemem niemiecko-niemieckim: na terenie sowieckiej strefy okupacyjnej NKWD użytkowało bowiem (w latach 1945-50) dawne obozy nazistowskie, trzymając w nich nie tylko eksnazistów (zwykle „płotki”), ale też wrogów systemu w powstającej komunistycznej NRD. Po 1989 r. musiała minąć niemal dekada, zanim – po emocjonalnych sporach między np. więźniami „pierwszego” i „drugiego” Buchenwaldu – wypracowano odgórnie nowy kształt tego miejsca pamięci, który zresztą nie został zaakceptowany ani przez jedną, ani przez drugą stronę.
W Polsce po 1989 r. było inaczej, ale i tak minęło sporo czasu, zanim na miejscu powojennych obozów dla Niemców stanęły pomniki czy tablice (w Potulicach, Rudzie Śląskiej, Zgodzie, Toszku), ich historię opisano (niedawno IPN wydał monografię obozu w Zgodzie) i spróbowano ukarać winnych, niezbyt zresztą skutecznie: trwający w Opolu proces komendanta Łambinowic będzie chyba jedynym. 
A jednak w Łambinowicach pytanie, jak upamiętnić godnie ofiary tego „drugiego” obozu, nie zostało rozstrzygnięte: na poświęconym cmentarzu znalazły się ostatecznie dwie osobne listy z nazwiskami ofiar (jedna wg źródeł polskich, druga niemieckich), a i tak niektórzy nie mogli się na nich doszukać nazwisk bliskich. Trzeba było albo zrezygnować w ogóle z tych list, albo – to uwaga do Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa, która, jak słyszymy, oponowała wobec listy przysłanej z Niemiec – nie być małostkowym. 
Zwłaszcza, że więcej zrozumienia, niż jesteśmy skłonni okazać Niemcom (po części zresztą naszym współobywatelom), domagamy się dla siebie od lwowskich Ukraińców. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 39 (2777), 29 września 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl