„Nie bój się – usłyszał misjonarz – parafianie białych już nie jedzą, ostatnim był angielski porucznik”


Ze Świnoujścia nad brzegi Kongo

Grzegorz Kapla 



W tamtej Polsce, sprzed roku 1989, ksiądz Marian Daraż złamał zasady: w ciągu jednej nocy zbudował kościół tam, gdzie rządząca partia sobie tego nie życzyła. Wylądował więc jako misjonarz w kameruńskiej dżungli, wśród Pigmejów, którzy od lat nie widzieli białego człowieka. 


Kiedy ks. Daraż usłyszał o Świnoujściu, nie był szczęśliwy: Świnoujście miało być miejscem zesłania. Ale pokochał je. I pokochał entuzjazm, jaki mieli parafianie w przeddzień stanu wojennego; ich wiarę, że kraj może być inny, sprawiedliwy. Pracował wtedy w parafii Chrystusa Króla. Po 13 grudnia 1981 r. ksiądz, niechciany przez władze, musiał znaleźć sobie inne miejsce na ziemi. 

„Zaraza Tokarczuka” 

„To były piękne chwile – ksiądz uśmiecha się do wspomnień dziecięcym uśmiechem; może tak się uśmiechał także wtedy, na początku lat 80. – Pamiętam nastrój, nadzieje, »Solidarność«. Kazania ks. Czesława Mirochny o lepszej Polsce dla stoczniowców w czasie strajków”.
W tym czasie ksiądz Daraż dojeżdżał rowerem do budującego się kościoła św. Wojciecha. Płynął promem „Uznam”, wiatr na kanale tarmosił sutannę, na pokładzie syrenki i warszawy, czasem czarna wołga, która wjeżdżała bez kolejki. „Szczęść Boże” na powitanie, brukowana uliczka od Barlickiego w lewo, potem przez tory. Słoneczne, upalne lato nadziei. A potem stan wojenny: „Byłem w Rewalu, prowadziłem rekolekcje. Niedziela, 13 grudnia, to był ostatni dzień tych rekolekcji. Zupełnie innych, niż planowałem: zasnęliśmy w wolnym kraju, a obudziliśmy się w innym świecie. I powrót po południu: mały fiat, pusta szosa i śnieg, który spadł w nocy. Jakby całun śmierci okrył kraj. Na wyspie żywej duszy. »Czy wszyscy pomarli?« – pomyślałem. Dopiero w porcie w Świnoujściu spotkałem ludzi”.
Na nabrzeżu stali żołnierze. Nie uśmiechali się.
Kościół stał się jedynym miejscem, gdzie nie ośmielali się wchodzić ZOMO-owcy [Zmechanizowane Odwody Milicji Obywatelskiej – red.] i patrole wojskowe: „Penetrowali plebanię w poszukiwaniu darów z Zachodu. Skonfiskowali wszystkie. Ocalały tylko te, które proboszcz Szczepańczyk ukrył na strychu w świątyni. Wtedy kościół Chrystusa Króla wyglądał tak: były dwa poziomy galerii drewnianych, a nad nimi strop. Komuniści nie mieli pojęcia, że wyżej coś jeszcze można ukryć. A wyżej strych był zawalony darami”.
Potem, chodząc po kolędzie, z proboszczem wyszukiwali biednych, by podarować im kawę, mąkę, cukier. „Na szczęście było tego tak dużo, że obdzieliliśmy najbardziej potrzebujących i jeszcze zostało dla innych – wspomina. – Tych, którzy mieli na chleb i cukier, ale od miesięcy nie pili kawy. To poniżej ludzkiej godności, by człowiek mógł się napić kawy raz na pół roku”.
Polska w stanie wojennym nie była miejscem przyjaznym dla tych księży, którzy podpadli władzy. A ksiądz Marian podpadł: zagrał „komunie” na nosie, pierwsi sekretarze mieli przez niego kłopoty. Wszystko przez to, że w ciągu nocy wybudował z parafianami kościół w Święciechowie, w parafii drawieńskiej. Partia nie życzyła sobie tam kościoła, a poniemiecki zabytkowy kościółek protestantów zburzono w czynie partyjnym. Ksiądz Daraż zwołał więc ludzi, zaplanował robotę i pod osłoną stodoły przez noc wybudowali mury świątyni. Rano sekretarz gminny zobaczył kościół i nad księdzem zebrała się burza. Władze oskarżyły go, że przywiózł z przemyskiego „zarazę biskupa Tokarczuka”: jak Tokarczuk, buduje kościoły bez ich zgody – i zażądały od Kościoła, by księdza przeniesiono daleko. Najdalej w diecezji było Świnoujście.
Ale w stanie wojennym i Świnoujście okazało się za blisko. „W tym czasie mój brat bliźniak, starszy o piętnaście minut, od czterech lat pracował w Kamerunie jako misjonarz – wspomina ks. Daraż. – Napisał: »Przyjeżdżaj, pracy jest dosyć«. Poprosiłem o skierowanie na misję. Biskup Kamerunu wystąpił do naszego biskupa o przysłanie misjonarza”.
Partia paszport dała od ręki. Wyjechał. Nie wiedział, czy kiedyś wróci.

Leśni ludzie jedzą słoninę

Wspomina: „Wysiadłem z samolotu w Duala. Było jak w garncu parowym. Upał, wilgoć. Ponad 40 stopni. Wyjechał po mnie brat i pojechaliśmy tysiąc kilometrów w głąb dżungli, najpierw szosą, potem wiejską drogą, potem po bezdrożach, potem jeszcze łodzią”. 
Brat pracował wśród ludożerców. „Nie bój się, moi parafianie od 1947 r. białych ludzi już nie jedzą – żartował ksiądz Zdzisław Daraż, gdy landrover kołysał się na leśnym dukcie. – Ostatnim był pewien angielski porucznik”.
Ks. Marian: „Kiedy przyjechałem na miejsce, myślałem, że od brata nauczę się języka, misjonarzowania i będę mieć w nim oparcie na co dzień. Ale po dwóch tygodniach aklimatyzacji biskup stwierdził, że żarty się skończyły i mam jechać do Moloundu, bo tam od wyjazdu włoskiej misji rok wcześniej nie ma księży, a Pigmejów nie można zostawić bez duchowej opieki”. 
Moloundu to dżungla przy granicy Kongo. Granica na rzece: po jednej stronie Kamerun, po drugiej Kongo. Goryle przychodziły napić się wody. 
Busz. Skwar, pot, wilgoć, malaria, skorpiony, żmije, węże, pędraki. Tabletki na malarię. Brak wody do picia. Brak telewizji, klimatyzacji, nawet lodówki z colą. Nie można pójść na pizzę, wyskoczyć do sklepu po chleb. Parafia w dżungli. Kilkanaście wiosek dookoła. Ale do wioski 160 km – najpierw jeepem, potem łodzią po rozlewiskach.
„Ksiądz jedzie, a w dżungli grzmią tam-tamy, podając od wioski do wioski informację, że jadę – opowiada ks. Daraż. – Kiedy ujrzałem ich radość, łzy, że znowu mają misjonarza, odeszło mi zmęczenie, zapomniałem o wilgoci, owadach, lekarstwach, że nie ma wody, w której mógłbym się umyć. Taki widok wynagradza trudy”. 
Tak jest do dziś. Kiedy misjonarz przybywa do wioski, towarzyszy mu radość, jak w Brazylii po wygraniu meczu o mistrzostwo świata w piłce nożnej: całonocne święto, tańce, muzyka. W taką noc misjonarz jest bezpieczny, przy takim hałasie i kilkunastu ogniskach można spać spokojnie, żadne zwierzę nie wlezie do szałasu. Zlatują się tylko komary. 
Na razie, dopóki brat nie odjechał, Marian trzymał fason, ale kiedy zobaczył parafian, którzy przyszli go witać i zobaczył swą misję, pomyślał o teorii Darwina: Pigmeje, po metr trzydzieści każdy, stali kręgiem i potrząsali dzidami, szczerząc w uśmiechu spiłowane na ostro zęby (piłują je na kształt stożków, aby były dość ostre i można było nimi rozrywać surowe mięso słoni). Pigmeje, leśni ludzie, nie znają cywilizacji, nie potrafią uprawiać roli, budować domów. Żyją ze zbieractwa i łowiectwa. Są jednym z najbardziej prymitywnych plemion świata. Misjonarz jest dla nich przewodnikiem i tłumaczem między światem żywych a światem duchowym. 
Polowanie na słonie to jedno z najważniejszych wydarzeń w ich życiu. Dla małych ludzi, którzy na słonia rzucą się uzbrojeni w kamienne noże i włócznie, polowanie to poważna sprawa. To nie to samo, co czatowanie myśliwego na ambonie ze sztucerem w ręku. To walka. Słoń ma równe szanse. Albo większe. „Przed polowaniem na słonie zapraszają mnie na spotkania z duchem lasów Dżienghi – opowiada ksiądz. – O północy duch pojawia się na polanie i tańczy. Słomiany chochoł kilkumetrowej wysokości. Jeśli ofiary mu się spodobają, polowanie będzie udane. Duch przychodzi tylko przy pełni księżyca. Dlatego polowanie może odbyć się tylko raz w miesiącu. Czasami do dżungli trafiają zamożni turyści z Zachodu, chcą zobaczyć taniec ducha lasu. Ale Pigmeje odmawiają. Są wolni od komercji”. 
Także słoń ma swoje zasady: kroczy po swojej ścieżce i nigdy nie wdepnie we własne łajno. Wojownicy ukrywają się więc w kupie nawozu wysmarowani słonim łajnem. Leżą aż do chwili, kiedy przechodzi nad nimi. Wtedy rozpruwają mu brzuch. „Słoń wtedy szaleje – rozkłada ręce ksiądz. – Nieraz po polowaniu musiałem wieźć po kilku parafian do szpitala kilkaset kilometrów”. 
W Kamerunie nie ma problemów z budową kościoła czy szkoły. Nie ma biurokracji, pozwoleń na budowę. Starszy wioski wskazuje miejsce, które się nadaje, i można zaczynać. Pierwszą szkołę i kościółek ksiądz budował razem z Pigmejami. 
Księdzu Marianowi pomogła sława, jaka otaczała jego brata. Brat potrafi bowiem posługiwać się różdżką: chwyta ją, modli się, rusza przed siebie. Kilkanaście minut, czasem dłużej. Zatrzymuje się, koncentruje. Wreszcie wskazuje miejsce: „Tu, jakieś 18 metrów, bardzo dobra studnia”. Dla Pigmejów to nie tylko dar niebios – to czarownik. Za każdym razem kiedy ksiądz Zdzisław znajduje studnię, tam tamy walą przez całą noc. I rano wszyscy o tym wiedzą. Ta umiejętność księdza Zdzisława pomogła zbudować zaufanie do polskich misjonarzy. 
Za to świat Pigmejów kurczy się w zastraszającym tempie. Dżungla pada pod piłami francuskich firm handlujących drewnem. Świat zbliża się do buszu wielkimi krokami, a buszmeni nie są na to gotowi. I nie ma nikogo, kto by im pomógł przygotować się na spotkanie zglobalizowanego świata, który nie będzie ani lepszy, ani szczęśliwszy od tego, jaki znają. 
Nie mają nikogo – poza misjonarzami. Ci więc budują szkoły. „Byłem zaskoczony, że tak szybko uczą się wylewać fundamenty i stawiać ściany – mówi ks. Daraż. – Wszystko muszą transportować na głowach. Przy okazji budowy szkoły i kaplicy moi ludzie uczyli się wypalać cegłę, murować. Pierwszą szkołę, do której poszli Pigmeje, wybudowaliśmy my, Polacy. Pierwszy kościół także. On stoi w wiosce Yeanga, kościół pod wezwaniem Jezusa Miłosiernego”.

Ksiądz sprawdza buty 

Domy tubylców nie są murowane. Są jak eskimoskie igloo, tyle że uplecione z liści i gałęzi. Koczownicy przenoszą budowle ze sobą, kiedy wędrują po lesie. Gdy przyjeżdża kapłan, też śpi w takim miniszałasie. Domek jest upleciony dla człowieka o wysokości Pigmeja, a polscy księża mają po metr siedemdziesiąt. Leżą więc pod liśćmi, ale już nogi wystają na zewnątrz. Na początku jest strach, że żmija, skorpion lub inne paskudztwo chwyci za nogę. Ale Pigmeje tańczą i robią tyle wrzawy, że co żyje, bierze nogi za pas. Co nie zmienia faktu, że ksiądz zawsze zagląda do buta, zanim wsunie go na nogę. Żmije lubią buty. 
Pigmeje jedzą raz dziennie: maniok z sosem i mięsem ze szczurów palmowych. Będąc w wiosce, księża muszą jeść to, co inni. Nie zawsze jest to wąż o wspaniałym chudym mięsie. 
Elita intelektualna i finansowa Kamerunu jest znakomicie po europejsku wykształcona i bogata. Ale Afrykanie z klasy menadżerów i polityków są niewolnikami pieniądza. Sprzedają Zachodowi bogactwa naturalne kraju. Kiedyś handlowali z kolonialnymi agencjami, dziś z bankami i kompaniami finansowymi. Pół wieku temu Francuzi łupili swe kolonie, ale przynajmniej musieli się nimi opiekować. Dziś czerpią tylko zyski. W zamian wielkie miasta, jak Yaounde czy Duala, są zasypywane tanią żywnością, często genetycznie modyfikowaną, której nie chcą jeść Europejczycy. Europa Zachodnie wysyła to, na czym jej zbywa do Afryki i bierze za to pieniądze. Tam trafiły np. chore kurczęta z Belgii, których nikt w Europie nie kupił. A gdzie podziało się mięso krów chorych na BSE? Tymczasem Afryka pełna jest zdrowej żywności, z której nikt nie korzysta. Bo w interesie korporacji i banków pozostaje utrzymywanie Afryki biednej i niedołężnej. 
Tak uważa ksiądz Daraż po latach pracy na misjach.

Misjonarz, czyli budowniczy 

W ubiegłym roku w Ndokayo – pięciotysięcznym, ale ważnym w Kamerunie ośrodku miejskim – konsekrowany został kościół pod wezwaniem Miłosierdzia Bożego, który księża Marian i Zdzisław zbudowali z ofiar zebranych w Polsce, m.in. w Świnoujściu. W czasie tych lat bracia Darażowie wybudowali już 20 kaplic, trzy kościoły, kilkanaście szkół, kilka ośrodków zdrowia. I kilkadziesiąt studni. W ośrodkach zdrowia pracują siostry misjonarki z Polski.
W Kamerunie jest 220 języków. Misjonarze mówią eundo. Murzyni, którzy chcą przyjąć chrzest, muszą nauczyć się tego języka, żeby mogli spowiadać się, modlić, rozumieć wiarę. Chrystus uczy ich, że nie wolno zabijać, kraść, mścić się, że Bóg stworzył dla jednego mężczyzny jedną kobietę. Misjonarz to zatem nie tylko ksiądz, ale także budowniczy, nauczyciel, rolnik, lekarz. 
Kilkanaście lat temu było tutaj trzech polskich księży. Potem wyjechali Holendrzy, Belgowie, Francuzi. Ich miejsce zajęli Polacy – 57 księży i sióstr z Polski (w całym kraju jest 126 misjonarzy, duchownych i świeckich). W dwóch nowych diecezjach Papież mianował dwóch polskich biskupów: Eugeniusz Jureczka jest biskupem Pigmejów w diecezji Yokaduma, a Jan Ozga w Doume Adombank pracuje wśród plemion ludożerców ze szczepu Maka. 
Czasem, gdy ksiądz Marian śpi pod moskitierą, śni mu się śnieg i bigos, jaki jadał w Świnoujściu. Za chwilę wstanie słońce. Pierwsza obudzi się Kasia – szympansica, którą podarowali parafianie, jako malutką małpkę. Jej matka poszła na gulasz, małpiszonek do plebanii. Odchowana, stała się maskotką parafii. Za chwilę otworzy oczy i podniesie wrzawę. „Trzeba wstawać” – pomyśli misjonarz i jeszcze chwilę zatrzyma pod powiekami polski krajobraz: wierzby, łubin żółty, niebo, jak przy drodze między Świnoujściem a Wolinem. Ale małpka spłoszy sen. Trzeba włożyć sutannę. Kaśka musi rano wypić kubek czarnej kawy z cukrem. 
Potem ksiądz Marian spojrzy w niebo – żadnej chmury. I na termometr: świta, a już ponad 35 stopni. A potem pomodli się za swoich Pigmejów i za ludzi ze Świnoujścia. I za tych wszystkich, których spotkał przez lata. 

Zdjęcia z archiwum księdza Mariana Daraża.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 39 (2777), 29 września 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl