TP S.A. kontra idioci  

MICHAŁ KOMAR

 


Mam taką dziwną zachciankę, aby poprzeć pomysł Marka Pola dotyczący płatnych winiet dla samochodów osobowych. Wiem, że to brzmi okropnie głupio. Dodam więc, że jestem gotów poprzeć pomysł Marka Pola dotyczący płatnych winiet dla samochodów osobowych – ale pod pewnym warunkiem. Aby wyjaśnić istotę tego warunku, zmuszony jestem cofnąć się do 1972 roku, kiedy to padłem ofiarą innej dziwnej zachcianki. Zachciało mi się mianowicie dysponować telefonem we własnym mieszkaniu. Telefon jest urządzeniem bardzo przydatnym. Napisałem stosowne podanie, opatrzyłem znaczkiem skarbowym i udałem się do zapuszczonego budynku Przedsiębiorstwa Poczta Polska, Telegraf, Telefon podległego Ministerstwu Łączności. W długim korytarzu, którego ściany pokryte były siną farbą olejną, w powietrzu zaś unosił się zapach podgrzewanych gołąbków konserwowych firmy „Pudliszki”, stała kolejka licząca około stu osób. Podszedłem do urzędniczki w okienku. 
– W zasadzie to my podań nie przyjmujemy – powiedziała po chwili namysłu. 
– Dlaczego? – zapytałem. 
– Linii wolnych w rejonie nie ma, numerów nie ma... – odpowiedziała znudzonym tonem. 
– Dlaczego? – zapytałem ponownie. Spojrzała na mnie z litością. Moje pytania – muszę przyznać – świadczyły o głębokim niedorozwoju umysłowym. 
– Załatwię panu wizytę u dyrektora, chce pan? – szepnęła współczująco. – Jasne, że chcę! – wykrzyknąłem i ruszyłem do domu z triumfalnych uśmiechem. 
Dyrektor przyjmował we wtorki i piątki wczesnymi porankami, między 6.00 i 8.00. Ustawiłem się w kolejce o 5.30. Byłem czterdziesty. Wszyscy wychodzili uśmiechnięci. Wreszcie przyszła kolej na mnie. Stanąłem w progu dyrektorskiego gabinetu. Jakiś łysawy wąsaty mężczyzna poderwał się zza biurka, podbiegł do mnie, serdecznie uścisnął dłoń, wziął podanie, zapewnił, że rozumie moją sytuację, wie, że telefon jest urządzeniem niezwykle przydatnym i ułatwiającym życie, zrobi wszystko co w jego mocy, by moje podanie zostało pozytywnie rozpatrzone, jeszcze raz uścisnął mi rękę i popchnął w stronę drzwi. Wyszedłem z uśmiechem. Dopiero po przejściu kilkunastu metrów zrozumiałem, że dyrektor wymyślił sobie genialną metodę na klienta. Jak dyrektor uścisnął dłoń i obiecał, to będzie załatwione, w końcu słowo dyrektora coś znaczy, prawda? Klient – z samej już definicji – charakteryzuje się niedorozwojem umysłowym. Ale taki zupełnie głupi to ja nie jestem. Rok później szwagier mojej koleżanki poznał montera z Telefonii, człowieka przystępnego. Za dwa litry, cztery kilogramy schabu i pięciodolarowy bon Pewexu zainstalował mi telefon. Od tej pory starałem trzymać się z daleka od urzędu rządzącego telefonami.
Tymczasem zmienił się ustrój, powstała Telekomunikacja Polska, ja zaś postanowiłem złożyć podanie o przydział dodatkowej linii obsługującej łącze internetowe. Udałem się więc do urzędu, w którym akurat trwał remont: układano posadzki z marmuru, ściany zaś malowano kolorami przyjaznymi ludzkiemu oku. W powietrzu unosił się zapach zupy instant firmy „Winiary”. Była wczesna jesień 1999 roku. Urzędniczka przyjęła podanie i zapewniła mnie, że pozytywną odpowiedź uzyskam raz–dwa, najpóźniej za trzy miesiące. Czekałem trzy lata. Bez skutku. W tym czasie TP S.A. została dzielnie sprywatyzowana i jęła zapewniać klientów o swej gotowości do świadczenia rozlicznych usług, w tym do instalacji SDI (jest to urządzenie ułatwiające dostęp do internetu). Wierząc licznym reklamom telewizyjnym i anonsom (finansowanym z płaconych przeze mnie rachunków telefonicznych) udałem się do pięknie wyremontowanego budynku TP S.A., by złożyć podanie o instalację SDI. Nie wiem, co unosiło się w powietrzu, bo miałem katar. Urzędniczka poinformowała mnie, że podanie przyjmuje, nawet spisała dane z mojego dowodu osobistego, ale co do zainstalowania urządzenia, to nic z tego, bo: – oni nie mają wolnych portów. 
– To po co się ogłaszacie? – zapytałem. Spojrzała na mnie z litością. Moje pytanie – muszę przyznać – świadczyło o głębokim niedorozwoju umysłowym. Po powrocie do domu postanowiłem złożyć skargę w Biurze Obsługi Klienta TP S.A. Łączyłem się z numerem 9576 dziesięć razy, by uzyskać informację, że połączenie z konsultantem nie jest obecnie możliwe. Połączenia były płatne. Jest to niewątpliwie nienajgorszy sposób uzyskania przez TP S.A. dodatkowych dochodów. Klient, panie, to idyjota. W końcu dodzwoniłem się do konsultantki, która z wyszukaną elegancją odesłała mnie do biura, w którym złożyłem podanie. Koło się zamknęło. Nawiasem mówiąc uważam, że koło jest urządzeniem niezwykle użytecznym, jeśli zaś idzie o Marka Pola, to sądzę, że jako polityk odpowiedzialny za infrastrukturę powinien wiedzieć, że telekomunikacja jest ważnym elementem ładu państwowego. I żeby nawet TP S.A. była całkowicie sprywatyzowana, wszyscy zaś jej akcjonariusze mieszkali i płacili podatki w Panamie, to i tak pozostanie strategiczną domeną państwa, jego bezpieczeństwa, obronności i gospodarki. Stawiam więc warunek: w dniu, w którym wiceprezes Rady Ministrów odpowiedzialny za właściwe funkcjonowanie infrastruktury wymusi na TP S.A przyzwoite zachowanie się wobec klientów, w dniu, w którym udowodni, że rzeczywiście umie rządzić dziedziną, za którą jest odpowiedzialny – w tym dniu kupię winietę i nakleję ją na szybie swego samochodu. Ja wiem, że dziwna zaiste zachcianka – żeby Państwo zaczęło wreszcie dbać o porządek – niewątpliwie świadczy o moim głębokim niedorozwoju umysłowym. Na szczęście znajomy szwagra koleżanki nadal zajmuje intratne stanowisko montera w TP S.A. Gusty mu się co prawda zmieniły: żadnej siwuchy, żadnego schabu, teraz lubi ostrygi, do tego zaś butelkę likieru bananowego, ale to w końcu ludzka rzecz, każdy przecież ma swoje zachcianki.  




 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 39 (2777), 29 września 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl