Miasto, masa, metro

Anna Łabuszewska z Moskwy



Moskiewskie metro to nie tylko skomplikowany system podziemnych korytarzy, który czyni każde wielkie miasto podobnym do mrowiska, nie tylko niezbędny środek transportu w duszącej się w korkach stolicy i ciekawy zabytek architektury. Metropoliten im. Włodzimierza Iljicza Lenina to dzisiaj wielka hala targowa, arena walki o mafijne wpływy, teatr osobistych dramatów, wreszcie zwierciadło kruszącej się nieubłaganie potęgi. To mikroświat, w którym skupiają się blaski i cienie przemian ostatnich lat.


Socjalistyczne „sacrum”

Budowa pierwszych linii moskiewskiego metra ruszyła na początku lat 30. Głównym orędownikiem przekopania centrum miasta był dowódca wojsk obrony powietrznej. Nie chodziło mu bynajmniej, by mieszkańcy miasta mogli szybko i wygodnie wracać z pracy do domu – metro miało być gigantycznym schronem (rzeczywiście przydało się w 1941 r. podczas niemieckich bombardowań). 
Pierwszą linię uruchomiono w maju 1935 r. Początkowo metro nosiło imię kierującego budową z ramienia partii Lazara Kaganowicza (który, jak wieść gminna niesie, nigdy nie jeździł podziemną kolejką, bo się bał), dopiero potem nadano imię najwyższego bóstwa komunistycznego panteonu. Imię pozostało, nie zmyła go nawet fala zmian nazewnictwa, jaka przez rosyjskie miasta przetoczyła się w pierwszej połowie lat 90.
Kiedy na najwyższych szczeblach partyjnych zapadła decyzja o budowie, przed towarzyszami architektami postawiono zadanie: moskiewskie metro ma być zupełnie inne niż paskudny labirynt w kapitalistycznym świecie. Po pierwsze – nie powinno wyglądać jak podziemia, po drugie – musi być piękne, a po trzecie – wyrażać triumf rewolucji proletariackiej. Efektem wysiłku radzieckich architektów (którzy na realizację zadania dostali 25 dni) były projekty socjalistycznych świątyń. 
Do dzisiaj stacje trzech najstarszych linii metra zachowały ten układ: wejście przypomina portyk, hala biletowa jest zwieńczona kopułą, przyozdobioną czerwonym sztandarem lub gwiazdą, część pod ziemią ma strukturę „trzynawową”: po obu stronach „nawy” głównej znajdują się perony, „nawy” przedzielone są rzędami kolumn, ozdobionych mozaikami, rzeźbami, witrażami, malowidłami i setkami sierpów i młotów różnej wielkości. Pod koniec długiej jak stadion olimpijski „nawy” głównej znajduje się na ogół miejsce kultu nawiązujące do nazwy stacji – popiersie „patrona”, relief ze scenami z życia rewolucjonisty, dobrze nastrajające do świata gniewne oblicze wodza. Nad wszystkim wiszą gigantyczne żyrandole w stylu stalinowskiego rokoko: miało być przecież jasno i pięknie.
Wszystkie te świecidełka, ornamenty, pięcioramienne gwiazdy wykute z najlepszych stopów metali były jeszcze do końca lat 80. starannie pucowane przez niezliczone zastępy jednakowych „babuszek”, niezależnie od pory roku zakutanych w chusty i wbitych w nieokreślonego kroju kombinezony. Uporczywie czyszczono też podłogi – najpierw rozrzucano nasączone niemiłosiernie śmierdzącym specyfikiem wióry, a potem „babuszki” jak czołgi parły tyralierą z drewnianymi szuflami, zgarniając wszystko, co napotkały na swej drodze, z pasażerami włącznie. Podobno były skuteczniejsze niż wprowadzone później „czyszczące wózki”, których chyba jest jak na lekarstwo, bo ani ich samych, ani śladów ich działalności dziś na stacjach metra nie widać.

Wyszmelcowana wizytówka

Błyszczące godła państwa radzieckiego przez ostatnie lata przybladły, niektóre odpadły, wymyślne klosze lampionów albo się wytłukły, albo pokryły czarnym nalotem. Dziś uwagę przykuwają nie optymistyczne uśmiechy przodowników pracy, lecz znudzone luksusem zmysłowe oczy modelek, reklamujących tusze wydłużające rzęsy, albo lśniące torsy wysportowanych supermenów, spryskujących się od stóp do głów niezawodnym dezodorantem. 
Metro jest największym słupem ogłoszeniowym rosyjskiej stolicy. Dziennie wagonikami podziemnej kolejki przemieszcza się ok. 9 milionów ludzi (co w skali rocznej oznacza przewiezienie ekwiwalentu połowy ludzkości). Do świadomości, podświadomości i nieświadomości pasażerów apelują nie tylko ogromne tablice firm kosmetycznych czy samochodowych, ale także restauracje, domy handlowe i... władza. Władza chętnie rozwiesza afisze informujące o powołaniu kolejnej mutacji prokremlowskiej partii czy „agitki” propagujące obowiązek obrony ojczyzny (od którego wszyscy poborowi – zwłaszcza z zamożnej Moskwy – uchylają się jak mogą). Podczas ostatnich wyborów władz miejskich gros powierzchni reklamowej zajęły plakaty zachęcające do wzięcia udziału w głosowaniu – przy czym nie „reklamowano” kandydatów, lecz wybory jako takie; chodziło o zapewnienie frekwencji, a nie zagłosowanie na konkretnych ludzi – mandaty podzielono już dawno przed wyborami.
Dla przeciętnego pasażera przeznaczone są reklamówki rozmieszczone w wagonach: obok ulotek sławiących zalety supermarketów i sklepów futrzarskich znajdziemy szeroki asortyment wróżek, nauczycieli wschodnich tańców, czyścicieli latających dywanów i modnych dziś w Moskwie usług płukania jelita grubego. Przy wejściu lub wyjściu dodatkowo wetkną ci reklamówkę szkoły językowej, kursów prawa jazdy i biur turystycznych wysyłających za bezcen na Cypr.
Jednak zanim zdołasz wyrwać się z objęć podziemnego węża i dostać do okutych drzwi z grubego szkła z napisem „Niet wchoda” (a przy okazji szczęśliwie nie dostaniesz tymi drzwiami w twarz od wychodzącego zamaszyście poprzedniego pasażera), czeka cię wędrówka zakurzonym korytarzem, gdzie koczują bezdomne dzieci, żebrzą inwalidzi i pokrzykują gazeciarze. Nad wszystkim unosi się zapach, którego nie reklamują żadne firmy kosmetyczne. Cóż, w moskiewskim metrze nie ma toalet.

Weterani są w cenie

Metro jest domem i miejscem pracy dla potężnej armii ludzi, którzy nie radzą sobie z ciśnieniem żarłocznej rzeczywistości czasów przemian. Metro zimą ogrzewa, a latem daje schronienie przed słońcem wielotysięcznej rzeszy bezdomnych. Metro karmi, odziewa i pozwala zarobić żebrakom. A właściwie świetnie prosperującym grupom przestępczym, które kontrolują ten „biznes”. W moskiewskim metrze żebraków „trzymają” Cyganie; metro podzielone jest na rewiry, gdzie każdy gang ma „ugadanych” milicjantów i gdzie rozstawia niewolników. Niewolników pozyskuje się z ogłoszenia. Niepełnosprawnym trudno jest znaleźć pracę, zgłaszają się więc chętnie, nie wiedząc, co ich czeka. Większość przyjeżdża spoza Moskwy. Szef grupy wynajmuje mieszkanie, a właściwie jakąś tanią norę blisko stacji metra, tam niewolnicy śpią i jedzą. Rano są rozwożeni „do pracy” przez strażników (strażnicy pilnują ich przez cały dzień, a wieczorem przywożą do mieszkania). Miejsce „pracy” jest ściśle określone, np. nigdy obok siebie nie ustawiają się dwaj inwalidzi czy dwie matki z dziećmi. Pieniądze oddają szefowi, do kieszeni dostają nie więcej niż 10%. Dziennie można na żebraninie w metrze zarobić 1000 rubli (przeciętna emerytura wynosi 1200 rubli – 42 dolary). Co trzeci pasażer metra daje choć kilka kopiejek.
„Środowisko” moskiewskich żebraków jest doskonale zorientowane w sytuacji: jeżeli gdziekolwiek w kraju wydarza się jakaś klęska żywiołowa, to już nazajutrz w metrze pojawiają się ludzie, zbierający np. na „odbudowę zatopionego gospodarstwa”. Co ciekawe, inwalidzi wojenni mówią o sobie nieodmiennie, że są inwalidami wojny czeczeńskiej, niezależnie od tego, gdzie naprawdę walczyli i czy w ogóle walczyli. Liczną grupę stanowią przyjezdni z republik postradzieckich. Są tacy, którzy udają duchownych, zbierających na odbudowę cerkwi, a że nie wszyscy podróżni wiedzą, że patriarcha Aleksy zabronił duchownym kwestowania na ulicy, w dobrej wierze dają więc na słuszny cel. Niemal na każdej stacji stoi żebrak z psem – proszą o datki na schronisko albo na jedzenie dla czworonoga. Ale najbardziej ściskającym serce widokiem są zastępy żebrzących dzieci.
Problem „biesprizornych” jest tak wielki, że dostrzegły go nawet najwyższe władze państwowe: prezydent Władimir Putin kilka miesięcy temu nakazał zlikwidowanie tej niepokojącej patologii. Przez łamy rosyjskiej prasy dosłownie przelewały się analizy, reportaże, wywiady o włóczących się dzieciach. Podawano wstrząsające statystyki (w Rosji jest ok. 4 mln „biesprizornych”). Ale poza lekkim wstrząsem społecznego sumienia akcja nie dała żadnych rezultatów. 
Większość „moskiewskich gawroszy” okupuje dworce kolejowe, ale nie brakuje ich też na stacjach metra: grają w karty, śpią na gołej posadzce, na oczach przerażonych pasażerów wąchają klej (to najczęściej używany przez nich narkotyk – „chaj” za kilka kopiejek). Zdobywają pieniądze na utrzymanie nie tylko żebraniną. Na stacji metra „Komsomolska” wystarczy zatrzymać się przy kolumnie na kilka minut, by bez problemu dobić targu: prostytucja wśród dzieci jest bardzo dochodowa. I znowu nie dla „usługodawców”, a ich opiekunów.

Kiedyś i teraz

Metro jest w Moskwie miejscem kultowym, obrosło własnymi legendami. Jedną z najczęściej powtarzanych jest historia marmurów, którymi wyłożone są stacje pierwszej linii: ściany podziemnych korytarzy ozdobiono płytami z wysadzonej w latach 30. cerkwi Chrystusa Zbawiciela (niedawno odbudowanej). Można je zobaczyć na stacji „Teatralna”. Kiedyś spotkana na cmentarzu w klasztorze Dońskim kobieta opowiedziała mi, że marmur z grobowca jej rodziny (moskiewskich przemysłowców) został wykorzystany do ozdoby metra. I nie był to jedyny nagrobek, który ściągnięto z tej zabytkowej nekropolii.
Dziś każde dziecko wie, że obok „normalnego” metra jest w centrum Moskwy „drugie metro”, zbudowane w 1947 r. przez Stalina. ZSRR szykował się do wojny z imperialistami, władze chciały mieć na wypadek ataku atomowego możliwości poruszania się pod ziemią. Budowę „metra-2” kontynuowali następcy Józefa Wissarionowicza; ostatni z tajnych tuneli zakończono w 1987 r. za Gorbaczowa. Ma 60 km i prowadzi z Kremla do Ałaczkowa, gdzie znajduje się pono „zapasowe Ministerstwo Obrony”. Dziś ten supertajny obiekt okazał się nikomu niepotrzebny, pono rdzewieje, a dzieci bawią się nad bunkrem w chowanego.
Niegdyś metro było traktowane jak priorytetowa budowa zwycięskiego socjalizmu – od okalającej centrum tzw. kolcewoj linii biegły coraz bardziej wydłużające się ramiona tras łączących serce Moskwy z osiedlami-sypialniami. Od wielu lat w tej dziedzinie trwa kryzys. Budownictwo mieszkaniowe nie nadąża za tempem przyrostu ludności (Moskwa jak magnes ściąga ludzi z całej Rosji i nie tylko), a metro nie nadąża za tempem budownictwa: 162 stacje i 265 km szyn to ciągle zdecydowanie za mało, aby obsłużyć rosnącą rzeszę chętnych. Duża część pasażerów przesiadła się wprawdzie w ostatnich latach za kierownicę samochodów, ale zniechęceni wiecznymi korkami, powracają do podróżowania pod ziemią. Pogarszające się warunki jazdy metrem stały się jednym z głównych tematów rozmów moskwian.

Romantyzm zmarzniętych róż

Jednak mimo tych problemów, trudno dziś wyobrazić sobie Moskwę bez metra – poza swoją rolą komunikacyjną i handlową spełnia ono także niezbędną w 12-milionowym megapolis funkcję topograficzną. Każdy mieszkaniec miasta wraz z „tradycyjnym” adresem – ulica, numer domu i mieszkania – podaje swoim gościom nazwę pobliskiej stacji metra jako punktu orientacyjnego, od którego zaczynają oni mozolne poszukiwanie celu wizyty. 
Uporządkowany szyk, jakim karnie przemieszczają się szeregi pasażerów metra (wolniejszy rytm kroków grozi poważnymi konsekwencjami – można nie tylko zarobić kilka mocniejszych szturchańców, jakich i tak „zalicza się” mnóstwo w trakcie korzystania z metra, ale być stratowanym, pozbawionym czapki, torebki itd.), na „powierzchni” łamie się – kolumny rozpełzają się po oplatającym stacje systemie tuneli. W tym labiryncie wszystko pokryte jest grubą warstwą kurzu zmieszanego z jakąś oleistą substancją, która zdaje się być obecna wszędzie i ma jeszcze jedną niezwykłą właściwość: natychmiast przykleja się do przechodniów. 
Podświetlone trupim światłem kierunkowskazy pozwalają znaleźć właściwe wyjście. Wychodzi się na placyk szczelnie obstawiony kioskami (jeszcze parę lat temu – łóżkami polowymi albo kramami z tektury), kioski zaś są szczelnie obstawione przez ochronę wynajętą przez właścicieli. Właściciele pochodzą przeważnie z Kaukazu. Ochrona kiosków również pochodzi z Kaukazu. Wszyscy zgodnie plują na ulicę, częstują się papierosami, głośno rozmawiają i równie głośno się śmieją. Niektóre stacje mogą się poszczycić bardziej wysublimowanym asortymentem towarów i zadbanymi pawilonami, ale większość dostarcza najtańszych produktów codziennego użytku i egzotycznych fast foodów (różne odmiany kaukaskich czy uzbeckich szaszłyków, kiełbasek, kotlecików w bułce), spożywanych na miejscu, wśród spalin, papierosowego dymu, tumultu, głośniej muzyki puszczanej przez sprzedawców pirackich kaset. Je się i pije cienkie piwko czasem w deszczu, czasem w śniegu. Dzieci, psy, śpiący pijacy, wodospad kaukaskiej śliny i wieczny tłum, pędzący gdzieś przed siebie, wdeptujący resztki jedzenia, niedopałki, papiery w ulicę pokrytą ni to asfaltem, ni to znaną nam już z podziemnych korytarzy utwardzoną oleistą substancją. 
Ale czasami jest romantycznie i pięknie. Stary Gruzin sprzedający przemrożoną hurmę, zapewne z własnego ogródka, spod ośnieżonej baraniej czapki powie z chrapliwym akcentem: „Jedz, doczia, jedz, na zdrowie”. Kilka lat temu wokół stacji położonych w centrum masowo handlowano kwiatami. Purpurowe róże i holenderskie chryzantemy stały w wielkich oszklonych gablotkach. Zimą od mrozu miały je ochronić palące się w środku świece. W zapadającym granatowym zmroku stoiska wyglądały jak kolumbaria z migotliwymi serduszkami zniczy. 
Moskwianie mówią: „kto nie przejechał się choć raz naszym metrem, to tak jak gdyby w ogóle nie był w Moskwie”. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 39 (2777), 29 września 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl