Czy Kraków jest najpiękniejszym miastem na świecie, czyli


Po „krakówku” przewodnik mentalny

Stanisław Mancewicz



Czy Kraków jest najpiękniejszym miastem na świecie? Tak! Taką odpowiedź daję szybko nadwrażliwcom, którzy, zaniepokojeni, obawiają się, że mam zamiar szydzić i dokuczać. Ten niepokój jest zrozumiały, i jest z nim jak z miss Polski sprzed półwiecza. Ciężko powiedzieć, że nie jest dziś najpiękniejsza – jest przecież! – tylko że nawet najdelikatniejsi podają datę jej sukcesu życiowego, by nie wypaść na nadwrażliwców do kwadratu. 
Kraków, podobnie jak kobieta i jak żadne inne miasto w Polsce ma – by posłużyć się językiem aktualnym – ogromny elektorat pozytywny. W Krakowie mamy w komplecie wszystko, czego nie stało innym miastom. Czy to zasługa krakowian, czy niemieckich kolonizatorów w różnych pokoleniach, czy tez marszałka Koniewa, jest kwestią drugorzędną. Kraków jest na przykład marzeniem takich warszawiaków, bo sama Warszawa jest marzeniem innej kategorii. Warszawę kochają – choć marudzą przy tym bardzo – wszyscy, którzy chcą pracować, robić karierę i zarabiać dużo. Kraków zaś jest miejscem, w którym się wydaje pieniądze, określone zresztą. Pieniądze przeznaczone w budżecie domowym na tzw. kulturę i klimat. Takiego „bonusu” żadne miasto w Polsce nie ma. Zatem na pytanie zawarte w tytule ogromna rzesza rodaków odpowie z uśmiechem tak, jak i ja.

Dziura?

Dlaczego w takim razie w ogóle pytam? Mękolę i szukam dziury w moście, moście łączącym bezklimatyczne miejscowości ze środkiem świata, a raczej, jakby powiedział profesor Jacek Purchla – środkiem Europy?
Bo Kraków jest również – powiem wprost – zupełnie nieinteresującą dziurą. Jest prowincją nie w sensie geograficznym i nawet nie prowincją potwierdzającą poczucie wielu ludzi, że świat zbudowany jest głównie z prowincji. Kraków bowiem to wiocha, a wioch z najpiękniejszymi rynkami w Europie jest stosunkowo niewiele. Stąd me zdziwienie, niepokój wewnętrzny i grymasy.

Wiocha?

Niby wielkie miasto, niby centrum wszelakich wartości i postępu, niby tramwaje, obwodnice, lotnisko, ale tak naprawdę wieś. Z aptekarzem, wójtem i nauczycielem. Z targiem, z wiejską gadaniną w niedzielę pod kościołem i wiejskim skandalem. Nie chcę obrażać nikogo, zwłaszcza zasłużonej i drażliwej ludności wiejskiej, bo słowo „wiocha” służy mi wyłącznie jako symbol podprowincji – takie ma przecież znaczenie w naszym języku. Wiocha to symbol umysłowego zabicia deskami i krajobrazu zamkniętego szosą wiodącą do miasta, strumykiem, łąką i księżycem, pod którym wyprawiają się rzeczy nieprzyzwoite.
Wszystko jedno, czy wiochą nazwiemy posiedzenie zacnego ciała, towarzystwo ludzi z wyższym wykształceniem czy obrady rady miejskiej królewsko-stołecznego grodu, który formalnie wioską nad rzeczką przestał być blisko osiem wieków temu.

Kto tu?

Znajomy Amerykanin powiedział mi niedawno, że Polska jest krajem dwustu osób. Z Krakowem jest identycznie. Kto tu mieszka? Prawie nikt. Zważywszy, że w Krakowie żyje blisko milion ludzi, to w „krakówku” mieszka na oko jakiś tysiąc, może dwa, podobnie jak w sporej wsi. Tej reszty moje rozważania nie dotyczą. Brak zameldowania w „krakówku” oznacza, że ci spoza mogliby żyć tak naprawdę gdziekolwiek. Mówiąc inaczej, ta reszta to ludność miejska bierna. Jedząca, śpiąca, bawiąca się, pracująca, łamiąca prawo i narzekająca stereotypowo na to samo, na co narzeka ludność dajmy na to Żyrardowa. Dla „krakówka” ta reszta nie istnieje, podobnie jak dla tej reszty nie istnieje „krakówek”.
„Krakówek” to zatem raczej zanurzony we własnym sosie głąbik krakowski – kapuścianopodobny endemit rosnący na poboczu „zakopianki”. Rozebranie „krakówka” na części, podobnie jak to się robi ze sztuką żywca, jest niezbędne, nawet w szybkim i amatorskim wydaniu, bowiem „krakówków” jest co najmniej kilka.

Kawiarnia?

W Krakowie mamy kilkaset kawiarni, czy też miejsc, które od biedy można za takie uznać. I tu się potwierdza teoryjka, że „krakówek” liczebnie nie jest wielki. Otóż cały mieści się w zaledwie kilku z nich. Ściślej w czterech. Wymieńmy w kolejności przypadkowej i niezobowiązującej: „Europejska”, „Dym”, „Rio” i „Noworol”. Wiem, wiem, nie mam racji, bo przecież jeszcze tu i jeszcze tam, a jeszcze kiedyś był i „Fafik” i „Śnieżka” („krakówek” głuchych) i „Mozaika” („krakówek” niepalących) i tak dalej. Proszę jednak o ciszę, bowiem „ścisłość towarzyska” tych miejsc jest absolutnie wzorcowa. Cała reszta to miejsca, gdzie zbierają się najwyżej dysydenci tych czterech towarzystw.
W „Europejskiej”, w rogu Rynku, przy „Krzysztoforach” , mamy starszych polityków środka, kolaborujących towarzysko z emerytowanymi komunistami, paru pismaków prasy raczej lewej, i raczej prawicowych biznesmenów żerujących na odebranych komunistom obszarach. Z „europejskimi” komunistami piją tu kawkę i gadają o wspólnych przedsięwzięciach. Młodzieży, czyli ludności poniżej czterdziestego roku życia, mamy tu niewiele. Młodzież jest z natury wrażliwa i buntownicza, więc wzgardliwie patrzy na serwilizm starców – ludzi, którym obmierzła walka o ideał Polski wolnej od czerwonych. Pogardliwie nazywa takie, jak wyżej opisane sytuacje, „krakówkiem”, i tu jesteśmy w domu, bo słowo „krakówek” uzyskuje właśnie swe prawdziwe znaczenie.
W „Rio” przy ul. św. Jana mamy sytuację też raczej jasną i niezwykle podobną do tej w „Dymie” przy ul. św. Tomasza. I tu i tu mamy do czynienia z miejscami opisywanymi w gazetach jako kultowe. To też jest kluczyk do objaśnienia „krakówka”, chociaż wydaje mi się, że kultowość raz publicznie ogłoszona staje się na ogół jej nędzną namiastką. Wystarczy otworzyć jakikolwiek przewodnik po jakimkolwiek mieście i kierując się wskazówkami w dziale „lokale kultowe” dotrzeć do miejsc, gdzie ponuro siedzą zdradzeni turyści. Nie kierujmy się jednak tą prostą zasadą, że miejsca z turystami polującymi na kultowość – w naszym wypadku też na „krakówkowatość” – są pozbawione jednego i drugiego. W „Rio” siedzi i sączy kawkę bohema, no może bohemka, raczej odrobinkę zdeklasowana i raczej starsza niż młodsza. To „Krakówek” artystyczny, ale zdecydowanie mniej turystyczny niż w osławionym „Zwisie” czyli „Vis a visie” w Rynku.
W „Dymie” prócz tego samego, co w „Rio”, ale mniej pomarszczonego ciała artystycznego, mniej lub bardziej akademickiego, mamy ważną treść „krakówka” – polityków młodszych. UW, SKL i czasem „PiSowcy”, przepleceni z awangardą plastyczną, muzyczną i młodzią łaknącą klimatu w ogóle i szczególe.
W Krakowie nie notuje się „krakówka” plemiennie komunistycznego. Kilku co najwyżej siedzi w reformatorskim klubie byłej PZPR „Kuźnica” przy ul. Miodowej, czy „Pod Gruszką” w tym samym rogu Rynku co „Europejska”. To jednak miejsca mające charakter rezerwatów ścisłych. Coś tam sobie starsi panowie skrobią o sprawiedliwości społecznej i czymś jeszcze, dla turystów raczej nieinteresującym. Nie zauważyłem też w mieście odmiany peeselowskiej „krakówka”. Gdzieś jakieś jej resztki się naturalnie błąkają, ale raczej biernie niż towarzysko twórczo. Krakowski poseł PSL Bogdan Pęk nie jest z tego świata, więc o nim sza, Samobroniący się nie chodzą do kawiarni, bo, jak wiemy, biesiadują wyłącznie w przydrożnych zajazdach, a ci od Rodzin Polskich siedzą w domu i grzeją się rodzinnością. Zresztą gdyby usłyszeli i zobaczyli, co się w innych ideologicznie towarzystwach mówi i robi, pozostałoby im tylko – jak rzecze klasyk – szukanie ukojenia w modlitwie.
„Noworolski”, czyli kawiarnia w Sukiennicach od strony pomnika Mickiewicza, to „krakówek” plotkarski, ale nienowoczesny. Staruszkowaty i raczej ancien regime’owy, w sensie estetycznym naturalnie, a nie lustracyjnym. Kawusia parzona w szklankach i plotki, niby nic nadzwyczajnego, a jednak. Tutejszą specjalnością, zamarłą już w większości kawiarni krakowskich i polskich, są panie siedzące godzinami w czapkach. To niesłychane, gdy bowiem skupić się na tej części garderoby, w Noworolu zobaczyć można w tej dziedzinie absolutnie wszystko, co na rynku czapniczym było dostępne przez dziesięciolecia – od wyblakłych, kryzysowych włóczek lat sześćdziesiątych, poprzez mohairy ery reaganowskiej, po optymistyczne kombinacje syntetyków z owczą wełną. Na pocieszenie można powiedzieć, że ten „krakówek” przypominajacy nieco kapeluszową galę podczas sławnych angielskich wyścigów końskich w Ascot wysuwa się ponad peryferie. Jest zarazem „instalacją”, „happeningiem” i autentykiem godnym albumu.
Dla porządku trzeba powiedzieć, że od przynajmniej dwu lat centrum miasta traci autentyzm, a „autentycy” wynoszą się na Kazimierz. Tam dziś ciągną wielbiciele kultowości z całej Polski szukając Krakowa przez wielkie „K”, coraz bardziej rozpaczliwie zresztą. Powodów jest wiele. Podstawowym, by znaleźć najlepsze porównanie, jest proste łaknienie nietkniętego ludzką stopą skrawka ziemi. Kazimierz jest ciągle jak wczasy agroturystyczne. Rynek to już jednak wczasy w Rimini z „all included”. W wizytę na nim wliczone są i rockowe ryki, i polityczne memłania, i dziarscy krakowiacy, i przysłowiowa bursztynowa ciupaga z Matką Boską. 

Władza?

To łatwy rozdział, bo krótki. „Krakówek” mamy u władzy od niedawna, raptem od dziesięciu lat. To, co działo się w magistracie czy tzw. „województwie” po manewrze marszałka Koniewa, było przemyślaną i brutalną z „krakówkiem” walką. Komuniści o „krakówku” nie mieli nigdy pojęcia i tylko bardzo nieliczni byli doń wpuszczani. Mieli swoje nań nazwy: „ciemnogród”, „kołtuneria”, „reakcyjna klika” i tym podobne. W tym kontekście na słowo „krakówek” należy spojrzeć przychylnie i wręcz potraktować je jak symbol oporu, tradycji i woli trwania w czasach, gdy władza montowała miastu wielkoprzemysłową apokalipsę i budowała dom handlowy „Jubilat”. Komuniści bez wątpienia zrobili z „krakówka” coś ekstra, bo, jak już wspomniałem, sami byli niepożywną i nieestetyczną towarzysko hubą.
Ale minęły lata i mamy to, co mamy. Dziś „krakówek” w kontekście rozważań o ideale władzy miejskiej mnie drażni, bowiem od lat dość stereotypowo uważa, że na stanowisko prezydenta Krakowa powinno wynosić się profesora wyższej uczelni, a dziedzina, jaką uprawia – co ważne – jest bez znaczenia. „Krakówek” używa tu zawsze słowa „potencjał”, które wydaje mi się raczej niepasujące. Profesorowie w „krakówku” są synonimem absolutu, do tego stopnia, że dziwuję się, iż właściciele Telefoniki SA nie powołują ich jeszcze do drużyny Wisły Kraków. Może dlatego, że sami są z Myślenic i właśnie dzięki temu jakoś wiążą finansowo koniec z końcem.
Stereotyp profesorskiej omnipotencji pochodzi z XIX i początków minionego wieku i w konserwatywnym Krakowie zalega marmurowym złożem. Dzisiejsze prowadzenie biznesu, jakim jest zarządzanie miastem, nie ma wiele wspólnego z czasami i przedsięwzięciami profesora Dietla, a jednak „krakówek” uważa, że ma. Czysta magia, mamy wciąż prezydenta, który został prezydentem tylko dlatego, że jest profesorem i trudno tu rzeczywiście odmówić „krakówkowi” potencjału.

Skandal?

Temat wydaje się wdzięczny, ale to fatamorgana.
Skandale mamy polityczne, artystyczne i naturalnie obyczajowe. Te polityczne są w Krakowie do kitu, bo globalizacja spowodowała, że skandal polityczny tutaj nie różni się niczym od skandalu w Żyrardowie, Londynie, Krościenku czy Rio de Janeiro. Najwyżej jakieś łapóweczki, przetasowanka i nieatrakcyjne towarzysko prywatne interesy, finansowane za publiczne grosiwo. „Krakówek” kawiarniany, artystyczny i profesorski skandale polityczne uważa za raczej błahe i w złym stylu (nie ma o czym gadać, to oczywiste – mówi), a, jak wiadomo, coś co jest oczywiste, przestaje być skandalem.
Gdyby prezydent miasta wyszedł na plac Wszystkich Świętych i ogłosił, że za gminne pieniądze zamierza się teleportować w czasy Kazimierza Wielkiego, do którego jest porównywany przez zwolenników politycznych, zrobiłoby się może gorąco. Wzbudza jednak chłód i obojętność, gdy obwieszcza plan zorganizowania (w mieście z jedną sztuczną górką saneczkową!) olimpiady zimowej. A zresztą skandal polityczny nie ma tu większych tradycji, z powodów historyczno-naturalnych. Wszystko w tej mierze – o obyczajowości życia publicznego tu mówię – było zawsze poprawne i nierewolucyjne, a opisy odchyleń od normy lekceważono i trzymano pod suknem. To dobrze.
O skandalu artystycznym w Krakowie dawno nie słyszałem. Faktu, że Damę z Łasiczką można w tym mieście oglądać rzadziej niż zorzę polarną, nikt w kategoriach skandalu, zwłaszcza artystycznego, nie traktuje. Słychać głosy ubolewania, ale nie oburzenia. 
Pamiętna profesorska likwidacja wawelskiego „czakramu” była raczej pomysłem na happening artysty, gdzieś tam zaangażowanego, ale show został zmarnowany bardzo poważnymi wypowiedziami autorytetów moralnych i naukowych o nieistnieniu sił wyższych, prócz urzędowo zatwierdzonych.
Jestem jednak przekonany, że „krakówek” jest na coś takiego przygotowany intelektualnie i czeka, mając w pamięci ekscesy, których opisy można znaleźć w każdej encyklopedii. Dziś zdecydowanie „warszawka”, ze swoimi meteorytami leżącymi na papieżu czy ułańskimi pozami Daniela Olbrychskiego, zostawia Kraków w tyle. Ale z drugiej strony cóż to za skandale, które żadnego fermentu w sensie artystycznym nie powodują? Wydarzenia w warszawskiej Zachęcie są de facto polityczne i powodują jakiś swąd, o endekoidalnym profilu obrażonego szlachciury-katolika. Nuda, ale tylko pod warunkiem, że człowiek nie przypomni sobie o grozie budzącym mordzie w owej galerii. Kraków na szczęście nie ma takiej mordowni artystycznej. 
Każdy z „krakówków” ma swoje skandale obyczajowe. Żaden nie jest jednak dziś, w XXI wieku, godzien opisu ani analizy. Ktoś komuś dał w pysk, ktoś uwiódł babę, słowem banały i magiel, trudno więc przytaczać przykłady. Stereotyp „krakówka” żyjącego czymś takim trwa, ale to czysta magia. O, przepraszam, coś mi jeszcze wpadło do głowy: co „krakówek” lubi najbardziej? Otóż najbardziej lubi mówienie o bliźnich wyłącznie źle, ale to już sprawa dla księdza. Nie dla mnie, bo sam to lubię.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 39 (2777), 29 września 2002


do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl