Cienka i gruba Europa

Marcin Król



Tyle czytam, słucham i czasem mówię na różnych konferencjach o tym, jak będzie wyglądała Europa po zjednoczeniu, bądź, czy istnieją podstawy duchowe lub moralne dla wspólnej Europy, że mam podejrzenia, iż wszystko na ten temat powiedziano, a dalsze rozrywki intelektualne stają się po prostu nudne. Dlatego warto zaproponować formę zgody czy też europejskiego modus vivendi, kiedy te niekończące się rozważania zostaną wzięte w nawias czy usunięte na bok. Idea ta przyszła mi do głowy po lekturze opublikowanej przed kilkoma laty świetnej książki Michaela Walzera „Thick and Thin”. Filozof z Princeton posługuje się tym odróżnieniem w problematyce moralnej, ale doskonale nadaje się ono do problematyki europejskiej. Walzer zaczyna od tego, że kiedy oglądał w telewizji tłumy maszerujące ulicami Pragi w 1989 r. i niosące transparenty z napisami „Prawdy!” lub „Sprawiedliwości!”, to – mimo że w ogóle nie znał Czechosłowacji – natychmiast rozumiał, o co idzie protestującym. To było właśnie „cienkie” porozumienie moralne, cienkie, gdyż oczywiście prawda i sprawiedliwość mają bardzo wiele znaczeń i zapewne nawet w protestującym tłumie ludzie różnili się (chrześcijanie, socjaliści, pragmatycy, idealiści i tak dalej), co do „grubego” rozumienia tych haseł. Czasem jednak cienkie rozumienie wystarcza i stanowi całkiem solidną podstawę dla wspólnoty.
Otóż jestem zwolennikiem cienkiego rozumienia Europy jako wspólnoty. Niewątpliwie intuicyjnie i odruchowo wiemy, co oznacza przymiotnik „europejski”, kto nie jest Europejczykiem i wreszcie, czym tradycja europejska różni się od wszystkich pozostałych, w tym amerykańskiej. Kiedy jednak zaczniemy stosować grube rozumienie wspólnoty europejskiej, natychmiast pojawia się tak wiele wątpliwości, że wszelka poważna rozmowa jest albo iluzoryczna, albo przepełniona myśleniem życzeniowym, albo – jak wspominałem – po prostu nudna. Przecież w „grubym” rozumieniu jedyna Europa jaka istnieje, to Europa wartości, a z wartościami można postąpić tylko tak, jak postąpili autorzy preambuły do programu „Solidarności” ogłoszonego w trakcie zjazdu w 1981 r.: spisać wszystkie możliwe i wrzucić je do wspólnego worka (demokracja, chrześcijaństwo, tradycja, socjalizm, liberalizm, wolność, równość i tak dalej), w którym się będą niechronnie tłukły nawzajem, a my ten worek mocno zawiążemy i będziemy udawali, że nic się nie dzieje.
Czy silniejsze jest moje poczucie europejskiej solidarności z Grekiem lub Duńczykiem, czy też z Amerykaninem, a jak jest z moimi dziećmi, dla których kategoria europejskości ma zapewne tylko historyczne znaczenie? Nie warto dalej iść tym tropem, wiadomo dokąd prowadzi. Do mnożenia kolejnych pytań i do tego, by tak zwani specjaliści mieli za co spędzać czas na konferencjach oraz spekulować i by wreszcie gazety miały o czym pisać. Warto natomiast uznać, że „cienkie” pojmowanie europejskiej wspólnoty mogłoby być bardzo przydatne, a równocześnie dzięki stosowaniu takiej zasady uniknęlibyśmy wielu kłopotów. Z jednej strony straciłyby sens wszelkie oskarżenia o europocentryzm, z drugiej zaś poszukiwacze kamienia filozoficznego Europy może dadzą sobie spokój i zajmą się czymś bardziej przydatnym. 
„Cienka” wizja europejskiej solidarności całkowicie wystarczy jako podstawa duchowa Unii Europejskiej, bo przecież lepsza taka podstawa niż brak jakiejkolwiek, a z takim brakiem mamy obecnie do czynienia. Dodam wreszcie, że, jak już pisałem, nie warto mieszać chrześcijaństwa ze zjednoczoną Europą, nie tylko ze względu na odmienność intencji, ale także dlatego, iż chrześcijaństwo właśnie w Europie miało najbardziej zagorzałych przeciwników, o czym wielu Europejczyków nie chce pamiętać. 
Jeżeli stoimy zatem przed wyborem: gruby kotlet w domniemanej przyszłości, czy cienki na talerzu lub żaden, ja stanowczo opowiadam się za cienkim. Kelner raz!






 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 39 (2777), 29 września 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl