Votum separatum

Opowiedzieć miłosierdzie

JÓZEFA HENNELOWA



W „Wysokich Obcasach” nr 37 reportaż Wojciecha Tochmana „Kto to jest anioł”. Zawsze czytam Tochmana, bo jego gatunek współczucia, pozornie niewidocznego, lepiej nicuje problemy społeczne niż wiele tekstów „ciepłych” i „zaangażowanych”. To jest dziś pułapka: opowiadać miłosierdzie, to autentyczne, pełnione bez pozy, w dziennikarstwie temat nieodmiennie fotogeniczny – i nie zostać ani chwalcą, ani demaskatorem, bo jedno i drugie spłaszcza i wykrzywia. Portret działaczki Polskiej Akcji Humanitarnej w Toruniu odbieram jako rodzaj ostrej polemiki z wyobrażeniem takiej pracy, jako „anielstwa” właśnie. I jako opowiedzenie się za skutecznością, jako cnotą nadrzędną. A to wywołuje rodzaj oporu, też chyba zamierzony.
Oto anegdota opowiedziana na zakończenie reportażu. „Pewna starsza pani” zgłasza dar „wyjątkowy”. Dziewczyny z PAH idą do niej. Darem okazuje się „stare futro zjedzone przez mole, jakieś karakuły” (trwa wtedy zbiórka dla powodzian). „Widać było, jak jest do niego przywiązana i jaka dumna, że je zaraz przekaże PAH”. Odmowa zabrania daru zasmuca. „Weźmiemy – powiedziała Dorota z uśmiechem. – Na pewno się komuś tak piękne futro przyda”. „Pani jest aniołem – podskoczyła starsza pani. – Pani wygląda jak anioł. Z tymi warkoczykami”. Kilka ulic dalej futro wyrzucone zostaje do śmietnika: dla ofiarodawczyni – mówi jedna z dziewczyn – anioł to „ktoś, kto zamiast mózgu ma aureolę”.
Taka jest puenta reportażu o skuteczności pomagania. I nie tylko. Bo czytelnik zostaje nagle z niespodziewaną wątpliwością: czy w tym darze oprócz starego futra (którego stopnia zniszczenia sędziwa ofiarodawczyni mogła nawet nie zauważyć) nie zawierało się także przywiązanie do przedmiotu z lepszych czasów, może najcenniejszego, jaki się jeszcze uchował? Więc może opowiadanie o nim reporterowi i uwiecznienie go w tekście było wyrokiem niesprawiedliwym? Nagle wyobraziłam sobie jakieś zrujnowane legowisko wśród zniszczenia powodzią, na którym przez jakiś czas ten ciepły przedmiot będzie jedynym przytulnym, suchym przedmiotem. I odkładając „Wysokie Obcasy” pozostałam z pytaniem, jak kwalifikować ofiarodawców, jak regulować dopływ dobrej woli i chęci pomocy godząc go z funkcjonalnością organizacyjną, ale nie pozwalając zatriumfować tylko tej ostatniej. Bo miłosierdzie to chyba jednak nie sama skuteczność – wtedy im hojniejszy ofiarodawca, tym więcej byłby wart...
„Opowiada miłosierdzie” również tomik Barbary Gruszki-Zych, publicystki „Gościa Niedzielnego”, „Mało obstawiony święty”. Cztery reportaże składające się na wydaną przez Księgarnię św. Jacka książeczkę mają za „tło”, jak mówi sama autorka, postać św. Brata Alberta. To nie jest wygodny święty. Można się nim zachwycać i wzruszać, można go cytować i poświęcać mu własną twórczość – literacką, filmową, teatralną i wszelką inną – ale to zawsze będzie unikanie sedna: przecież tym sednem było w życiu Brata Alberta porzucenie sztuki dla „wykluczonych” – całkowite i ostateczne. Dlatego najbardziej przybliża go w tej książeczce reportaż ostatni: o wspólnocie bezdomnych i niepełnosprawnych, trudnej, nieschematycznej, idącej od wysiłku do wysiłku, ale pełnej nadziei, bo wspartej na kolejnych decyzjach dosłownego wstępowania w ślady świętego. Ozdobniki jakby zostają coraz bardziej w tyle. A lekturę kończymy pytaniem: czy potrafilibyśmy jak on? A jeśli wiemy, że nie, to może lepiej nawet nie odmieniajmy zbyt często słowa: miłosierdzie?








 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 39 (2777), 29 września 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl