LISTY



 

Nie mącić w sercach

Nie mnie wadzić się z prof. Janem Woleńskim – autorem listu „Mącenie w głowach” („TP” nr 38/2002). Te kilka słów piszę w imieniu ludzi doświadczonych czerwcową tragedią nad Balatonem. Nie byłem świadkiem wypadku. Jego okoliczności i sens dla mnie również pozostają tajemnicą. Jedyne, co mnie różni z Profesorem, to wiara. Agnostycyzm, do którego przyznaje się Profesor, to sposób widzenia świata, w którym brakuje jakiejś barwy tęczy. Być może i ja nie dostrzegam całego jej piękna, ale wiem, że są ludzie, którzy jej cudowność oglądają. Daje im to wiara i to, co teologia określa „doświadczalnym pojmowaniem spraw duchowych”. Objawienie i ogląd rzeczywistości (niekoniecznie po 11 września 2001) widzi świat jako „mysterium iniquitatis” (tajemnicę zła) z działającym szatanem (por. 2 Tes 1, 7n.). Wiele teorii o zbawieniu człowieka przez Chrystusa podejmowało próbę rozstrzygnięcia „gry między Bogiem a szatanem”.
W artykule Anny Wasak (w liście przekręcono nazwisko) nie doszukuję się tego, co Autorce przypisuje Profesor. Nie ma w nim ani sugestii, że ludzki dramat jest efektem gry między Bogiem a szatanem, ani szczegółowego opisu przymiotów i czynów złego ducha. Według przytoczonej przez Profesora interpretacji hasła „demony” należałoby zakwestionować kanony 2116 i 2117 KKK, odnoszące się do wróżbiarstwa i magii, jako przejawów działania Szatana. Nie dziwię się zgorszeniu Profesora i jego znajomego opisem reakcji brata („nie pasującej do umysłowości dziecka”) na śmierć siostrzyczki, czy „sielankowej śmierci pielgrzymów”. Ten wyjazd nie był rozrywkową wycieczką, której czas wypełniają biesiadne przyśpiewki, sprośne dowcipy i alkohol. Pielgrzymi byli najgorliwszymi reprezentantami parafialnych wspólnot lub szukającymi potwierdzenia swojej przemiany ludźmi. Jechali w określonym celu i jasna była ich opcja fundamentalna. Dlaczego więc dziwić się ich postawie wobec śmierci? Dla nich świat się nie kończył, raczej zaczynał. Śmiem również twierdzić, że dziecko wychowywane w gorliwej, chrześcijańskiej rodzinie, która jest domowym Kościołem, dalekie od cywilizacji śmierci, jest w stanie nie wymyślać wyjaśnień, lecz wypowiadać bogactwo swego serca. 
Dla wiarygodności tych słów pragnę zaznaczyć, że jestem proboszczem parafii, która owo doświadczenie tragedii przeżyła szczególnie. W gronie ofiar wypadku był 14-letni Michał – wesoły chłopiec, dobry uczeń, gorliwy ministrant, a przede wszystkim kochający syn i brat. Starałem się uczestniczyć w cierpieniu Rodziny i wiele się u niej nauczyłem. Dostrzegłem ludzi, którzy wiarę i pobożność okazywaną w kościele potrafią uczynić świadectwem nie tylko codzienności, ale i tak głębokiej tragedii. I mogłem widzieć reakcje ludzi bliższych duchowym profilem Profesorowi, tak samo jak On, „dziwiącym się” postawie Rodziny. Tragedia parafian połączyła, również tych „zdziwionych”. Założyliśmy Stowarzyszenie „Michał”, którego statutowym celem jest niesienie pomocy dzieciom i młodzieży z gminy Jabłoń. Grupa 25 dzieci (w tym rodzeństwo Michała) przebywała na koloniach nad jeziorem Białka, 30 otrzymało wyprawki do szkoły. Pieniądze pozyskujemy z dobrowolnych ofiar ludzi, którzy na zagubionej na Podlasiu gminie żyją raczej biednie. Zorganizowana na festynie licytacja ofiarowanych przez sponsorów złotych serduszek przyniosła 2,7 tys. zł. Jak powiedział C.K. Norwid „wszystko, co wielkie, jest wielkie przez serce”. Romantykiem nie jestem, ale pozdrawiając serdecznie Profesora pozwolę sobie na jeszcze jeden cytat, tym razem z Adama Mickiewicza: „Czucie i wiara silniej mówią do mnie, niż mędrca szkiełko i oko”.


Ks. ADAM PATEJUK
proboszcz Jabłonia, woj. lubelskie





Nie liczmy na sukcesy

W dyskusji „Dojrzewamy do powtórki” („TP” nr 35/2002) przeczytałem wypowiedź ks. bpa Kazimierza Nycza: „Kiedy mówimy do współczesnych, nie możemy rozpoczynać od doktryny, bo przestają słuchać. Musimy wychodzić od ich spraw, ich problemów, z pozoru tylko banalnych, i dopiero dochodzić do tego, co najważniejsze”. To współczesne i przyszłościowe myślenie jest w niektórych diecezjach nie do przyjęcia. Katechetom każe się realizować programy (nierzadko to spisy treści periodyków katechetycznych lub książek), których realizacji przestrzegają księża wizytatorzy diecezjalni i metodycy katecheci.
Sam miałem nieprzyjemności z tego powodu, że w czasie katechez (nie lekcji religii) wyjaśniałem problemy sugerowane przez młodzież. Dzięki temu jednak na zajęcia katechezy regularnie przychodzili niewierzący (zdeklarowani jako nie uczęszczający na lekcje religii) i ludzie innych wyznań! A młodzi pytali o to, co i wcześniejsze pokolenia: skąd pochodzą ludzie, jeżeli Adam i Ewa wydali na świat jedynie dwóch synów?, czy istnieje sprzeczność między biblijnym opisem stworzenia świata a teorią ewolucji? Dzięki moderowanej przeze mnie dyskusji sami dochodzili do wniosku, że takiej sprzeczności nie ma. Pojawiały się problemy natury filozoficzno-dogmatycznej dotyczące np. modlitwy Jezusa w Ogrójcu. Uczeń pytał o sens modlitwy Jezusa (Boga) do Ojca (Boga). Zaufanie do katechety i stawianie problemów przez młodzież są podstawą właściwego wykorzystania możliwości katechizowania w szkole. Postępowanie według programu, o ile wiem, tylko młodzież zniechęca. Taka nauka sprawdza się w pierwszych klasach szkoły podstawowej, potem, jeśli nie słuchamy młodzieży, nie odpowiadamy na ich pytania, nie pomagamy rozwiązywać problemów religijnych ani szukać indywidualnego sensu życia czy zrozumienia siebie i świata, nie liczmy na sukcesy. Mam nadzieję, że biskupi skontrolują szefów referatów katechetycznych, sprawdzą ich merytoryczne przygotowanie oraz gotowość do katechizowania metodami Mistrza i Jana Pawła II.


(autor jest teologiem i katechetą,
nazwisko i adres do wiadomości redakcji)





„Czytałem »TP«...”

Jestem Waszym czytelnikiem od lat dwudziestu. Moja babka, która bynajmniej nie była wychowana na katoliczkę, w czasie stanu wojennego upominała się często: „Idź i zobacz, czy jest już dla nas odłożony »Tygodnik« w kiosku!” (byliśmy jednymi z wielu prenumeratorów tego samego egzemplarza). Wyjechałem z Polski w 1989 roku, wraz ze mną „Tygodnik”. Lubiłem Wasze pismo dlatego, że „Obraz tygodnia” wydawał mi się jasny nawet dla przybyszy z kosmosu. Martwiło mnie, że „Tygodnik” starzeje się nieuchronnie wraz ze swoją ekipą i ostatnio miałem nawet wrażenie, że jest to pismo pożegnalne dla minionej epoki, w którym nie ma pulsu życia. Chyba jednak „Powszechny” drażnił mnie mniej niż wszystkie inne tygodniki.
Czasami na przekór sobie, by oderwać się od tempa narzucanego przez cywilizację, czytałem rano Wasze pismo. Moi koledzy po fachu czytali wtedy „The Wall Street Journal”, „The Financial Times” lub lokalne brukowce (wszystkie pozwalają przewidywać rynki finansowe równie dobrze, jak nekrologi zamieszczone w Waszym piśmie). Tak też było 11 września. Zamiast wyjść o 8.00. z domu, postanowiłem rzucić okiem na Wasz numer. Przeczytałem historię pogromu krakowskiego, omówienie książki Kissingera oraz uwagi na temat rocznicy szczytu izraelsko-palestyńskiego w Camp David. Gdy wyszedłem o 8.45. niebo było nadzwyczaj pogodne. Nie można było nie zauważyć, że „nieprawdopodobieństwo stało się rzeczywistością”. W piętnaście minut później drugi samolot przebił się przez moje biuro na 80. piętrze. Z jego okna, przez które przez pięć lat podziwiałem perspektywę cywilizacji, wyleciały szczątki samolotu, chmura ognia, a w niej moje książki i zdjęcia dzieci. Cztery godziny później szukałem w ruinach pulsu życia, ale były tylko nekrologi w postaci starannie sporządzonych sprawozdań finansowych za ubiegłe kwartały. Dziękuję. 


PAWEŁ PLISZKA
(Nowy Jork, 20 września 2001)


*


Dziękuję za opublikowanie rok temu powyższego listu („TP” nr 39/2001), który stał się okazją, by oznajmić, że jestem cały, zdrowy i po latach odnawiam kontakt z innymi czytelnikami „Tygodnika”. Gdy rok temu szukałem śladów życia w opustoszałych zgliszczach dolnego Manhattanu, nie wyobrażałem sobie, że życie powróci do tego miasta już po roku. I to z takim wigorem. Co prawda nic nie jest już tak beztroskie jak kiedyś, nie tylko dla nowojorczyków, ale całego cywilizowanego świata. Okazało się jednak, że o ile trudno zapobiec terroryzmowi, nie jest on w stanie zatrzymać życia dynamicznego społeczeństwa. Życie w Nowym Jorku jest inne, bardziej świadome. Od dawna w tyglu miasta współistniały w ekonomicznej symbiozie różne nacje, religie, kultury i obrządki, ale dopiero po wydarzeniach z 11 września stopiły się tak silnie i to za sprawą wspólnego cierpienia. Jak ma wyglądać nabożeństwo żałobne, w którym uczestniczą protestanci, katolicy różnych narodowości, żydzi, muzułmanie? Ludzie stali obok siebie i nie mogli zasłonić się parawanem konwencjonalnych rytuałów czy obrzędów. Długie, wspólne momenty ciszy i kontemplacji to coś nowego i o wiele bardziej istotnego niż nagłośnienie mediów albo okazjonalne przemówienia polityków.
Korki i tłok wracają do miasta, ale w zatłoczonym autobusie można usłyszeć: „Nie narzekam. Cieszę się, że jestem żywy”. Jak głosi napis na koszulkach chińskiej produkcji: „NY, we love you more than ever”. Pozdrowienia dla Czytelników


PAWEŁ PLISZKA 
(Nowy Jork, 11 września 2002)





Nie zamknięta sprawa 

Dobrze się stało, że „TP” (nr 36/2002) opublikował artykuł Tomasza Potkaja „W sumieniu moim byłem spokojny” o „księżach-patriotach”. W czasie, gdy społeczeństwo może poznawać prawdę o najnowszej przeszłości, nie powinno zabraknąć i tego wątku. Nie można mówić o „oczyszczeniu pamięci” wewnątrz naszej społeczności kościelnej bez ukazania trudnej prawdy o duchownych PRL, także tych, którzy się nie sprawdzili. Księża ze ZBOWiD, księża-patrioci, księża należący do kół Caritas, wreszcie księża, którzy byli tajnymi współpracownikami służb specjalnych, działali na szkodę Kościoła, rozbijali jego jedność, sprzyjali jego zniszczeniu. Była to zdrada i kolaboracja ze śmiertelnym wrogiem. Dlatego też nie można banalizować tamtego zła, mimo że motywy i stopień zaangażowania we współpracę z wrogami Kościoła był różny.
Prawdę o księżach współpracownikach reżimu komunistycznego muszą poznać kandydaci do stanu kapłańskiego. Oczywiście, pozostaje trudny problem interpretacji i etycznej oceny. Nie ma tu jednak miejsca na zbiorowe rozgrzeszenie i nie mogę zgodzić się z ks. bpem Tadeuszem Pieronkiem, że „sprawa jest zamknięta”. To prawda, że księża patrioci już prawie wymarli, ale istnieje grupa księży zaangażowanych w kołach Caritas. Nie wolno nonszalancko mówić, „nie ma sprawy”. 


Bp JACEK JEZIERSKI
(bp pomocniczy archidiecezji warmińskiej)





Boskie tchnienie, a in vitro 

Poruszył mnie felieton pani Józefy Hennelowej „Też ludzie” („TP” nr 35/2002). Niedawno zastanawiałem się nad problemem ludzi poczętych metodą in vitro i, w niedalekiej przyszłości, na drodze klonowania. Nie chcę zajmować się moralnym aspektem tego zagadnienia i szukać odpowiedzi na pytanie, czy można, czy wolno. Nie chcę też snuć katastroficznych wizji. Tacy ludzie żyją, rozwijają się. Są osobami pełnowartościowymi. Interesuje mnie aspekt, o którym napisała red. Hennelowa: „tam też jest dusza ludzka”, „są objęci odkupieniem...”. Ciało powstało z materii. Duszę jednak powołał do życia osobny, Boski akt stwórczy, ożywcze tchnienie! Czy więc Bóg, poprzez zapłodnienie in vitro czy klonowanie, zostanie przymuszony przez człowieka do udzielenia owego tchnienia? Może jest to pytanie absurdalne, ale staram się postawić problem. A może to żaden przymus? Bóg, wyposażając człowieka w rozum, „przewidział” też samodzielne stworzenie przez człowieka ciała i dokonało się to w zgodzie z zamysłem i wolą Stwórcy? Wtedy musieliby zamilknąć krytycy sztucznego powoływania istot do życia. W tych aktach uczestniczyłby Bóg, a przecież „wszystko, co uczynił, było bardzo dobre” (Rdz 1, 31). Niewykluczone zresztą, powtarzając zdanie felietonistki: „Jak to pojąć, jak się w tym odnaleźć, jak oddzielić strach i zgorszenie od nadziei?”, że istnieje jakaś trzecia droga. 


CEZARY GRABOWSKI
student teologii UMK w Toruniu


PS. Dziękuję za „TP” – pismo, które, prawie już samotnie, umie twardo i racjonalnie stąpać po świecie.


*


Kiedy pytamy, kto i kiedy pierwszy sklonuje człowieka i czy uda się nam tak dalece stechnicyzować ludzki proces reprodukcyjny, że ziści się wizja opisywanego przez filozofa Roberta Nozicka „genetycznego supermarketu”, pytamy o coś, co Bóg już wie. Widzi i nie grzmi, chociaż od czasu do czasu grzmią coraz mniej liczni przeciwnicy technik wspomaganej reprodukcji. Jak wynika ze statystyk, na które powołuje się również Józefa Hennelowa, ich głos jest głosem wołającego na puszczy i doprawdy niewiele przejmują się nim piewcy reprodukcyjnego postępu. Zastanawiają się raczej nad tym, jak udoskonalić technikę. A plany tego doskonalenia bywają tak oszałamiające, że – parafrazując ks. Tischnera – można by obok nieszczęsnego daru wolności mówić o nieszczęsnym darze rozumu.
Opatrując dar rozumu takim właśnie epitetem podważam tezę, ze Bóg jest zawsze obecny w jego dziełach. Człowiek jest autorem „genialnych” wynalazków, w których nie śmielibyśmy nawet podejrzewać obecności Boga. Techniki wspomaganej reprodukcji łączą w sobie wynalazek, czyli metodę sztucznego doprowadzenia do poczęcia, z odkryciem naturalnych procesów ludzkiej prokreacji. Im lepiej udaje się naśladować naturalne procesy, tym lepsza metoda. Manufaktura ludzkiej reprodukcji nie wskazuje jednak na kreacyjne możliwości człowieka. On nie tworzy ludzkiego ciała, wie natomiast, jak uzyskać i utrzymać przy życiu ludzkie gamety, a potem połączyć je ze sobą poza organizmem matki. Wie, jak odróżnicować jądro komórki somatycznej doprowadzając zawartą w nim informację genetyczną do takiego stanu, w jakim znajduje się w powstałej po połączeniu gamet zygocie. Zainicjowany połączeniem gamet lub skonstruowaniem w procesie klonowania ludzkiej zygoty proces rozwoju ludzkiego życia pozostaje jednak nadal Bożym, albo jak kto woli naturalnym, a nie ludzkim dziełem. Nie wymyśliliśmy “recepty na życie”, wciąż nieudolnie podpatrujemy naturę (i srogo za tę nieudolność płacimy), ale to ona pozostaje genialna w swoim zamyśle, a nie my. A skoro tak, nie ma najmniejszych powodów, by sądzić, że zmobilizowaliśmy Boga do aktu animacji. Kiedy przyjrzeć się bliżej reprodukcyjnemu postępowi (w pewnej mierze przemysłowi), ujawnia on złudę ludzkiego przekonania o panowaniu nad życiem. Udało nam sie połączyć elementy i cieszymy się jak dzieci, że rodzą się dzieci. Bóg nie wstrzyma naturalnych procesów tylko dlatego, że zostały zainicjowane poza organizmem matki. Dar rozumu wydaje mi się natomiast w tym miejscu nieszczęsny nie dlatego, że rodzą się dzieci. Mam na uwadze szereg dramatycznych problemów, do których doprowadziło na pozór niewinne wynalezienie metody in vitro. Niezwykle sugestywnie traktuje o nich felieton Józefy Hennelowej. I mimo wszystko twierdzę, że rozum jest wspaniałym darem, co nie znaczy, że każda rodząca się w nim idea winna być realizowana.


S. dr hab. BARBARA CHYROWICZ SSpS
kierownik katedry etyki szczegółowej KUL





Komunia i celiakia

Ks. Grzegorz Ryś odpowiadając na listy czytelników („Grypa, celiakia i komunia”, „TP” nr 38/2002) pisze, że właściwa Kongregacja watykańska ma zostać w najbliższym czasie zapytana o możliwość używania bezglutenowego chleba do sprawowania Eucharystii. Otóż Kongregacja Doktryny Wiary wypowiadała się na ten temat: 26 marca 1929, 9 października 1982 i 19 czerwca 1995, zawsze uznając za niemożliwe posłużenie się pieczywem całkowicie pozbawionym glutenu. Uznaje się bowiem, że nie jest to już prawdziwy chleb, a tylko chleb jest ważną materią Eucharystii. Można natomiast (za zezwoleniem ordynariusza miejsca) w poszczególnych i uzasadnionych medycznie przypadkach używać do sprawowania Eucharystii chleba z obniżoną zawartością glutenu. Tylko wówczas jednak, gdy proces, jakiemu poddano chleb, nie pozbawił go jego substancji. Poza tym, osoby dotknięte tą chorobą mogą przyjmować Komunię św. tylko pod postacią wina. Z powodu tych obostrzeń mężczyźni chorzy na celiakię nie są dopuszczani do święceń kapłańskich. 


Ks. PIOTR MAJER
(Kraków)





Modlitwa i „Nie”

Przychodzę do kościoła umocnić swoją wiarę i co słyszę? Kapłan zamiast wyjaśniać Boże Objawienie cytuje obraźliwy artykuł Jerzego Urbana z „Nie”. Z zasady nie czytam brukowców, bo to poniżej mojej godności. Czemu ksiądz dręczy moje uszy wypocinami zdeklarowanego ateusza, wdając się z nim w dysputę? Nawet publiczna telewizja, często odsądzana od czci i wiary za stronniczość i brak wyczucia, zachowała się przyzwoiciej, bo dziennikarze nie odważyli się zacytować artykułu o Papieżu, uznając jego sformułowania za zbyt obraźliwe do publicznej prezentacji. Ksiądz tymczasem nie zawahał się. Przyznam, że nie rozumiem tej zaskakującej postawy: z jednej strony ksiądz przestrzega przed czytaniem podobnych brukowców, z drugiej zaś robi im darmową reklamę podczas Mszy św. Gdzie sens?
Chcę się w Kościele modlić. Dlaczego ksiądz przeszkadza mi w tym streszczając takie artykuły? Nie interesuje mnie, kto kłania się księdzu, kto nie. Nie interesuje mnie, kto ile dał na kościół. Interesuje mnie, co mówi Bóg. Tego chcę dowiedzieć się uczestnicząc w Eucharystii.


IWONA STARTEK
(Dzwola, woj. lubelskie)





Kim był dr Hiszpan?

W tekście „Kochanowski – dwór” („TP” nr 36/2002) Jan Błoński wspomina o „poczciwym lekarzu” Rojzjuszu, co „szedł spać trzeźwy, a wstawał pijany”. Doktor Hiszpan nie był lekarzem. O ile mi wiadomo, był prawnikiem, doktorem prawa rzymskiego i wykładowcą w Akademii Krakowskiej. Przypisuje mu się m.in. powiedzenie, że zawód prawnika akademickiego jest w Polsce równie potrzebny, co handlarza futer w Abisynii. 


PIOTR STEC
(Gliwice)





Pomóż uwolnić Aminę

Islamski sąd apelacyjny w nigeryjskim mieście Fatuna utrzymał wyrok sądu niższej instancji, skazujący Aminę Lawal na śmierć przez ukamienowanie za dopuszczenie się cudzołóstwa – kobieta zaszła w ciążę po rozwodzie. Wyrok ma być wykonany w styczniu 2004 r., kiedy Amina przestanie karmić piersią ośmiomiesięczną dziś córkę Wasilę.
Niedawno podobny wyrok spotkał Safiję Hussaini. Gdy 18 marca 2002 r. odbył się przed ambasadą Nigerii w Warszawie protest przeciw temu aktowi okrucieństwa, ambasador wyszedł do zebranych i tłumaczył, że – jakkolwiek podziela ich stanowisko – nie jest w stanie przeszkodzić wykonaniu wyroku, gdyż według obowiązującego prawa poszczególne okręgi Nigerii rządzą się autonomicznie. Mimo to, jak dowiedzieliśmy się 27 marca, skazujący Safiję wyrok odwołano.
Wszystkich, którzy chcieliby pomóc w uwolnieniu Aminy, zachęcam do wysłania listu protestacyjnego do prezydenta Nigerii. Najłatwiej uczynić to korzystając ze strony internetowej Amnesty International: www.amnesty.org.pl Być może i tym razem presja opinii publicznej pozwoli uratować życie kobiety.


JERZY STADNICKI
(Warszawa)





Sprostowanie

W liście „Na nieludzkiej ziemi” dra Zenobiusza Bednarskiego („TP” nr 37/2002) literówka spowodowała, że trucizny produkowane przez grzyby nazwaliśmy mitotoksynami, a nie mikotoksynami.
Za pomyłkę przepraszamy.


REDAKCJA „TP”














LISTY – apele o pomoc

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 39 (2777), 29 września 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl