Mieszaniny
Tuwim za rządowymi firankami
Jan Błoński
Przed wojną – i długo jeszcze po – poetą numer jeden był w powszechnej opinii Julian Tuwim. Wszyscy Skamandryci: Wierzyński, Lechoń, Słonimski, Pawlikowska – cieszyli się znaczną popularnością, o tyle oczywiście, o ile poeci mogą być we współczesnym świecie popularni. Już w latach trzydziestych Tuwim uchodził za niesfornego księcia poetów.
Powojenna władza doskonale o tym wiedziała. Stąd starania, aby jak najprędzej wrócił ze Stanów, gdzie schronił się w czasie wojny. Stąd tryumfalne przyjęcie, jakie mu zgotowano, a także warunki, jakie mu – w okropnej powojennej biedzie – stworzono. Dzisiaj nikogo nie zdziwią, ale w roku 1946!
Tuwimowi przyznano najpierw willę w Aninie, potem mieszkanie w Warszawie. Na Nowym Świecie, skoro tylko odbudowano kawałek. Cztery czy nawet pięć pokoi! Na koniec – trudno w to uwierzyć – samochód. Z pisarzy dzielił ten niezwykły przywilej tylko Kruczkowski. Ale Kruczkowski prowadził sam, a biedny Tuwim, który cierpiał na nieznośny lęk przestrzeni, miał – prócz swej pobiedy – także szofera. Prywatnego szofera w socjalizmie! Nie do wiary, ale tak było. Sam jechałem tym samochodem z firankami. Trochę się wstydziłem, bo na nieliczne auta jadące Nowym Światem ludzie patrzyli jakoś dziwnie, zwłaszcza kiedy miały w oknach firanki... Trochę mnie to także, dwudziestotrzyletniego, łaskotało przyjemnie...
Wstyd i radość trwały jednak nie więcej niż pięćset metrów, bo Tuwim kazał się zawieźć do pobliskiego baru, gdzie umówił się na piwo z dowcipnym Słonimskim i franciszkańskim Staffem. Pożegnałem się i odszedłem, ale zaraz wróciłem i z ukrycia zacząłem szukać na sali Staffa. Miałem mu jeszcze powiedzieć, że w swym późnym wieku wydał mi się o wiele pogodniejszy i rozsądniejszy niż Tuwim, o którym już wtedy trudno było myśleć bez współczucia.
Rzecz w tym, że Tuwim był – już wtedy – ledwie czynnym poetą. Po „Kwiatach polskich” powstałych w Ameryce, mało co mógł jeszcze napisać wierszem. A ponieważ inaczej niż wierszem pisać właściwie nie umiał, trudził się zajęciami, które wprawiły mnie w zdumienie.
Zjawiłem się ponownie u Tuwima na polecenie redaktora „Przekroju” Mariana Eilego, który uznał, że pod koniec 1953 r. można i należy przypomnieć publiczności przedwojennych pisarzy, których niemal zupełnie zagłuszał wrzask socrealistów... Chciałem więc mówić o wierszach, o poezji; ledwie drugi raz widziałem przecież Wielkiego Poetę. Jako tako do tej rozmowy przygotowany, robiłem, co mogłem, ale w końcu zrozumiałem, że Tuwim nie chciał mówić o poezji. I to było właściwie rozdzierające.
Tuwim nie był leniem czy hulaką, przeciwnie, siedział w domu i oddawał się głównie zajęciom, które nazwałbym „zastępczą manipulacją słowami”. Owszem, sporo tłumaczył, ale najchętniej grzebał w literackich starociach, układając antologie zapomnianych poetów, zbiory parodii i trawestacji, wierszy satyrycznych i parodystycznych z XIX wieku... Bo też wiek XIX był jego prawdziwą ojczyzną, do której najwyraźniej uciekał z wieku XX, tego okropnego.
Z największą jednak lubością studiował Tuwim słowniki i gramatyki. Chwalił się, że znalazł niedawno gramatykę tybetańską... Odniosłem niewyraźne wrażenie, że z polskimi i z obcymi słowami robił jakieś dziwne rzeczy. Układał je może według współbrzmień, rymów, podobieństw? Mieszał ze sobą wielojęzyczne volapüki? Robił rzeczy, które nazywał czasem „czartostwem”, albo zajmował się demonologią, co mogło się łączyć z jego lękami. Te manipulacje – jak przypuszczam – przynosiły mu coś z radości tworzenia wierszy. Tworzenia, które zostało mu odebrane (czy zakazane?). Bo cóż miał teraz pisać? Produkcyjniaki?
Poeta zamordowany? Przez kogo? Przez własny tylko bezlitosny los, czy przez Hitlera i Stalina? Nigdy się tego nie dowiemy. Holokaust – śmierć rodziny, przyjaciół, poniekąd też miast, dawnej wielojęzycznej i wielonarodowej Łodzi i zburzonej Warszawy, były dla Tuwima straszliwym osobistym przeżyciem. Napisał wtedy wstrząsające wyznanie, zwrócone do polskich Żydów, w którym oskarżał się niejako o odstępstwo, przyznawał do solidarności z żydostwem i jego losem, obiecywał jakby wieczną solidarność z ludem, z którego wyszedł... Tych kilkanaście stron starano się w Polsce przez długie lata zapomnieć.
Ale w Izraelu Tuwim także nie miał nic do roboty, tylko po polsku umiał składać wiersze. Komunizm wydawał mu się wtedy – wynika to jasno z korespondencji – gwarancją obrony przed antysemityzmem. Chwała Bogu, że nie dożył lat sześćdziesiątych...
W parę lat po powrocie musiał Tuwim zrozumieć, że za honory i względy władza oczekuje zapłaty. Od czasu do czasu chwalił więc Rząd prozą – i z najwyższym trudem wypichcił kilka wierszy wielbiących peerelę, Związek i Stalina. Nie były one zresztą – z czysto rzemieślniczego punktu widzenia – całkiem złe. Wielki poeta i głupstwa umie robić doskonale. Tym bardziej, że Tuwim latami dostarczał teksty na zamówienie, był przecież podporą warszawskich kabaretów...
|