Komentarze

 


Wojciech Pięciak A rządzić i tak będzie Schröiber

Krzysztof Burnetko Polska prawica i polskie prawo

Patrycja Bukalska z Bratysławy Słowacja do NATO, Mecziar do kąta


Jacek Kubiak z Paryża  Papon na wolności



 

 




  
A rządzić i tak będzie Schröiber


Być może dla Niemiec byłoby najlepiej, gdyby po tych wyborach – poprzedzonych nie tylko brudną i merytorycznie jałową kampanią, ale i absolutnie nieniemiecką huśtawką nastrojów – powstała Wielka Koalicja chadecko-socjaldemokratyczna, a dotychczasowi rywale, Edmund Stoiber i Gerhard Schröder, wspólnie odświeżyli „niemiecki model” gospodarczo-społeczny. Taki sojusz byłby ryzykowny, ale skuteczniejszy i uczciwszy. Takie rozwiązanie zdawał się też sugerować patowy wynik. Ale kanclerzem pozostanie Schröder, bo SPD od klęski uratowała siła Zielonych. I tylko formacja Joschki Fischera ma się z czego cieszyć, zwłaszcza że wróżono jej upadek. Postkomunistom z PDS zostało tylko dwóch posłów i liczy się ona tylko w landach byłej NRD, choć i tam osłabła.
„Większość to większość” – powtarzał z uporem Schröder w niedzielny wieczór. Niby prawda. Nawet Adenauera wybrano kiedyś kanclerzem przewagą jednego głosu (jego własnego). Niewielka przewaga koalicji Schrödera i Fischera odzwierciedla jednak społeczne przekonanie, że żaden z dwóch „bloków” partyjnych nie potrafi lub nie chce rozwiązać najważniejszych problemów Niemiec, które dziś zamykają ekonomiczny ranking w UE. I choć „Wielkiej Koalicji” nie będzie przez najbliższe 4 lata o najważniejszych sprawach, w tym kształcie odkładanych od lat reform, i tak decydować będzie quasi-koalicja CDU/CSU i SPD. Faktyczna, choć nieformalna. Bowiem wszelkie ustawy o charakterze systemowym będą musiały znaleźć akceptację Bundesratu, izby wyższej parlamentu, gdzie chadecja może je blokować. Przez następne cztery lata Niemcami rządzić więc będzie „kanclerz Schröiber”. 
Jeszcze jedno: i Schröder, i Stoiber złamali niepisaną zasadę, że rozgrywki wyborcze omijają pewne obszary polityki zagranicznej i bezpieczeństwa, w tym stosunki z USA. Schrödera przed utratą władzy uratowała nie tylko powódź, ale i antyamerykańska retoryka, którą Stoiber próbował naśladować, choć z mniejszym przekonaniem. Efekt: najpoważniejszy kryzys w stosunkach niemiecko-amerykańskich od powstania Republiki Federalnej, o skutkach trudnych do przewidzenia.  


Wojciech Pięciak






Polska prawica i polskie prawo

Sądy w Polsce „stoją na straży kłamstwa” – ogłosił Jarosław Kaczyński w programowym przemówieniu na konwencji partii, której jest liderem. Oczywiście dostał gromkie brawa aktywu. 
Parę dni wcześniej jego brat przegrał dwa procesy o zniesławienie i może właśnie wynikające z tej porażki rozgoryczenie spowodowało te ostre słowa. Ale przecież Kaczyński jest politykiem, a jego Prawo i Sprawiedliwość uważana jest przez niektórych za nadzieję polskiej prawicy. 
Sądom w Polsce można wiele zarzucić: lenistwo, niekompetencję, źle rozumianą korporacyjność, czasem nawet uleganie wpływom i układom polityczno-towarzyskim, a w skrajnych przypadkach związki ze środowiskami przestępczymi. Inaczej jednak, gdy krytykują je za to prawnicy bądź publicyści, a inaczej, gdy robią to politycy w ogniu kampanii wyborczej, krzykliwie, ogólnikowo i bez przedstawienia dowodów na swe tezy. 
Jeszcze gorzej, gdy taki atak na sądy przypuszcza szef partii kreującej się na poważną i prawicową – teoretycznie więc przywiązaną do państwa i szanującą jego instytucje. PiS jest jednak – jak widać – prawicą tylko w swoim mniemaniu. W praktyce wybiera wiecowe zagrywki i – o czym świadczą rządy Lecha Kaczyńskiego jako ministra sprawiedliwości oraz PiS-owskie projekty zaostrzeń prawa – mentalność rewolucyjnych trybunałów.  
 

 
Krzysztof Burnetko





Słowacja do NATO, Mecziar do kąta

Na te wybory na Słowację zjechało podobno najwięcej zagranicznych dziennikarzy od rozpadu Czechosłowacji. Przyciągnęły ich dwa słowa: Mecziar i NATO. Od miesięcy bowiem trwają spekulacje, czy Słowacja zostanie zaproszona do Sojuszu na jego listopadowym szczycie w Pradze. Z dość otwartych oświadczeń zachodnich dyplomatów wiadomo było, że jeśli do władzy wróci były premier Vladimir Mecziar – znany z populizmu i nie do końca demokratycznych metod rządzenia – to o zaproszeniu Słowacy mogą zapomnieć. Ostatnio stawało się więc coraz bardziej oczywiste, że żadna z liczących się słowackich partii nie stworzy po wyborach samobójczej koalicji z Ruchem na Rzecz Demokratycznej Słowacji (HZDS) Mecziara.
Problemem pozostawało niezmiennie silne poparcie dla HZDS w sondażach (ok. 30 proc.), które gwarantowało Mecziarowi pierwsze miejsce w wyborach. Jednak rozłam, do którego doszło latem w jego partii oraz echa afer epoki mecziaryzmu osłabiły ekspremiera tak bardzo, że ostatecznie zdobył jedynie niespełna 20 proc. głosów. To nie daje mu tak silnej pozycji, aby mógł storpedować powstanie proeuropejskiego rządu. Niespodzianką jest nadzwyczaj dobry (ponad 15 proc.) wynik SDKU, partii obecnego premiera Mikulasza Dzurindy, niezbyt lubianego z powodu społecznych kosztów przeprowadzonych przez jego gabinet reform. Dzurinda nieoczekiwanie przebił partię „Smer” Roberta Fico, który liczył nawet na zwycięstwo. W tej sytuacji możliwa jest koalicja prawicowa, dość jednorodna programowo, i utrzymanie się Dzurindy u władzy przez kolejne cztery lata. Rząd tworzyliby – prócz SDKU – także chadecy (KDH), reprezentacja słowackich Węgrów (SMK) i populiści z ANO, partii magnata medialnego Pavla Rusko. Ciekawa będzie wtedy opozycja – z populistycznym „Smerem”, mecziarowcami i „twardogłowymi” komunistami, którzy zdobyli ponad 6 proc. głosów. 
To jednak temat dla słowackich politologów. Zagraniczni dziennikarze już mają swą odpowiedź: Mecziar do władzy nie wróci, Bratysława zostanie zaproszona do NATO. A co się stanie ze słowackim watażką? Pewnie jak zwykle po klęsce zaszyje się gdzieś na kilka miesięcy, a potem znów spróbuje szczęścia – w wyborach prezydenckich za dwa lata. 


Patrycja Bukalska z Bratysławy







Papon na wolności

W marcu francuski parlament przegłosował ustawę zezwalającą na wypuszczenie więźniów, których „stan zdrowia jest niekompatybilny z warunkami odbywania kary w ośrodku odosobnienia”. Na tej podstawie zwolniono do tej pory ośmiu więźniów. Zwolnienie pierwszych siedmiu, z których jeden był w terminalnym stadium AIDS, przeszło niezauważenie. Zwolnienie ósmego, 92-latka po trzech by-passach i kilku zawałach, wywołało burzę. 
Dlaczego? Bo więźniem tym był Maurice Papon, sekretarz generalny prefektury w Bordeaux w latach 1942-44, urzędnik kolaboranckiego rządu Vichy. W 1998 r. Papona skazano na 10 lat więzienia za „współudział w zbrodni przeciwko ludzkości”. Paponowi udowodniono współudział w wywózce do Auschwitz 1600 Żydów z departamentu Gironde. Były wśród nich dzieci, kobiety w ciąży, starcy. Po wojnie Papon pozostał wysokim urzędnikiem państwowym. Był prefektem policji Paryża za de Gaulle’a. 17 października 1961 r. policja paryska krwawo rozprawiła się (ok. 20 zabitych) z algierskimi manifestantami. I wtedy Papon utrzymał się na stanowisku. Później był deputowanym do parlamentu i ministrem budżetu w latach 1978-81. 
W trakcie procesu Papon nie wykazał skruchy; po rozprawach zapraszał znajomych na rauty do bordoskich restauracji... i świętował, jakby proces był tylko nieprzyjemnym dodatkiem do pięknego dnia. Trzykrotnie wnosił, bez skutku, o ułaskawienie do prezydenta Chiraca. Winą obarcza swoich zwierzchników.
Dziś Papon jest wolny, choć daleki od oczyszczenia z win. Może wrócić za kraty tylko wtedy, gdy prokurator znajdzie uchybienia w procedurze paryskiego sądu apelacyjnego. Nadzieje na to są nikle. 
Sąd pozwolił starcowi doczekać śmierci wśród bliskich w podparyskiej willi. Papon tej możliwości odmówił 1600 ofiarom nazizmu. A jego kariera i zachowanie w trakcie procesu pozwalają sądzić, że doczeka tej śmierci w świetnym samopoczuciu. 

 
Jacek Kubiak z Paryża

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 39 (2777), 29 września 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl