Na rozdrożu

Rozmawiają: Krystyna Zachwatowicz, Seweryn Blumsztajn, prof. Jacek Purchla, Janusz Sepioł 



Co w Krakowie jest prowincjonalne, a co stołeczne? Z kim możemy się porównywać? Dlaczego mamy wrażenie, że nasze miasto z dnia na dzień staje się coraz brzydsze? Co dzieje się z krakowską architekturą, nauką, kulturą? „Tygodnik Powszechny” zorganizował w Willi Decjusza publiczną debatę poświęconą tym problemom. Jak powiedział ksiądz Adam Boniecki, witając uczestników spotkania: „»Tygodnik Powszechny« jest pismem ogólnopolskim, ale także pismem z Krakowa. Dlatego jesteśmy za to miasto odpowiedzialni".


Janusz Sepioł: – Myśląc o Krakowie, mamy problem z wyborem punktu odniesienia. W Europie Środkowej Kraków nie ma odpowiednika, bo wszystkie miasta tej wielkości są miastami stołecznymi. Brno albo Koszyce nie stanowią dla Krakowa konkurencji. Podobne doń miasta istnieją na obszarach posowieckich (choćby Lwów albo Kowno), ale mają tak inne uwarunkowania, że trudno je porównywać. Trudno też o porównania z miastami, które rozwijały się do 1989 w wolnym świecie – z Grazem, Triestem albo Norymbergą. 
Trzeba więc szukać odniesień w miastach polskich. Jednak i tu mamy pewien kłopot: Śląsk i Trójmiasto to wieloelementowe aglomeracje. Zostaje więc Wrocław, Poznań, Łódź. Druga kwestia to kryteria. Jeżeli uwzględnimy najważniejsze: gospodarkę, dostępność komunikacyjną, potencjał kulturowy, metropolitalność przestrzeni i zaplecze regionalne, Kraków nie wypada wcale źle w porównaniu z innymi ośrodkami. A jeśli przyjąć za najbardziej syntetyczne wskaźniki rozwoju stopę bezrobocia i cenę mieszkań, okaże się, że Kraków jest po Warszawie miastem najbardziej atrakcyjnym. 
Doprawdy, trudno udowodnić, że Kraków rozwija się gorzej niż inne polskie miasta. Trzeba natomiast wskazać jego pasywa i aktywa. Jeśli chodzi o bazę ekonomiczną, wiele zależy od siły regionu, którego miasto jest stolicą: Wielkopolska ma większy potencjał niż Małopolska. Inaczej z Dolnym Śląskiem – regionem bardziej uprzemysłowionym niż Małopolska, ale obciążonym poważnymi problemami społecznymi. 
Na rozwój wpływa też znacząco sposób finansowania samorządów. Polski system finansowania miast opiera się na podatku od osób fizycznych i od firm. Zwłaszcza ten drugi podatek faworyzuje stolicę, ponieważ jest płacony w miejscu, w którym firma ma siedzibę. W związku z tym wszystkie konglomeraty, które mają oddziały w całym kraju, płacą podatki tylko w Warszawie – tam, gdzie mieszczą się ich centrale. W naszym kraju system ten funkcjonuje jako pewien dogmat. Tymczasem np. w Hiszpanii dochody miast oparte są na podatku od osób fizycznych oraz na podatku VAT i udziale w akcyzach paliwowej, tabacznej, alkoholowej. 
Oprócz kształtu systemu podatkowego, czynnikiem opóźniającym rozwój polskich miast jest też silnie scentralizowany system zarządzania, który sprawia, że wszystkie firmy i urzędy lokalizują się w stolicy. Natomiast – i to jest znacznie bardziej zaskakujące – w Krakowie pojawiają się pomimo to centrale, i to całych sieci. 
W rankingu „Rzeczpospolitej” 55. firmą w Polsce jest TESCO – działa w całym kraju, ale centralę posiada w Krakowie. Ahold – 36. firma w Polsce – również zainstalował się w Krakowie. Dla przypomnienia: Huta im. Sendzimira jest na 51. pozycji w rankingu przedsiębiorstw. „Żywiec” produkuje piwo na Śląsku, ale firma dystrybuująca je po całej Polsce znajduje się w Krakowie. Więc nie jest tak, że wszystko z Krakowa ucieka. 
Faktem jest natomiast, że z samego Krakowa do pobliskich miejscowości uciekają najwięksi podatnicy. To jest zresztą proces, który dotyka wszystkie duże ośrodki w Polsce. I jeszcze jedno zagrożenie dla Krakowa: porządek medialny, zwłaszcza „warszawocentryczna” ustawa o trzecim, regionalnym programie TV, która zniszczyła szansę na powstanie przemysłu kulturalnego we wszystkich miastach. 
Chciałbym jeszcze zwrócić uwagę na problem położenia geograficznego. W okresie komunizmu było tak, że jeżeli miasto leżało blisko granicy wschodniej albo niemieckiej, oznaczało to jego peryferyjność. Sytuacja zmieniła się radykalnie po 1989 roku, kiedy wymiana między krajami stała się prostsza: Szczecin, Wrocław, Poznań są dziś o wiele bardziej konkurencyjne, ponieważ leżą blisko Niemiec. Tymczasem najbliższym sąsiadem Krakowa są niewielkie miasta słowackie. 
Podsumowując, chciałbym podkreślić, że nie ma metropolizacji bez regionalizacji. Jeśli system polityczny będzie nadal scentralizowany, nie ma szans na metropolitalność. Pomimo to Kraków posiada jednak niewykorzystane dotąd aktywa. Na plan pierwszy wysunąłbym przemysł nauki. I nie myślę tutaj o funkcjach akademickich. 
Podczas gdy wszystkie wielkie miasta przeżywają w tej chwili dezindustrializację, wokół uniwersytetów wyrastają nowe przemysły – wprowadzające w świat XXI wieku. Dlaczego więc w Krakowie nie ma parku technologicznego przy Akademii Górniczo-Hutniczej albo Politechnice? Dlaczego tak trudno o wsparcie finansowe dla firm zakładanych przez młodych pracowników nauki? To jest potencjał, który należy w Krakowie uruchomić. 
Druga ważna sfera to tzw. przemysł czasu wolnego. Tu pojawia się powracająca raz po raz kwestia stworzenia w Krakowie wielkiego festiwalu, który stałby się bodźcem popychającym miasto do przodu. Trzecim obszarem potencjalnych możliwości są dla Krakowa wielkie rezerwy terenowe (i to w bardzo atrakcyjnych lokalizacjach), które stanowią obiekty powojskowe, pokolejowe i poprzemysłowe. Aby jednak rzeczywiście przyczyniły się do metropolizacji krakowskiej przestrzeni, trzeba perspektywicznej, zdecydowanej i spójnej akcji urbanizacyjnej. Tymczasem w Krakowie od lat nie powstał ani jeden publiczny park! 

Jacek Purchla: – Nie zamierzam powtarzać dziś tez mojej książki "Kraków; prowincja czy metropolia?" opublikowanej w roku 1996. Już wówczas zwracałem uwagę na brak publicznej dyskusji o problemach Krakowa. Cieszę się, że „Tygodnik Powszechny" próbuje ten narastający deficyt otwartej rozmowy o mieście zredukować.
Źródłem sukcesu Krakowa tuż po 1989 roku był bardzo korzystny splot kilku szerszych zjawisk. Uwolniony został potencjał, duszony dotąd systemem nakazowo-rozdzielczym, izolacją, katastrofą ekologiczną, tak dotkliwą jeszcze w latach 80. Pamiętajmy, że całkiem niedawno Kraków reklamowany był w prasie amerykańskiej jako „zanieczyszczony i zrujnowany”. 
Uwolniony potencjał miał tu jednak szczególną możliwość kontynuacji: Kraków to jedyne duże polskie miasto historyczne, które zachowało ciągłość tkanki społecznej i przedwojenną strukturę własności – tym właśnie różni się od Wrocławia, Gdańska czy Poznania, gdzie nie dało się tak szybko odbudować sektora prywatnego. Po przełomie Kraków wrócił do swoich pierwotnych funkcji. Kiedy w 1990 r. formowaliśmy pierwsze strategie rozwoju miasta, stawialiśmy na kulturę, naukę i turystykę – to było oczywiste. Ludzie, którzy przyjeżdżali tu w 1991 r. na konferencję KBWE, odkrywali „zapomnianą perłę”. 
Dzisiaj jesteśmy w zupełnie innej sytuacji. W połowie lat 90. stało się jasne, że rezerwy proste się wyczerpują, że potrzebne są jakieś nowe impulsy. Miasta rozwijają się dziś za sprawą wielkich projektów podejmowanych przez rządy, regiony, samorządy. W Krakowie nie pojawiły się takie impulsy – w tym sensie „Kraków 2000” był niewykorzystaną szansą stworzenia metropolitalnej infrastruktury kulturalnej. 
Nie ma też żadnego projektu, który rozwiązywałby wielki problem strukturalny Krakowa, jakim jest przyszłość Nowej Huty. W kontrakcie regionalnym zapisano 4 miliony złotych na zburzenie stalowni martenowskiej – to dużo pieniędzy, ale i dowód, że nie ma pomysłu na nowoczesne zagospodarowanie tej przestrzeni. 
W dodatku bardzo mocno czujemy konsekwencje przejmowania przez Warszawę wielu funkcji związanych z finansami, mediami, komunikacją. Przykładem może być konflikt na lotnisku w Balicach: z jednej strony widzimy interesy miasta i regionu, z drugiej – rządu centralnego, LOT-u i przedsiębiorstwa państwowego Porty Lotnicze. Bardzo spektakularna była ucieczka Hypovereinsbank do stolicy. 
Od 1990 r. wielokrotnie podnosiłem problem słabości ustrojowej wielkich polskich miast, niedocenianie przez klasę polityczną ich roli, błędy reform samorządowych z lat 1990 i 1998. Dotykają one zwłaszcza takich miast jak Kraków, Gdańsk, Poznań czy Wrocław - mimo zadekretowanej oficjalnie decentralizacji policentryczna sieć osadnicza zastępowana jest skupieniem wszystkich funkcji centralnych w Warszawie. 
Często nie zdajemy sobie sprawy z tego, w jak trudnych warunkach funkcjonują samorządy wielkich miast, jak są słabe finansowo. Miarą tego niech będzie fakt, że dwie trzecie budżetu Krakowa to subwencje i dotacje, a tylko jedną trzecią tworzymy samodzielnie tutaj. Paradoksem wydaje się fakt, że gdy samorząd po raz pierwszy przełamał niemoc inwestycyjną, jednocześnie (w latach 2000, 2001) zachwiane zostały podstawowe wartości – złamano kod – tego miasta. 
Zakwestionowano zrównoważony rozwój: pozwolono ma dyktat motoryzacji i developerów, model urbanizacji środkowoeuropejskiej zastępowany jest latynoamerykańską suburbanizacją. Nie myślimy już kategoriami przestrzennymi – ostatnią taką wizją była paradoksalnie Nowa Huta. Mamy zdolnych architektów, ale nie mamy urbanistyki - i to degraduje dziś miasto. Wielkie kreacje urbanistyczne, takie jak Aleje Trzech Wieszczów czy kolonia willowa na Salwatorze są dziś nieosiągalnym marzeniem. Symbolem kryzysu planowania przestrzennego jest dziś w Krakowie historia studium rozwoju i brak planów miejscowych dla najpiękniejszych fragmentów miasta. 
Brakowi wizji towarzyszy falandyzacja prawa i przestrzeni. Sto lat temu samorządy miast środkowoeuropejskich były kołem zamachowym rozwoju i strażnikiem praworządności. Architekt miejski przed stu laty w Krakowie musiał być nie tylko wybitnym twórcą, ale musiał także wyrzec się na czas sprawowania urzędu prywatnej praktyki. Dziś gmina sama pokazuje jak prawo obchodzić: pomnik Skargi, kompleks handlowy IVACO to tylko wierzchołek góry lodowej. Samorząd tworzy nową normę, przyzwalając na uwłaszczanie się różnych grup interesu w tkance miasta. Obywatelskie działania obronne traktowane są zaś jak przykład „oszołomstwa". Mapa miejsc konfliktu między dziedzictwem a rozwojem obejmuje dziś w Krakowie najcenniejsze fragmenty miasta: strefę Plant, pierwszą obwodnicę, Błonia, Salwator, Sikornik. W Krakowie powstają budynki łamiące kod miasta: za wysokie, nieciekawe estetycznie lub po prostu brzydkie. Ignoruje się podstawowe standardy budowania w mieście historycznym: linię gzymsu, linię regulacyjną ulicy, gabaryty budynku, tradycyjne podziały okienne, wreszcie – kontekst architektoniczny. Dziś łatwiej zrozumieć, dlaczego w 1998 r. zlikwidowano pierwszy w Polsce urząd konserwatora miejskiego w Krakowie: teraz jest łatwiej rozmieniać na drobne wielki kapitał dziedzictwa.
Oczywiście, konflikt między formą a funkcją miasta występuje wszędzie, zwłaszcza w krajach przeżywających transformację systemową. Ale to nie może usprawiedliwiać akceptowania cwaniactwa. Często odnoszę Kraków do Pragi – toutes proportions gardées. Niedawno praski burmistrz Jan Krasl, architekt i urbanista, podał się do dymisji – był to wyraz jego niezgody na niszczenie zasobu, jakim jest tkanka historycznej Pragi. Nim odszedł, opublikował raport poświęcony temu, jak w Pradze chroni się obszar wpisany na listę światowego dziedzictwa kultury UNESCO. Czy ktoś w Krakowie monitoruje w ogóle tę strefę? Krakowski hotel Campanile dowodzi, że każdy banał o dowolnych gabarytach może stanąć na obszarze średniowiecznego miasta. Towarzyszy temu bazaryzacja Rynku, z którego uciekają dziś nie tylko krakowianie, ale i zagraniczni goście. 
Powinniśmy też przyjrzeć się temu, co mój przedmówca nazwał „przemysłem kulturalnym”. Coraz wyraźniej daje się zauważyć luka między werbalnymi deklaracjami a brakiem strategii i brakiem koordynacji działań najważniejszych aktorów polityki kulturalnej Krakowa. 
Często nie zdajemy sobie sprawy z tego, że gmina jest po przemianach ustrojowych aktorem słabym. Wystarczy spojrzeć na budżety. Kancelaria Prezydenta finansuje Społeczny Komitet Odnowy Zabytków Krakowa – to jest spory zastrzyk pieniędzy. Rząd ma pod opieką Wawel, Muzeum Narodowe, Stary Teatr, szkoły artystyczne – a są to instytucje wysokobudżetowe. Województwo małopolskie ma dawny Teatr Miejski, Operę i Filharmonię. Miasto zajmuje się przede wszystkim tzw. instytucjami pierwszego kontaktu, np. domami kultury. 
Dlatego tak ważna jest koordynacja działań. Bowiem tylko mieszane finansowanie inwestycji kultury – zwłaszcza w Krakowie – jest realistyczne. Tymczasem odnoszę wrażenie, że dziś nikt z nikim nie rozmawia. Kultura w Polsce w ogóle przeżywa kryzys systemowy, jest jedynym sektorem publicznym, który ciągle nie został zreformowany. To rzutuje oczywiście na jakość i stan instytucji kultury w Krakowie. Ale w niczym nie usprawiedliwia samych krakowian. Wrocławianom udało się zbudować obraz ich miasta m.in. przez kulturę, a startowali ze znacznie gorszej pozycji niż Kraków. 
My stoimy dziś na rozdrożu. Obok niewątpliwych sukcesów Kraków ma na swoim koncie wiele trudnych konfliktów i dylematów. Nie powinniśmy robić z tego sensacji: każda transformacja kreuje konflikty. Wierzę, że Kraków wybierze na najbliższą dekadę drogę nie tylko słuszną, ale także trudniejszą, taką, która będzie oznaczała mądry kompromis między potencjałem dziedzictwa a wyzwaniami przyszłości. Nie martwi mnie trwające w Krakowie od dawna rozdarcie między metropolitalną przeszłością, wielkimi ambicjami a urokami prowincji i prowincjonalności. Zmaganie się tych dwóch żywiołów to siła i tożsamość naszego miasta. 

Seweryn Blumsztajn: – W Krakowie jestem od paru miesięcy, więc rozumiem, że zostałem zaproszony na to spotkanie jako warszawski intruz – i w tej roli wystąpię. 
Nie znam się na definicjach metropolii, ale mam wrażenie, że w krakowskich rozważaniach o metropolitalności kryje się w gruncie rzeczy ambicja wielkich pieniędzy i marzenie o sponsorach, którzy utrzymają tysiące tutejszych artystów. Czy Kraków nie powinien jednak odejść od tej wizji? Czy naprawdę chcecie tutaj tysięcy facetów w jednakowych garniturach z jednakowymi teczkami? Jednakowych szklanych biurowców? Kraków robi się straszny i tandetny, gdy udaje dynamiczny kapitalizm, gdy Rynek zaczyna być kojarzony wyłącznie z promocjami i decybelami. To jakaś brednia, która tylko wyrzuca stąd turystów! Nie o taką metropolitalność chodzi. 
Siłą i atutem Krakowa jest jego prowincjonalizm. W Warszawie nigdy nie wyszłoby coś takiego, jak np. święto ulicy Brackiej, kiedy ludzie bawią się razem, bo mieszkają na tej samej ulicy. W Krakowie fantastycznie odrodziło się po 1989 roku mieszczaństwo – przecież to właśnie mieszczanie, a nie żadne władze publiczne ożywiają dziś to miasto. Nie przemieniajmy mieszczan w dynamicznych biznesmenów, bo nic z tego nie wyjdzie. Brońmy jakości życia w Krakowie – to jest wielki atut tego miasta i alternatywna wizja metropolii. Nie znaczy to wcale, że Kraków nie powinien się rozwijać: budować dróg, mostów, a nawet nowoczesnych biurowców. Musi jedynie bronić swojej odrębności, przestać upodabniać się do innych miast. To jest najważniejsze.
Kiedy tu przyjechałem, z wielkim zaskoczeniem zauważyłem, że Kraków jest sfrustrowany. Bez przerwy mówi się tutaj: „To nie wychodzi, tamto nie wychodzi, po pieniądze trzeba jeździć do Warszawy”. Wszystkie miasta jeżdżą po pieniądze do Warszawy. Ale to ludzie tworzą miasto i podstawowym problemem Krakowa są ludzie, a ściślej mówiąc, typ relacji krakowian. Tutaj ostatnio nie rodzili się przywódcy. 
Uświadommy sobie, ile straciło to miasto przez śmierć Piotra Skrzyneckiego? Zabrakło człowieka, który zbierał ludzi, coś wokół siebie kreował. Był przywódcą. Zastanawiałem się ostatnio, czy jest dziś w Krakowie człowiek podobnego formatu, pasji, charakteru. I mogę powiedzieć tylko o jednym – o Januszu Makuchu, który siłą woli stworzył jedną z najbardziej znanych imprez kulturalnych w Polsce, czyli Festiwal Kultury Żydowskiej. Ostatnie lata w Krakowie to po prostu przywódcza pustka – wszystkie kwestie, o których tu mówiliśmy, wynikają w jakimś stopniu z tego właśnie braku.
Przyjechałem do Krakowa, by robić tutaj „Gazetę”, i doświadczyłem czegoś, z czym nigdy wcześniej nie spotkałem się w moim życiu zawodowym. Wiemy, że w Krakowie wszyscy, którzy skończyli wyższe studia i coś znaczą w tym mieście, spotykają się na przestrzeni kilkuset metrów kwadratowych. I wszyscy wszystko tu sobie opowiadają. Wiedzą, kto ile przekręcił, kto co jak załatwił albo ukradł. Ale to, co jest publicznym interesem, nigdy nie staje się tematem publicznej debaty. Dlaczego? Bo za każdą aferą stoi jakiś szanowany profesor, czyjś kuzyn albo kolega z liceum. Nikt nikomu się nie przeciwstawi. W Krakowie została zniszczona jakakolwiek debata publiczna – mówię to oczywiście z perspektywy dziennikarza. Tu nawet prawdziwych partii politycznych nie ma, są tylko pokłóceni koledzy! 
Przykładem może być choćby architektura. Nigdzie indziej nie widziałem takiego przywiązania do każdego szczegółu. Każdy krakowianin pamięta, że nie wiadomo, co stało się z kostką, która zniknęła z Rynku czterdzieści lat temu. Ta pamięć jest nieprawdopodobna! Ale bez awantury nie da się postawić budynku w obrębie Plant. Wszyscy – włącznie z prezydentem tego miasta – załatwiają więc wszystko „na boku”. 
Jak załatwiono ostatnio remont Rynku? Potraktowano go jak zwyczajną drogę, skutecznie omijając prawo. Coś niewiarygodnego! Choć czasem rozumiem nawet, dlaczego nikt nie próbuje załatwić wszystkich formalności „normalnie”: można się obawiać, że jak się spróbuje coś załatwić lege artis, wybuchnie taka awantura, że cały projekt spełznie na niczym. To jest podstawowy problem Krakowa: tutaj debata publiczna zastąpiona została prywatną awanturą. 

Krystyna Zachwatowicz: – Rozmawiamy tutaj o szansach i niepokojach dzisiejszego Krakowa, o wielkich ambicjach i jeszcze większych frustracjach. Ja chciałabym zająć się jedną, pozornie drobną sprawą. Od tej drobnostki zależy jednak, czy za kilka, kilkanaście czy kilkadziesiąt lat w ogóle będziemy mogli mówić o czymś takim jak Kraków. 
W 1903 roku miasto zalane zostało do takiej wysokości (150 cm), że gdyby osoba mojego wzrostu stała wtedy na ulicy Piłsudskiego – kilkaset metrów od Rynku Głównego – na pewno by się utopiła. Po tej powodzi Austriacy stworzyli projekt tzw. „kanału ulgi”, czyli pozostawiając pewną przestrzeń wolną od zabudowy, zagwarantowali możliwość skierowania tam w razie konieczności wód wezbranej Wisły. Główny nurt rzeki rozdzielałby się na wysokości Pychowic i łączył z powrotem za obecnym hotelem Sofitel. „Kanał ulgi” ratowałby przed zalaniem Dębniki, Błonia, Aleje z Biblioteką Jagiellońską i Muzeum Narodowym. 
Austriacki projekt nie został niestety nigdy zrealizowany, a ostatni „Plan Zagospodarowania Przestrzennego Miasta” przygotowany przez zespół Wojciecha Obtułowicza przewidywał zabudowę mieszkaniową na terenach szczęśliwie do tej pory zarezerwowanych dla „kanału ulgi”. 
Ale kanał jest jednym z trzech elementów, które zapewnią miastu bezpieczeństwo wtedy, jeśli zostaną zrealizowane łącznie. Zbiornik wodny w Świnnej Porębie został zbudowany tylko w 30 procentach (oczywiście z braku pieniędzy; całkowity koszt to ok. 370 milionów EURO i przy stałym finansowaniu budowa trwać musiałaby jeszcze sześć lat). Szacunkowe koszta „kanału ulgi” wynoszą ok. 300 milionów złotych. Podwyższenie wałów i pogłębienie koryta Wisły zostało już częściowo zrealizowane.
W 1997 roku Kraków o mało nie został znowu zalany. Można mi zarzucić, że mówiąc tyle o powodzi, myślę przede wszystkim o Centrum Sztuki i Techniki Japońskiej „Manggha” na Dębnikach, z którym jestem emocjonalnie związana. I prawdą jest, że martwię się o to miejsce w sposób szczególny. Jednak projekt zabudowania „kanału ulgi” to dobry przykład szerszego zjawiska, jakim jest opierające się na partykularnych interesach poszczególnych środowisk i osób gospodarowanie miastem – stwarzające dla niego realne niebezpieczeństwo. 
Jestem przekonana, że tylko wspólne działanie władz miasta i województwa doprowadziłoby do uzyskania koniecznych dla ratowania Krakowa sum z budżetu centralnego oraz funduszy Unii Europejskiej. Ale tej współpracy nie widać.

Janusz Sepioł jest architektem i historykiem sztuki, wicemarszałkiem województwa małopolskiego.
Jacek Purchla jest historykiem sztuki i ekonomistą, dyrektorem Międzynarodowego Centrum Kultury, profesorem Uniwersytetu Jagiellońskiego.
Seweryn Blumsztajn jest redaktorem naczelnym „Gazety w Krakowie”, lokalnego dodatku „Gazety Wyborczej”.
Krystyna Zachwatowicz jest scenografem i aktorką, profesorem krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 39 (2777), 29 września 2002


do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl