O „Przylądku Dobrej Nadziei” Zygmunta Nowakowskiego


Miasto w przymglonym lustrze

Tomasz Fiałkowski



Paryż ma Balzaka i Zolę, Londyn – Dickensa, Warszawa – Prusa, Łódź – Reymonta z jego „Ziemią obiecaną”, Kraków natomiast nie doczekał się wielkiej realistycznej powieści, w której bohaterem byłoby miasto na równi ze swymi mieszkańcami. 


Przegląd krakowskich tematów w naszej literaturze, z wielką sumiennością sporządzony niedawno przez prof. Henryka Markiewicza na łamach „Dekady Literackiej”, przywołuje głównie utwory drugo- i trzeciorzędne. Są jednak na tej liście książki znakomite, a nie dość pamiętane. Ich wielbiciele tworzą szczególną, bo często nie znającą się wzajem mafię: czasem w przypadkowej rozmowie zdarzy się odkryć, że ktoś inny także zna naszą ukochaną książkę niemal na pamięć...
Zygmunt Nowakowski (1891–1963) – aktor, reżyser, przez kilka lat dyrektor krakowskiego Teatru im. Słowackiego, doktor filologii polskiej Uniwersytetu Jagiellońskiego, dramaturg, powieściopisarz, legionista, a przede wszystkim jeden z najpopularniejszych i najlepiej opłacanych przedwojennych felietonistów – w 1931 roku wydał „Przylądek Dobrej Nadziei”, a w cztery lata później jego dalszy ciąg, „Rubikon”. Dylogia powieściowa oparta niewątpliwie na własnych wspomnieniach opowiedziana jest w pierwszej osobie, świat, w którym żyje dorastający stopniowo bohater, poznajemy z jego perspektywy. Znajomość dziecięcej psychologii walczy tu o lepsze z umiejętnością wskrzeszania klimatu przeszłości i talentem do rysowania oszczędną kreską tła. A owym tłem jest Kraków przełomu wieków.

*

„Myśmy przeszli odrę, a oni byli świeżo po szkarlatynie. I ciągle nam tą szkarlatyną wykłuwali oczy. Że odra to nic, dopiero szkarlatyna to porządna choroba” – tak właśnie, znakomitą frazą wprowadzającą od razu w sedno rzeczy rozpoczynają się „Hunnowie”, miniatura otwierająca „Przylądek...”. Poszczególne części obu książek to właściwie mikroopowiadania, tworzące zamknięte całości, choć wzajemnie powiązane. 
Najpierw znajdujemy się w kręgu rodziny: dwaj starsi bracia, wcześnie owdowiała matka utrzymująca dom z lekcji francuskiego i z trudem wiążąca koniec z końcem (skądinąd jeden z ładniejszych obrazów miłości macierzyńskiej w naszej literaturze), babcia mająca do córki pretensje o popełniony kiedyś mezalians (ojciec chłopców nie był bowiem szlachcicem...) i wciąż opowiadająca o utraconych dobrach na mitycznej Ukrainie, służąca Kasia. Gdy chłopiec pójdzie do szkoły, jego pole obserwacji rozszerzy się w sposób naturalny, świat objawi nieznaną dotąd twarz, pojawią się pierwsze konflikty, rozczarowania, a także pierwsza, egzaltowana przyjaźń. 
W „Rubikonie” z kolei obserwować będziemy losy bohatera w okresie „burzy i naporu”, młodzieńczego buntu przeciw konwencjom, autorytetom, zastygłej w katechizmowych formułach religii. Nowakowski kreśli tu niezrównany portret galicyjskiej szkoły. Młody człowiek uczestniczy w socjalistycznym kółku, doświadcza pierwszych wtajemniczeń natury erotycznej, ociera się też o dekadentyzm i przybyszewszczyznę, uosobione w postaci gimnazjalnego kolegi, Ignasia, namiętnego czytelnika „Życia”, „Chimery” i wyklętych modernistów. Ignaś, dotknięty tą samą wstydliwą chorobą, którą odziedziczył po ojcu bohater Ibsenowskich „Upiorów” i która skróciła życie Wyspiańskiemu, popełnia samobójstwo niedługo po pogrzebie autora „Wesela” – mamy więc już rok 1907 – ostatnią wolą przekazując swoją kolekcję „książek zbójeckich” narratorowi. 

*

A Kraków? Nie nazwany, obecny jest od pierwszych stron. W „Różowym baloniku” przerażony chłopiec, zgubiwszy się, krąży po Rynku przy dźwiękach hejnału. „Ruszyłem się spod odwachu w stronę pomnika. Zacząłem biec i ludzie patrzyli się na mnie, a Kasi nigdzie nie było. Ani tam, gdzie sprzedają owoce i poziomki, ani gdzie siedzą baby z kwiatami. Z przeciwnej strony, gdzie sprzedają kurczęta, nie szukałem nawet, bo Kasia prawie nigdy tam nie kupuje. Także i pod pomnikiem Kasia nigdy nie stoi, bo ona się szanuje. Pobiegłem znowuż do sklepu z papierami, a po drodze hejnał zagrał po raz drugi. Spojrzałem na wieżę, i gdy muzyka ucichła, zapomniałem, z której strony przyszliśmy. Wróciłem więc pod odwach, a na warcie chodził już jakiś inny ułan z szablą w ręce”. 
Rozpaczliwe poszukiwania prowadzą go do kościoła Mariackiego, ale w zimnym i pustym wnętrzu, „dwa razy większym niż zwykle”, nie chce pomóc nawet złoty Dawid z harfą stojący we wnęce cyborium („byłem u niego może już sto razy z babcią, ale dzisiaj patrzył się na mnie tak, jakby mnie widział po raz pierwszy”). Wreszcie gdy zaczyna padać deszcz, chłopiec wpada w ulicę, gdzie „na rogu jest taka wielka wystawa z meblami”, na końcu zaś „cerkiew ruska”. To przecież Wiślna! – i tutaj właśnie, przy jej końcu, koło przekupki pod olbrzymim parasolem, mniej więcej naprzeciw „Tygodnika Powszechnego”, odnajduje mamę i brata...
Najbardziej się zdumiałem, odkrywszy po latach, że miejscem akcji części „Przylądka Dobrej Nadziei” jest... obecna siedziba wydawnictwa Znak, czyli tak zwany Dwór Łowczego przy ulicy Kościuszki. „Mieszkaliśmy wtedy w nowym mieszkaniu. Na przedmieściu, daleko. W takim starym domu, który nawet ludzie nazywali pałacem. Ale to nie był wcale pałac. Babcia mówiła, że to rudera”. W opustoszałych parterowych pokojach straszy w powieści tajemnicza hrabina, a do jednego ze znajdujących się za domem stawów (stąd dzisiejszy Plac na Stawach!) wpada narrator, odgrywający na życzenie braci Wandę, co nie chciała Niemca.

*

Takich tropów jest oczywiście znacznie, znacznie więcej, niektóre osadzają akcję książki bardzo wyraźnie w realiach epoki: choćby gościnne występy Modrzejewskiej w roli Lady Makbet. W opowiadaniu tytułowym, poświęconym filatelistycznej pasji trzech braci, znajdziemy wręcz krótki przegląd sytuacji politycznej świata: konflikt wokół Rzymu, wojny burskie... „A państwo kościelne Bolek sprzedał w klasie... Zresztą w albumie zostało jeszcze jedno takie samo, także z tiarą i kluczami, tylko trochę naddarte od dołu. To dziwna historia z tym państwem kościelnym! Babcia była akurat wtedy we Włoszech, kiedy się to wszystko stało, ale mi jednej rzeczy wytłumaczyć nie może. Tego że papież sam, z własnej woli, nie chce za skarby świata wyjść z Watykanu, choć by go na pewno puścili.... Tam są podobno wspaniałe ogrody, ale zawsze...”. Niesympatyczna i znudzona Wiktoria („babcia mówi, że w życiu, naprawdę, jest z wszelką pewnością jeszcze brzydsza”) siedzi wszędzie i „jakby jej było mało tego wszystkiego, teraz jest już i na Transwalu. Bo Transwal upadł, choć go bronił ten dzielny chłopiec, Pieter Maritz”. 
„Marek polskich nie ma wcale. My używamy austriackich, które się jednak wyrzuca, bo jest ich jak śmieci”. Symbole zaborczego państwa nie cieszą się sympatią w rodzinie narratora. Nie ostanie się nawet czarno-żółty (a więc w barwach austrowęgierskiej monarchii) kutasik przy szabli-zabawce, zmieniony przez babcię na nowy, biało-czerwony. „Nawiasem mówiąc, ten pierwszy był grubo ładniejszy, ale babcia nie cierpiała koloru czarno-żółtego”. Nie cierpiała bowiem w ogóle Austriaków, „a gdy jakiś arcyksiążę zwiedzał miasto i wszystkie domy musiały być przystrojone, babcia spuściła story w obu oknach swego pokoju na starej, ciemnej ulicy i powiedziała, że za skarby świata nie popatrzy się! Zresztą arcyksiążę wcale tamtędy nie jechał”...
Sąsiadami ze szkolnej ławki są także Żydzi, mieszkający gdzieś na Grodzkiej, Stradomiu czy Krakowskiej i budzący zrazu fascynację pomieszaną z lękiem; wszak służąca Kasia „opowiada o nich straszne rzeczy, chociaż jej mama dawno zakazała”, Gdy narrator – szukający rozpaczliwie przyjaciela „od serca” – postanawia odwiedzić swego kolegę Schiffa, wyprawa na Kazimierz w dzień Święta Kuczek opisana jest jak podróż do obcego i pełnego nieznanych niebezpieczeństw kraju. „Wreszcie jest ten drugi podwórzec. W nim znowu kuczka. Podobna do tej pierwszej, tylko jeszcze biedniejsza. deski stare i połamane i zamiast dachu jakieś patyki i parę gałęzi choiny. I w niej siedzi Schiff. Sam jeden... Czyta książkę. Inaczej niż my. Od prawej ręki do lewej”. Obie strony są dziwnie skrępowane, o jakiekolwiek porozumienie bardzo trudno. „Jeszcze z progu pierwszego dziedzińca obejrzałem się. Schiff siedział już z powrotem nad książką. Nie czytał. Patrzył się w moją stronę. Może chciał coś powiedzieć? Ale nie powiedział nic”.

*

„Przylądek...” miał przed wojną wielkie powodzenie, doczekał się wtedy kilku wznowień i tłumaczeń na obce języki. Miał też trzy wydania wojenne: dwa w Londynie, jedno w Jerozolimie. Jego autor jesienią 1939 roku przedostał się przez Węgry na Zachód. Po wojnie do Polski już nie wrócił; mieszkał w Londynie, współpracował z polską prasą emigracyjną i z Wolną Europą. Pod koniec życia, ciężko chory, znalazł się w tak trudnej sytuacji materialnej, że Marian Hemar organizował na jego rzecz zbiórkę pieniędzy wśród Polonii.
Nieprzejednany antykomunista, w kraju obłożony był zakazem druku. Za Krakowem nieustannie tęsknił – ostatnia jego książka, zbiór emigracyjnych felietonów, wydany zresztą dzięki rozpisanej wcześniej subskrypcji, nosi tytuł „Lajkonik na wygnaniu”. W roku 1968 prochy pisarza złożono zgodnie z jego wolą na krakowskim Cmentarzu Rakowickim, który tak wspaniale sportretował w jednym z fragmentów „Przylądka”. W tym samym roku ukazało się w Wydawnictwie Literackim wznowienie tej właśnie książki. „Rubikon”, wówczas mniej cenzuralny, czekał do roku 1990. Otwierać miał edycję „Pism wybranych” pod redakcją Henryka Markiewicza – niestety kryzys wydawniczy sprawił, że następnych tomów już nie było.

*

Po raz pierwszy czytałem „Przylądek Dobrej Nadziei” w połowie lat 60., w przedwojennym wydaniu z biblioteki dziadka. Minęło trzydzieści lat od napisania książki, a blisko siedemdziesiąt od epoki, którą w niej sportretowano. Przeszły dwie wojny, zmienił się ustrój, ale konserwatyzm społeczny i obyczajowy Krakowa (prowincjonalizm?), a także szczęśliwy los oszczędzający nasze miasto sprawiły, że – do dziś mnie to zdumiewa – realia życia codziennego opisane w książce traktowałem, z niewielkimi wyjątkami, jako zupełnie naturalne. 
Kuchenne czy też służbowe schody ze skrzynią na węgiel ustawioną na podeście; węglarz, który ten węgiel przynosi z piwnicy w specjalnych nosidłach; mleczarka przyjeżdżająca dwa razy w tygodniu wozem drabiniastym zaprzężonym w konia; praczka zamieniająca co jakiś czas pół mieszkania w piekiełko zasnute kłębami pary – wszystko to zdążyłem jeszcze zobaczyć. Nawet w szkole ciężkie drewniane ławki z otworem na kałamarz i śladami wielu pokoleń scyzoryków nie zdążyły ustąpić pola nowomodnym stolikom. Nie bardzo wprawdzie rozumiałem, co to jest weksel – dziś miałbym z tym mniejszy kłopot – ale na ogół książka opisywała znany mi świat. Teraz pozostała wiernym i wrażliwym odbiciem rzeczywistości, która tymczasem odeszła. Niezrównanym zapisem doświadczenia dzieciństwa i portretem miasta odbitym w przymglonym lustrze nostalgicznej pamięci. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 39 (2777), 29 września 2002


do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl