Ex Oriente lux?

Bartłomiej Dobroczyński



Zdawałoby się, że Orient dla Zachodu to nihil novi sub sole. Jednak zawsze pozostaje pytanie, na ile mamy do czynienia z autentyczną myślą i duchowością Wschodu – zrozumianą i rzeczywiście doświadczoną, a na ile jest to powierzchowna rekonstrukcja, a może nawet mniej lub bardziej świadoma szarlataneria.


Zachód od najdawniejszych czasów stykał się z myślą pochodzącą z Azji. Orientalne wątki znajdziemy – i trafnie je dzisiaj rozpoznamy – u Platona (choćby w jego doktrynie reinkarnacji i preegzystencji duszy), czy u Porfiriusza w jego żarliwej obronie wegeterianizmu. Znajdziemy je też w dawnych herezjach chrześcijańskich, szczególnie w starożytnym gnostycyzmie, gdzie – jak twierdzi Hans Jonas – orientalna myśl stała się nową substancją wepchniętą w dawną formę pozostawioną po rozpadającej się filozofii greckiej. Znanym piewcą Orientu był Schopenhauer, Nietzsche w „Antychrześcijaninie” chwalił buddyzm, a Freud jedno z naczelnych prawideł psychoanalizy nieprzypadkowo określił jako „zasadę nirwany”. Wielce sobie cenił myśl taoistyczną Heidegger. Czołówka rewolucyjnych fizyków z początku XX wieku (Oppenheimer, Bohr, Heisenberg, Schroedinger) szczerze podziwiała chińską czy indyjską kosmologię. Trudno wymienić wszystkich zafascynowanych Orientem ludzi sztuki – od braci Goncourtów po Johna Cage’a.

Doświadczenie czy rekonstrukcja?

Zresztą na „kulturze wysokiej” się nie skończyło. Jeszcze przed I wojną światową duchowość azjatycka zadomowiła się w kręgach ezoterycznych – widać to w pismach Gurdżijewa, Bławackiej, Steinera, Bailey, Besant, Krishnamurtiego. Począwszy zaś od Huxleya, Kerouaca i Ginsberga, wdarła się ona przebojem w powszedni świat człowieka Zachodu. Walnie przyczyniła się do tego kontrkultura i muzyka rockowa: sami tylko Beatlesi mieli na swym koncie „romans” aż z trzema przedstawicielami duchowości i estetyki Indii (Ravi Shankar, Maherishi Mahesh Yogi, Swami Prabhupada) – a inni idole tamtej epoki nie pozostawali w tyle. Zdawałoby się więc, że Orient dla Zachodu to nihil novi sub sole. Nikt się już dzisiaj przecież nie dziwi, że niemal każde większe miasto Europy ma swoje sangi buddyjskie, szkoły jogi i medytacji, treningi tai chi chuan i chi kung, a na ulicach możemy spotkać barwne i rozśpiewane korowody wyznawców Kryszny.
Jednak zawsze pozostaje pytanie, na ile we wszystkich tych przypadkach mamy do czynienia z autentyczną myślą i duchowością Wschodu – zrozumianą i rzeczywiście doświadczoną, a na ile jest to powierzchowna rekonstrukcja, a może nawet mniej lub bardziej świadoma szarlataneria i szermowanie modnymi terminami: całość obliczona na zaspokojenie potrzeb chciwego egzotyki obywatela Zachodu. 
Że pytanie to nie jest tylko szukaniem dziury w całym, dowodzi – w sposób oczywisty, choć pośredni – wydana właśnie przez wydawnictwo Znak klasyczna, napisana przed ponad pół wiekiem, praca włoskiego uczonego Giuseppe Tucciego pt. „Mandala”. Ta niezwykle cenna książka nie ma „mądrościowej” formy charakterystycznej dla popularnych opowieści o byddyzmie zen czy oświeconych guru. Przeciwnie: momentami wydaje się chłodna i akademicka – co nie znaczy, że Tucci nie miał osobistych i głębokich doświadczeń z duchowością Wschodu: otóż miał, a nawet dyskretnie je opisuje, co czyni jego tezy i wyjaśnienia jeszcze bardziej wiarygodnymi.

Tajniki mandali

Głównym celem pracy Tucciego jest ujawnienie tajników mandali, a więc tego symbolu mądrości Orientu, który od dość dawna – powiedzmy od czasów Carla Gustava Junga – uważany jest za w miarę dobrze przyswojony przez kulturę Zachodu, i który znalazł w niej liczne terapeutyczne, duchowe i estetyczne zastosowania. Mandala wydaje się bowiem skutecznym i potężnym narzędziem duchowego rozwoju: teoretycznym oraz, co chyba jeszcze ważniejsze, praktycznym przewodnikiem po psychologicznym procesie dezintegracji oraz reintegracji. Takie narzędzie wprowadza adepta w meandry duchowego kosmosu i pozwala mu skutecznie zmierzyć się oraz uporać z licznymi pułapkami, które na niego czyhają na drodze do wyzwolenia. To oczywiste więc, że tak przydatnym i sprawdzonym instrumentem szybko zainteresowały się różne szkoły psychologiczne i terapeutyczne.
Od razu warto zauważyć, że książka włoskiego uczonego jest raczej trudna w odbiorze i każdy, kto oczekiwał od niej łatwych objawień, może się nieco rozczarować. Rzecz w tym, że wnikliwy czytelnik znajdzie w niej mnóstwo bezcennych myśli, ale równocześnie natrafi na obszerne fragmenty literatury indyjskiej i tybetańskiej, które dla niespecjalisty są zupełnie nieczytelne. Tym bardziej jest to jednak pozycja warta przeczytania – nawet jeśli tylko niektóre jej wątki będą przyswajalne „od razu”, to i tak są one warte wysiłku intelektualnego. Po jej lekturze nachodzi bowiem refleksja, że w dzisiejszym nazbyt dążącym do ujednolicenia świecie warto czytać prace wybitne i źródłowe, bo dzięki nim możemy się dowodnie przekonać, że różnice kulturowe to naprawdę różnice, że odmienna mentalność jest rzeczywiście odmienna, a wszystkie zapewnienia o łatwym zasypaniu dzielących nas przepaści są zwyczajną bujdą na resorach. Czeka nas raczej mnóstwo pracy, niż przyjemna ekumenia. Każdy, kto przeczyta parę stron instrukcji dla adepta liturgii mandali i nie zrozumie z niej nic (bądź prawie nic), ma szansę na rzeczywiste doświadczenie trudnej do przekroczenia obcości i jest to doświadczenie o wiele chyba cenniejsze, niż wszelkie rodzaje poczucia wspólnoty pozornej, które mogą ogarnąć starych i młodych w obliczu paru grzecznościowych zwrotów usłyszanych z ust mistrza duchowego przybyłego właśnie z Indii. 

Joga Zachodu

Nie potrzeba wcale ataku na World Trade Center, żeby zobaczyć, jak z jednej strony blisko siebie jesteśmy jako ludzie, ale z drugiej – jak nieprzekraczalnie wręcz daleko. I kiedy przeczytamy książkę Tucciego, możemy lepiej zrozumieć nie tylko siebie, ale także Dalajlamę, który w swej mądrości podczas wizyty w Polsce nawoływał do pozostania przy chrześcijaństwie. Widać też wyraźnie, jak wielką barierę dla rzeczywistego zrozumienia stanowi język, mitologia i odmienne przyzwyczajenia kulturowe. Chwała Ireneuszowi Kani za to, że dzięki swej ogromnej pracy intelektualnej i translatorskiej przyswaja polszczyźnie kolejne wielkie dzieła i święte księgi Orientu. Ale chwała mu także za to, że wybiera takie, ktore wyraźnie uświadomiają nam, że do zrozumienia jeszcze bardzo, bardzo daleko, a o przetrawieniu, znawstwie i porozumieniu możemy na razie tylko marzyć. 
Nie ma bowiem nic bardziej złudnego i niebezpiecznego, niż oparte na pozornym lub powierzchownym wglądzie przekonanie, że skoro jesteśmy ludźmi to – z definicji – nic co ludzkie nie jest nam obce. Nie dziwi zatem, że w obliczu upadku naszych tradycyjnych symboli religijnych Carl Gustav Jung nawoływał, aby Europejczycy znaleźli swoją własną jogę, jogę Zachodu, a nie mechanicznie ulegali modzie na Orient. Chodzi przecież o to, żeby spotkać się z własną duszą, a nie z systemem, choćby najlepszym. Poza tym, być może szwajcarski lekarz lepiej niż inni przewidywał wynaturzenia i przekłamania, które spotkają myśl Wschodu na Zachodzie. Okazuje się bowiem, że to, o czym myśleliśmy od zawsze, jako o buddyzmie, tantrze, oświeceniu i mandali, a co znaliśmy z pism „znawców”, których nazwisk litościwie nie wspomnę, tak naprawdę z Orientem nie ma wiele wspólnego – i chcąc nie chcąc, musimy zmienić nasze umysłowe przyzwyczajenia oraz stereoptypy. Zbyt dużo już bowiem przeczytaliśmy książek o buddyzmie niemieckim, kalifornijskim, szwedzkim czy islandzkim – tylko nie o tym „zwykłym”, birmańskim czy wietnamskim. Szarlatani i chciwi przedstawiciele biznesu duchowego zrobili swoją robotę i nic już na to nie poradzimy – ale na szczęście istnieją takie książki jak „Mandala” Tucciego, które pozwalają na zachowanie miary i właściwych proporcji. Należy mieć tylko nadzieję, że to, co ma do powiedzenia włoski uczony, zostanie trafnie zrozumiane i przyswojone przez jak największą liczbę czytelników.

Giuseppe Tucci „Mandala”, tłum. Ireneusz Kania, wydawnictwo Znak, Kraków 2002.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 39 (2777), 29 września 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl