Kultura w szponach polityki


Lobbyści i felietoniści

Jarosław Klejnocki



„Nikt dziś nie uwierzy – w takiej atmosferze kulturalnej, jaka u nas panuje – w bezinteresowność twojego krytycznego sądu. Każde zdanie będzie dowodem, że uczestniczysz w spisku politycznym Żydów i masonów, albo uknutego przeciw Żydom i masonom” – pisał w 37. numerze „TP” Andrzej Werner. Jego artykułem „Pióra i maczugi” rozpoczęliśmy na naszych łamach debatę o „kulturze w szponach polityki”. 
Tydzień póżniej opublikowaliśmy polemikę Stefana Chwina „Polityka jest piękna”. „Nie mam nic przciwko temu, że ktoś w dyskusjach literackich objawia swoje sympatie czy antypatie polityczne, bo takie spojrzenie dyskusję tylko ożywia, a ja lubię patrzeć na ludzi, w których kipi życie. Że ktoś namiętnie, z furią zjeżdża czyjąś powieść za to, że czuje w niej zapach liberalno-demokratycznej politycznej poprawności albo woń ksenofobicznej myśli narodowej? Ależ, proszę bardzo!” – pisał autor „Hanemanna”. 
Za tydzień opublikujemy artykuł Przemysława Czaplińskiego „Literatura i słabość”.





Wolny rynek idei generuje podobne patologie, jak wolny rynek w sferze ekonomii. Przestrzeń kultury może być również postrzegana jako sfera wpływów, możliwości i wreszcie – władzy. A takie podejście wyzwala pokusy i rodzi niezbyt zdrowe dla kultury odruchy.



Wyobraźmy sobie, że dość znany czterdziestoletni polski prozaik publikuje powieść polityczną, nie wolną od ryzykownie obscenicznych scen, która zyskuje znaczną popularność. Wyobraźmy sobie dalej, że jedno z głośnych politycznych stronnictw – dajmy na to „Samoobrona” albo Liga Polskich Rodzin – organizuje przeciwko tej książce krucjatę publiczną pod jakimiś populistycznymi hasłami z gatunku narodowych. Obserwujemy więc, zdziwieni, demonstracje uliczne, partyjne konwentykle, stosy płonących egzemplarzy... Media kipią (coś się dzieje!), publika wrze, komentatorzy prasowi kłócą się zawzięcie, a całą zadymę odnotowują w swych relacjach zagraniczni dziennikarze. Możliwe? Nie bardzo. Pisarz w Polsce utracił bowiem nie tylko pozycję szanowanego i ankietowanego w rozmaitych ważnych sprawach autorytetu (w Niemczech tę pozycję natomiast zdobył, co wyczytać można między wierszami tekstu Stefana Chwina – patrz „Polityka jest piękna” w „TP” nr 38), ale stał się również nieatrakcyjny jako podmiot i przedmiot już nie poważnej, ale nawet „folklorystycznej” polityki. 
Natomiast w Rosji – proszę bardzo. Młodzieżowa prokremlowska organizacja „Idący Razem” właśnie pozwała do sądu pisarza Władimira Sorokina (autora „Niebieskiej słoniny”) za szerzenie politycznej pornografii. Wcześniej zorganizowała wiece, podczas których odbywały się rytuały godne III Rzeszy (palenie książek, płomienne przemówienia, zarzuty niszczenia tożsamości narodowej, ekstaza rozentuzjazmowanych tłumów itd.). Napiętnowani są też inni literaci: Wiktor Pielewin, autor znanej w Polsce powieści „Generacja Pi” czy Wiktor Jerofiejew („Rosyjska piękność”). Życie kulturalne zdaje się więc być mocno sprzężone z życiem politycznym rosyjskiego społeczeństwa, choć przywołane akurat przykłady mogą budzić niesmak i zażenowanie. 
Takie emocje w naszej rzeczywistości są raczej niespotykane. Lokują się one bowiem w zupełnie innych obszarach. Gdy spojrzymy na rankingi sprzedaży polskich książek beletrystycznych, to zauważymy, że czołowe miejsca okupują powieści z założenia apolityczne. Czy Katarzyna Grochola, Joanna Chmielewska lub Izabela Sowa nadają się na stos? Opisują „małe” życie, codzienność, psychologie konwencjonalnych ludzkich osobowości (osobliwie kobiecych). Ta literatura raczej tłumi społeczne konflikty niż je wyolbrzymia – bo programowo sprowadza ludzkie istnienie do poziomu radzenia sobie z wyzwaniami na miarę małych umysłów i małych dusz. Słusznie odnotował w swym książkowym eseju Paweł Dunin-Wąsowicz („Oko smoka”) pewien paradoks. Polityczne emocje są dziś obecne w polskim piśmiennictwie raczej w twórczości nurtu fantastycznego (Rafał A. Ziemkiewicz, Jacek Dukaj; skądinąd deklarujących swe sympatie do rozmaitych wcieleń konserwatyzmu) niż pisarzy (pisarek!) wiernych stylistyce – choćby nieco zwietrzałego – realizmu. 

Literacka sfera wpływów

Wolnościowy przełom końca lat osiemdziesiątych przyniósł naszej literaturze odwrót od zainteresowań polityką jako taką. Argument, że była to naturalna reakcja po „przepolityzowanych” czasach PRL-u, wydaje się dość racjonalny. Polska literatura wysokoartystyczna ostatnich lat raczej odżegnuje się od dyskursu politycznego niż go kontynuuje. Polityczne debaty w obrębie sztuki zostały świadomie zmarginalizowane. Ambitni pisarze jak diabeł świeconej wody boją się etykietki „artysty politycznego” i próżno się spodziewać, że dzieła na miarę „Rozmowy w Katedrze” Mario Vargas Llosy czy „Opowiedz mi o Kubie” Jesusa Diaza pojawią się na naszym rynku. Warto jednak wziąć pod uwagę tonację serio, którą przywołuje w swoim artykule Andrzej Werner (patrz – „Pióra i maczugi” w „TP” 37). Pod jednym warunkiem – że przedmiotem obserwacji uczynimy nie literaturę samą w sobie, ale jej rozmaite konteksty, pobocza oraz krytycznoliterackie (lub pseudokrytycznoliterackie) zmagania, jakie wokół niej się toczą. Bo to, co Werner nazywa „polityzacją kultury”, ma w istocie miejsce na obrzeżach sztuki. To w sporach i dyskusjach okołoliterackich, a także w samych mechanizmach społecznego funkcjonowania sztuki możemy mówić o „złej energii” rządzącej się sympatiami i antypatiami światopoglądowymi.
Wolałbym tymczasem używać pojęć: klientelizm i lobbing, ponieważ wolny rynek idei generuje podobne patologie, co wolny rynek w sferze ekonomii. Konkurencyjność towarów i usług jest oczywistym dobrodziejstwem dla konsumenta, ale zmorą dla zbyt krewkich producentów liczących na szybkie zyski. Stąd – dla przykładu – szara strefa, balansowanie na granicy prawa podatkowego, korporacjonizm (jednoczenie się wytwórców dóbr, bo silny może więcej), desperacka obrona pozostałych skrawków monopolizmu (kto w Polsce lubi TP SA?) itd. Czy literatura miałaby być wolna od takich zabiegów? W rzeczy samej – to oczywiste – przestrzeń kultury może być również postrzegana jako sfera wpływów, możliwości i wreszcie – władzy (tu oczywiście: duchowej, choć – Bogu dzięki – w ograniczonym zakresie). A takie podejście wyzwala pokusy i rodzi niezbyt zdrowe dla kultury odruchy. Jeśli zaś zjawisko klientelizmu obecne jest dość powszechnie w społecznej rzeczywistości III Rzeczypospolitej, czemu miałoby akurat ominąć obszar kultury literackiej?* 
Rządząca w tej chwili partia polityczna lub koalicja mianuje na rozmaite stanowiska sprzyjających jej urzędników. Czas sprawowania władzy to czas realizacji wcześniej zaciągniętych zobowiązań. Ministrem kultury zostaje tym samym ktoś z ideologicznej nominacji i zaczyna wynagradzać swych popleczników lub upowszechniać swoją wizję rozwoju kultury narodowej. Popiera więc – na przykład – regionalne zespoły muzyczne (dajmy na to dęte), faworyzuje w procedurze przyznawania dotacji państwowych wybrane periodyki kulturalne, sprzyja lokalnym inicjatywom kulturalnym (ich jakość pozostaje zazwyczaj kwestią drugorzędną). Potem zmienia się władza i następują chaotyczne roszady ŕ rebours. Doprawdy, jestem pełen podziwu dla cierpliwości i samozaparcia redaktorów lokalnych pism literackich, kierowników domów kultury, animatorów życia kulturalnego „w terenie”... Bowiem lokalni działacze polityczni biorą przykład z góry: i tak kilka lat temu redaktorzy „Kwartalnika Artystycznego” z Bydgoszczy zmuszeni zostali do wojny z miejscową (akurat SLD-owską) władzą samorządową, która miała im za złe, że drukują w swoim piśmie Miłosza, a nie prowincjonalnych, zasłużonych (ale co to znaczy?) literatów, którzy – zdaje się – wykupili cegiełki wyborcze miłej ich sercu partii. To przykład jeden z wielu, ale ilustruje on proceder klientelizmu i lobbingu na poziomie sprzyjającej mu państwowej polityki – pożal się Boże – kulturalnej.

Swój do swego

Na rynku państwo (tj. rządzący nim w danej chwili politycy) jest jednak tylko jednym z graczy i nie wypada absolutyzować jego roli. Ważniejszym zawodnikiem w tych zmaganiach pozostają wydawnictwa. Niektóre z nich, dzięki umiejętnie prowadzonemu lobbingowi, uzyskały znaczący wpływ na media. Ktoś uparty mógłby wyznaczyć algorytm częstotliwości pojawiania się recenzji z bieżącej produkcji wydawniczej wybranych oficyn w konkretnych gazetach czy mediach elektronicznych. Zapewne to zestawienie prowadziłoby do zaiste intrygującego wniosku. Bowiem pojawienie się nawet negatywnych recenzji z książki na łamach poczytnych dzienników ogólnopolskich to już jest kwestia promocji, przemilczenie – jest decyzją owocującą klęską wydawniczą. Nadmierna obecność tekstów komentujących książki wydane akurat przez tę, czy inną, oficynę budzi nieufność, bo każe zadawać pytanie o wspominaną bezinteresowność komentatora; a to już rodzi niezdrowe odczucia. W tym właśnie aspekcie polityzacja literatury ujawnia diaboliczne oblicze wiary w ideę klientelizmu. Popieramy „swoich”, to jest tych, którzy wydają książki podejmujące bliską nam problematykę. Ale odwróćmy problem – podaż w tym wypadku napędza popyt i wydawcy zaczynają inwestować w taką literaturę, która może liczyć na sympatię medialnych komentatorów. I wreszcie dylemat dla krytyków: czy łatwo pozostać wobec takiego rozwiązania obojętnym, czy może w ogóle nie zauważać tych kwestii?
Jest w Polsce prasa „demoliberalna”, „lewicowa” i „prawicowa”, by posłużyć się rozpoznaniami Wernera i Chwina. Jak stwierdził autor „Hanemanna” – jej istnienie jest naturalne i zdrowe, bo różnorodność jest zawsze bardziej ożywcza od jednorodności. Czy jednak agresywność dyskursu charakterystyczna dla codziennego życia tych mediów nie prowadzi do zamykania się obszarów dysputy o kulturze? Zjawiska klientelizmu i lobbingu sprzyjają zawężaniu się obszarów dyskusji. Wygląda to więc w ostateczności tak: postanawiamy mówić „do swoich” we „własnych sprawach”, na gruncie „akceptowanego przez nas światopoglądu”. Ale kiedy z różnych powodów brakuje wymiany myśli – pozostaje pokusa, by uprawiać quasipropagandę. I to już zaczyna być groźne.
Wreszcie – last but not least – ogólnopolskie nagrody literackie. Chciałoby się, by laury te przypadały naprawdę wartym tego pisarzom. Tym, którzy coś ważnego mają do powiedzenia. Dobrze byłoby, gdyby w Polsce istniała literacka nagroda, która promowałaby naprawdę bezdyskusyjne „dzieło”, coś, co warto przeczytać ponad wszelkimi podziałami. Taką szansę miała NIKE, ale zmarnowała ją, bo wskutek licznych decyzji jury nagradzano i nominowano zbyt często utwory dość wątpliwe z estetycznego punktu widzenia. Twórcy NIKE objawiali wówczas Janusowe oblicze. Z jednej strony prezentowali takie oto wcielenie – NIKE jest najważniejszą, najsilniej obecną w mediach nagrodą. To fakt, żaden inny laur nie może liczyć na podobne wsparcie i rozgłos. Kiedy jednak dochodziło do konfrontacji z rozmaitymi kontestatorami kolejnych werdyktów, sponsorzy i animatorzy NIKE zwykli używać argumentu z zupełnie, by tak rzec, „innej parafii”: to jest prywatna nagroda, a jak się nie podoba, to wykreujcie sobie własną. No i stało się: utworzono właśnie nagrodę literacką im. Józefa Mackiewicza. Nie tak co prawda intratną finansowo, ale zawsze. „Demoliberalni” pisarze mogą więc liczyć na NIKE, a „konserwatywno-narodowi” na „Mackiewicza”. No i koniec marzeń o wspólnocie, koniec marzeń o dialogu. A ostatnie nominacje do obu nagród niestety nie pozwalają oddalić licznie pojawiających się zarzutów, że mamy do czynienia z ideologicznym rozwarstwieniem. Zabiegi lobbystyczne zaś będą z tego powodu wciąż podejrzewane (załóżmy, że bezzasadnie – ale cóż z tego?) o istotny wpływ na motywacje decyzji szacownych jurorów.

Słoma w profesorskich butach

Rzecz jednak w tym, że wiele z owych utarczek, sporów i pozakulisowych zmagań jest po prostu złej jakości, że przypominają nazbyt często pyskówkę w remizie podczas dyskoteki, że w polskich debatach w ogóle zbyt wyraźnie widać wystającą z butów słomę ich uczestników; nawet jeśli często noszą oni profesorskie tytuły. To nie tyle koniec polskiego romantyzmu, ile bankructwo dawnego inteligenckiego etosu. Intryguje tylko fakt, że w tej dekonstrukcji uczestniczą zawzięci i jednoznacznie zdeklarowani obrońcy powyższych wartości. Towarzyszy temu procederowi zjawisko, by tak rzec, felietonizacji dyskursu. Rozumiem przez to odejście od rzetelnej argumentacji na rzecz lekkiego stylu, który posługuje się zastępczym pseudoargumentem odczucia, gustu czy sympatii towarzyskiej lub światopoglądowej. Od wielu lat ten typ krytyki literackiej uprawia na przykład Henryk Bereza odnajdując wciąż nowych „polskich Dostojewskich”, „polskich Kafków”, „polskich Bernhardów”. Jakaś proza jest wielka, bo się zwyczajnie Henrykowi Berezie podoba – i tyle. Moja akceptacja tych diagnoz czy wyroków zakłada więc, że bezdyskusyjnie akceptuję Henryka Berezę jako autorytet albo że jestem jego „klientem” (napisze o mnie pochlebnie, należę do jego świty itp.) lub też uległem lobbingowi środowiska „Twórczości”. Tu krok do zaakceptowania spiskowej teorii kultury, wedle której nie ma nic za darmo i wszystko rządzi się regułami wzajemnych powiązań. To zła droga, bo rodzi wizerunek korupcyjnej rzeczywistości artystycznej (w sensie zarówno moralnym, jak i estetycznym). Innymi słowy: że nie ma mowy o bezinteresowności w sferze literatury (oraz jej komentarzy), bo wszyscy są jakoś uwikłani w ciemne układy wzajemnej zależności. 
Felietonizacja krytyki literackiej wiąże się także z przemianami prasy społeczno-kulturalnej. Skoro większość opiniotwórczych tygodników przepoczwarzyła się w popularne magazyny (presja rynku, wymóg sprzedaży!), zmianom uległ też język pisania o literaturze. Felieton, gatunek niejako programowo zakładający dezynwolturę autora, zastępuje teraz szkic, esej czy rzetelną krytycznoliteracką rozprawę. Jednoznacznie kreuje zwycięzców, bezdyskusyjnie naznacza pokonanych. Oddala warunek odpowiedzialności za słowa. Jego bronią jest agresja (choćby przywdziewająca maskę ironii), niekoniecznie zaś wartość interpretacyjnych rozpoznań. 
Biorę oto do ręki książkę Tomasza Burka pod tytułem „Dziennik kwarantanny” i czytam redakcyjny tekst pomieszczony na czwartej stronie okładki: „Zostały [tu] zamieszczone szkice o współczesnej literaturze, które autor publikował w latach 1996–2000 na łamach »Gazety Polskiej«. (…) »Dziennik kwarantanny« to intrygujący obraz literatury polskiej lat 90., a także poruszający zapis zmagań krytyka z chorobami współczesnej sztuki – ucieczką od metafizyki, tradycji, wartości. Znakomita lekcja niezależnej krytyki literackiej”. Znaczy – istnieje też „zależna krytyka literacka”, w domyśle – na przykład z okolic „Gazety Wyborczej” czy „Tygodnika Powszechnego… Mniejsza o tę zgryźliwość, ale przecież „Dziennik kwarantanny” to zbiór lekkostrawnych, króciutkich felietonów, w których Burek stosuje, być może mimowolnie, strategię Berezy. Mamy mu wierzyć, bo on tak mówi – i już. A ja chciałbym się jednak dowiedzieć, dlaczego powieści Olgi Tokarczuk wydają się Burkowi „czcze”, dlaczego Czesław Miłosz to pisarz „rozkoszny”, dlaczego Wisława Szymborska nie zasłużyła na Nobla. Burek wystawia tą książką na szwank autorytet rzetelnego krytyka i badacza (twórcy choćby doskonałych syntez „Zamiast powieści” czy „Żadnych marzeń”). I jest to forma autodestrukcji. A to znów rodzi prawdziwe zagrożenie dla rozmów o naszej współczesnej kulturze. Bo kto na własne życzenie wyzbywa się uprzywilejowania, ten zgadza się w istocie na powszechną homogenizację. Jeszcze chwila i głos Tomasza Burka oraz innych podążających podobną drogą prominentnych intelektualnie recenzentów kultury będzie znaczył mniej niż głos jakiegoś arywisty rodem z programu „Big Brother”. O ile już nie znaczy.

*) Nadmieńmy, gwoli uściślenia: klientelizm jest pozaformalnym układem zbudowanym na zasadzie osiągania korzyści zarówno przez świadczącego przysługę, jak i petenta (pachnie to nieco korupcją, nieprawdaż?); lobbing zaś to świadome promowanie jakiegoś rozwiązania przez daną grupę nacisku – przyp. aut.

Jarosław Klejnocki (ur.1963) – poeta, eseista, krytyk i badacz literatury. Ostatnio wydał tom wierszy „Reporterzy, fotograficy, zawiedzeni kochankowie” oraz „Bez utopii? Rzecz o poezji Adama Zagajewskiego”. Pracuje na Uniwersytecie Warszawskim.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 39 (2777), 29 września 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl