Stolica Europy Środkowej

Z prof. Stanisławem Grodziskim, historykiem, rozmawia Marek Zając



MAREK ZAJĄC: – Gdzie na kulturowej i historycznej mapie Europy umieściłby Pan Profesor Kraków?
STANISŁAW GRODZISKI: – W Europie Środkowej. Dokładnie: jako stolicę Europy Środkowej. 
– Europy Środkowej, czyli...?
– Granica kultury łacińskiej przebiega mniej więcej wzdłuż wschodnich rubieży dawnej Rzeczypospolitej Obojga Narodów: to najdalej wysunięty na Wschód kraj słowiański, który na trwale przyjął tę kulturę. A zachodnia granica Europy Środkowej? Typową formą gospodarowania na Wschodzie była pańszczyzna, która rodziła konsekwencje nie tylko gospodarcze, ale i kulturowe oraz społeczne. Granicą pańszczyzny była Łaba. Na jej zachodnim brzegu kwitła już gospodarka czynszowa, a ludność wiejska cieszyła się swobodą. Właśnie między Łabą a wschodnią granicą kultury łacińskiej – cytuję tu teorię prof. Antoniego Podrazy – rozciąga się Europa Środkowa, a w jej centrum leży Kraków.
Niech się Gniezno nie obrazi, ale musimy pamiętać, że to Kraków odegrał istotną, może decydującą rolę w chrystianizacji Polski. Na te tereny chrześcijaństwo dotarło wcześniej, do roku 990 Kraków należał do ochrzczonych już Czech. W 965 r. Ibrahim Ibn Jakub, arabski kupiec żydowskiego pochodzenia i podróżnik pisał, że z Pragi do Krakowa – w obrębie państwa czeskiego – wiedzie wygodna droga. Kraków podlegał wtedy archidiecezji magdeburskiej, która dążyła do podporządkowania sobie całego chrześcijaństwa polskiego i misjonarze wybierali bezpieczny trakt, który biegł aż z Rzymu, z przełęczy alpejskich i znad Dunaju do schrystianizowanego Krakowa, a stamtąd ruszali w głąb przyszłej Polski. Szlak ten oczywiście miał charakter nie tylko religijny, ale i kulturowy. Kraków był centrum ekspansji kultury łacińskiego Zachodu.
– A gdzie biegnie południowa granica Europy Środkowej?
– To także granica kulturowa, pokrywająca się z południową granicą Węgier, które podobnie jak Polska przyjęły chrześcijaństwo z Zachodu. Oddziela ona też kraje, które korzystają z alfabetu łacińskiego, od tych, które posługują się cyrylicą.
– Czy także dziś Europa Środkowa tworzy jakąś wspólnotę kulturową?
– W sensie kulturowym można dziś mówić o Europie Środkowej. Na czym polega jej odrębność? Środkowi Europejczycy chcą być częścią Zachodu, ale równocześnie rozumieją Wschód i chcą z nim utrzymywać ścisłe kontakty. Przyczyn takiego myślenia można znów doszukiwać się w przeszłości – tej zamierzchłej, ale nadal kształtującej teraźniejszość i przyszłość. Już w średniowieczu Europa Środkowa była miejscem spotkania wszystkich odcieni kulturowych Wschodu i Zachodu. Z Krakowa biegł szlak handlowy do Lwowa, a następnie nad Morze Czarne. Dlatego w tym mieście rozumiano i Rzym, i Kijów. Inny przykład: Kraków zamieszkiwało zrazu plemię Wiślan, które w uproszczeniu można nazwać ludnością polską. Potem do miasta napłynęła silna fala kolonizacji niemieckiej, ale po kilku wiekach udało się ją zasymilować. W czasach renesansu w mieście i okolicach zaczęli osiedlać się Włosi i po pewnym czasie też przemieszali się z ludnością miejscową. W okresie zaborów, pod rządami monarchii habsburskiej, mamy do czynienia z napływem austriackich wojskowych i urzędników. Kraków potrafił wchłonąć także tych osadników. 
Zarazem każda fala kolonizacyjna odcisnęło na mieście swoje piętno, nadając mu szczególny, właśnie środkowoeuropejski klimat i koloryt. Przykład prozaiczny: architektura Krakowa pełna jest, powiedziałbym, pięknego niepokoju. Nierówne wieże kościoła Mariackiego, siedem wież na Wawelu, a każda w innym stylu: przez wieki nikomu nie przyszło do głowy, a tak stałoby się zapewne w miastach np. niemieckich, aby ten estetyczny chaos uporządkować, wprowadzić jakiś Ordnung. Ten niepokój architektoniczny jest wyrazem niepokoju intelektualnego, a ten z kolei wynika z faktu, że w Krakowie krzyżowały się różne kultury i tradycje.
Czy współczesny Kraków rzeczywiście mógłby aspirować do roli stolicy Europy Środkowej? Konkurencja jest poważna, choćby Praga.
– Kiedyś wydawało mi się, że stolicą Europy Środkowej siłą rzeczy stanie się Wiedeń. Ale on przegrał swoje atuty i kolejnej szansy nie dostanie. Żałuję, że w tym współzawodnictwie zabraknie z powodów politycznych Lwowa. Ale cieszę się, że Kraków ma nadal ogromne szanse na przewodnictwo.
Lublin chciałby zostać »oknem« Unii Europejskiej na Wschód, Wrocław ciąży ku Zachodowi, akcentując związki z Niemcami. A Kraków leży w połowie drogi między nimi.
– I to jest jego atut. W Krakowie wciąż wspomina się Wiedeń, Habsburgów, cesarza Franciszka Józefa. Ale nie zapomina się też o Lwowie, a nawet Kijowie. W okresie międzywojennym postanowiono założyć w Polsce uniwersytet ukraiński. Władze oświatowe nie chciały jednak, z powodów politycznych, aby powstał on we Lwowie, a Ukraińcy nie godzili się na Stanisławów czy Tarnopol. Wtedy profesorowie Uniwersytetu Jagiellońskiego, m.in. Fryderyk Zoll, zaproponowali, aby uczelnia powstała w Krakowie. W mieście pracowało wielu profesorów ukraińskich, którzy nie spotykali się tu, jak choćby we Lwowie, z ostracyzmem, niechęcią czy atakami polskich nacjonalistów. 
Tradycja współpracy ze Wschodem jest w Krakowie żywa do dziś. Działają tu naukowe Komisje: Środkowoeuropejska i Wschodnioeuropejska. Z drugiej strony, Ukraińcy mają zaufanie do krakowskiej uczelni i to np. naszym archeologom zlecają poważne projekty naukowe na Ukrainie. 
Może pomysłem na miejsce Krakowa w Europie byłoby odwołanie się do tradycji monarchii austro-węgierskiej z drugiej połowy XIX wieku, kiedy ówczesna Galicja – która w pierwszej połowie tamtego stulecia była najgorszym z zaborów – cieszyła się sporą autonomią i swobodami? Takie sentymenty są jeszcze żywe nie tylko nad Wisłą, ale i w Wiedniu, Pradze albo, choć w mniejszym stopniu, we Lwowie.
– W dziedzinie architektury tę wspólnotę można dostrzec bez trudu: od Czerniowiec po Zagrzeb wszędzie takie same dworce kolejowe i podobne teatry na wzór wiedeńskiego Burgtheater, wzorowanego z kolei na operze w Paryżu. Ale tu chodzi o coś więcej. Monarchia austro-węgierska – mimo wszystkich wad, które doprowadziły do jej nieuchronnego upadku – była próbą, w niektórych przypadkach uwieńczoną nawet sukcesem, stworzenia takiej formy ustrojowej, która dwudziestu zamieszkującym ją narodowościom dałaby szansę rozwoju. Wiedeń drugiej połowy XIX i początku XX w. był pełny znakomitych artystów i naukowców: Czechów, Polaków, Węgrów, Żydów. Ta fantastyczna mieszanka kulturowa decydowała o intelektualnej sile miasta. 
Dzisiejszy Wiedeń może sprowadzać wybitne nazwiska z Linzu, Melku czy Monachium, ale nie z Krakowa, Pragi czy Zagrzebia – ze szkodą dla siebie i swojej kultury. Przegrał szansę na pełnienie roli stolicy Europy Środkowej. Taką rolę, choć na małą skalę, odgrywa natomiast... Kraków. Tu ściągają studenci i naukowcy ze Wschodu i Południa Europy. Mimo słabości, czasem śmieszności, Kraków dokonuje tego, z czego zrezygnował wielki i bogaty Wiedeń.
I już do końca świata Kraków będzie kulturalnym centrum, ale zarazem prowincją polityczną i gospodarczą? Taką łatę przypięto miastu w XIX w. i nadal myśli się o nim w takich kategoriach.
– Przez ostatnie dwa wieki Kraków z pewnością nie był w czołówce, jeśli chodzi o siłę ekonomiczną i polityczne przebicie. Do 1945 r. był wręcz daleko w tyle za przedsiębiorczym i energicznym Lwowem. Ale krakowska kultura i nauka stały o wiele wyżej, dzięki Uniwersytetowi, Akademii Umiejętności, a nawet... kawiarniom. Stąd wyszła Młoda Polska, nie ze Lwowa. Tę pozycję, nie boję się tego powiedzieć, Kraków utrzymał do dziś. Uniwersytet nawet w czasach gomułkowskich współpracował z uczelniami na Zachodzie, czasem nieoficjalnie, czasem półoficjalnie i nigdy nie stracił kontaktu z czołówką światową. Polska Akademia Umiejętności [reaktywowana po 1989 r. – red.] szybko odzyskała znaczenie międzynarodowe. Silna była pozycja miejscowego oddziału Polskiej Akademii Nauk.
Ale czy we współczesnym świecie, gdzie liczy się zysk, dominacja w dziedzinie nauki i kultury wystarczy miastu, aby uniknęło marginalizacji?
– Mam nadzieję, że tak. Choć nie jestem naiwnym optymistą. W ostatnim czasie wielu młodych i obiecujących naukowców, przede wszystkim z dziedziny nauk ścisłych, opuszcza Kraków, aby szukać lepiej płatnej pracy. Eksport talentów może wkrótce zagrozić krakowskiej humanistyce. Taka luka pokoleniowa może się okazać katastrofalna w skutkach.
Słowa Pana Profesora brzmią niepokojąco, jeśli pamięta się np. o wypowiedzi Seweryna Blumsztajna, redaktora naczelnego lokalnego dodatku „Gazety Wyborczej”, podczas „Tygodnikowej” debaty o Krakowie: że Kraków zawsze stał autorytetami.
– Racja. Co gorsza, takie zagrożenie dotyczy nie tylko Krakowa, ale Polski w ogóle. Jakie skutki przyniesie „zmaterializowany realizm” młodych pokoleń? W Krakowie autorytetem cieszyli się zawsze wykładowcy uniwersyteccy. Nigdy nie byli specjalnie zamożni, była to raczej klasa średnia, ale otaczał ich szacunek. Ale czy jutro społeczny szacunek budzić będzie człowiek, który ma sporą wiedzę, ale nie stać go na średniej klasy samochód? Wrzucę kamyk do ogródka Warszawy: tam już dziś taki człowiek rzadko budzi szacunek. Może właśnie dlatego, że stolica jest w gospodarczej czołówce, skupia się na liczeniu zysków. A „prowincjonalny” Kraków rządzi się innymi regułami. To nie przypadek, że w Krakowie, gdzie jeszcze nie brakuje uznania dla nieszablonowego intelektu, mieszkają Miłosz, Szymborska, Mrożek.
To miód na serce zdeklarowanego krakauera... Ale jak przekona Pan Profesor młodego asystenta, by zrezygnował z wyjazdu do Warszawy i został na UJ z pensją 900 złotych?
– Młody człowiek, który chce wieść ciekawe życie intelektualne, powinien przyjechać do Krakowa. Powtórzę: tu umysł jeszcze jest w cenie. Jeszcze. Nie wiem, jak długo.
Tak z przymrużeniem oka: za Łokietka doszło w Krakowie do buntu niemieckiego mieszczaństwa, które spoglądało w stronę zgermanizowanych Czech i tamtejszych dynastii Przemyślidów oraz Luksemburczyków, a nie Piastów. Książę surowo ukarał miasto i przed mieszczanami stanęło widmo upadku. Poradzili sobie jednak i Kraków nie tylko odzyskał godność, ale urósł w jeszcze większą potęgę. Potem Kazimierz Wielki ufundował miasto Kazimierz, w zamierzeniu ośrodek konkurencyjny wobec Krakowa. Ale z czasem konkurent stał się dzielnicą Krakowa. W okresie zaborów Kraków popadł w konflikt z cesarzem austriackim Józefem II i cesarz kazał zbudować konkurencyjny ośrodek: miasto Podgórze po drugiej stronie Wisły, które z czasem także stało się dzielnicą Krakowa. W 1946 r. Kraków nie pozwolił na sfałszowanie referendum i władze komunistyczne postanowiły wybudować ośrodek konkurencyjny: Nową Hutę, która z czasem również została dzielnicą Krakowa... Bądźmy dobrej myśli co do przyszłości Krakowa: to miasto zawsze sobie radzi. 

Prof. STANISŁAW GRODZISKI jest prawnikiem. Pracuje na Uniwersytecie Jagiellońskim, gdzie zajmuje się historią państwa i prawa polskiego. Opublikował m.in. „Wzdłuż Wisły, Dniestru i Zbrucza. Wędrówki po Galicji”.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 39 (2777), 29 września 2002


do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl