Rewolucji (na razie) nie będzie

Bogumiła Berdychowska



Choć szacunki opozycji i władzy mocno się różnią – pierwsza twierdzi, że na Plac Europejski w Kijowie przyszło na jej wezwanie 100 tys. ludzi; władza zaprzecza, że tylko 20 tys. – bezdyskusyjne jest jedno: była to największa demonstracja na Ukrainie od 10 lat. Mogłoby się wydawać, że oto zaczyna się coś, do czego wzdychają antyprezydenccy radykałowie, czego jak ognia boją się stronnicy prezydenta Kuczmy, a czego wyczekują zagraniczni korespondenci: ukraińska „aksamitna rewolucja”. Jednak informacje o rewolucji są przedwczesne.


Półtora roku temu w Kijowie doszło do zamieszek pod pomnikiem Tarasa Szewczenki i od tego czasu ukraińska władza czegoś się nauczyła. Wprawdzie dalej nie ma ochoty na dialog z opozycją, ale wie już, co robić, aby ograniczyć propagandowe skutki antyprezydenckich manifestacji – na Ukrainie i w świecie. Przede wszystkim więc unika nadmiernej demonstracji siły. Tym razem obeszło się bez milicyjnych oddziałów specjalnych, zaopatrzonych w tarcze i pałki. Miasteczko namiotowe, które radykałowie spod znaku byłej wicepremier Julii Tymoszenko postawili na znak protestu przed siedzibą prezydenta – Kuczma nie przez przypadek dyskretnie usunął się w tych dniach z Kijowa, pod pretekstem pilnego wyjazdu do Austrii – zlikwidowano o czwartej rano, gdy niebezpieczeństwo nieprzewidzianych incydentów zmalało do zera, a opór był najmniejszy. 
Ponadto – choć stacje TV od dawna są podporządkowane administracji prezydenta lub oligarchom – aby wyeliminować możliwość jakiejkolwiek przykrej niespodzianki, wszystkie ogólnoukraińskie kanały telewizyjne od rana do popołudnia były tego dnia wyłączone, bo trwał (oczywiście dawno zaplanowany) przegląd techniczny. W efekcie o kijowskiej demonstracji więcej dowiedział się widz czy czytelnik gazet w Polsce, niż mieszkaniec Krymu albo Charkowa.
Obóz władzy skutecznie zminimalizował straty, które mogła przynieść ta nadspodziewanie udana akcja opozycji. Według kijowskiego publicysty Mykoły Riabczuka to „zasługa” nowego szefa administracji Kuczmy: Wiktora Medwedczuka. Ten lider „zjednoczonych socjaldemokratów”, po nieudanych dla swej partii wyborach przyjął ofertę Kuczmy i został szefem jego administracji, ale – tak mówią w Kijowie – nie chce zakończyć kariery na tym stanowisku i marzy o fotelu prezydenckim. Nic dziwnego, że Kuczma mógł sobie pozwolić na nonszalancki komentarz, że poniedziałkowa demonstracja jest najlepszym dowodem, iż... na Ukrainie jest demokracja.
Opinii prezydenta nie podzielają naturalnie jego przeciwnicy: Julia Tymoszenko, lider socjalistów Ołeksandr Moroz i szef komunistów Petro Symonenko. Choć każdy z nich ma ambicje przywódcze, to dla nikogo w Ukrainie nie ulega wątpliwości, że „numerem jeden” w tym triumwiracie jest Tymoszenko. Od jakiegoś czasu to była wicepremier jest motorem antyprezydenckich działań. Nie tylko dlatego, że to ona jest głównym finansowym patronem takich akcji. Ta drobna kobieta, kiedy sytuacja tego wymaga, bez problemu przemienia się w trybuna ludowego, gotowego prowadzić naród na barykady. Oprócz tego Julia Wołodymiriwna mistrzowsko opanowała chwyty socjotechniczne. Kiedy na przykład Moroz i Symonenko zmierzali na Plac Europejski na czele swych zwolenników, ona gdzieś się „zawieruszyła”; w efekcie tłum na placu przez jakiś czas skandował jej imię – i dopiero wśród tych okrzyków objawiła się Tymoszenko. 
Jako że oligarchiczna przeszłość jest jej piętą achillesową, Tymoszenko długo dokładała starań, by pokazać, że jest politykiem znanym i cenionym w Europie. Była w Anglii i Niemczech, nagle zainteresowała się Polską. O ile półtora roku temu była jeszcze wśród tych polityków, którzy za złe mieli polskiemu prezydentowi jego dobre stosunki z Kuczmą, to ostatnio przy każdej okazji prawi komplementy pod adresem Aleksandra Kwaśniewskiego. Kiedy podczas Forum Ekonomicznego w Krynicy polscy dziennikarze pytali, skąd tyle uznania dla polskiego prezydenta, który przyjaźni się z Kuczmą, riposta Tymoszenko była godna wytrawnego polityka: „Prezydent Kwaśniewski robi wiele dobrego dla Ukrainy. Jeśli do tego celu potrzebne jest powiedzenie kilku miłych słów pod adresem Kuczmy – to niech mówi”. I dodała: „Byle tych słów nie było za dużo”. 
Ale choć Tymoszenko potrafi zgromadzić ma wiecach tysiące ludzi, w sondażach popularności pozostaje daleko w tyle za Wiktorem Juszczenko, byłym premierem i szefem największego ugrupowania parlamentarnego „Nasza Ukraina”. Nie ustaje więc w wysiłkach, by budować swój wizerunek publiczny kosztem byłego szefa (w rządzie Juszczenki odpowiadała za kluczowy sektor energetyczny). W ostatnich tygodniach gdziekolwiek zjawiał się Juszczenko, tam pojawiała się i ona. A że nie cofa się przed demagogią, więc łatwo przychodzi jej zdominowanie Juszczenki, który oratorem nie jest. W efekcie trudno powiedzieć, kto w ostatnim czasie bardziej stara się przyprzeć Juszczenkę do muru: obóz władzy czy jego była współpracowniczka? Przy czym i władzy, i Tymoszenko chodzi o to samo: przeciągnięcie Juszczenki na swoją stronę, a przynajmniej o jego neutralizację. Dla Tymoszenko pozyskanie Juszczenki jest ważne, bo bez niego i „Naszej Ukrainy” nie ma co marzyć o poważnej opozycji wobec Kuczmy. 
Problem w tym, że poza postulatem dymisji Kuczmy antyprezydencki triumwirat nie jest w stanie zaproponować żadnego programu dla Ukrainy. Bo trudno za taki uznać pobożne życzenia, aby pensje były ustalane w relacji do kosztów usług komunalnych i komunikacji, by podniesiono minimalne płace i emerytury oraz zlikwidowano bezrobocie. 
Ukraiński system prawny nie przewiduje instrumentów prawnych, które pozwoliłyby usunąć dziś prezydenta ze stanowiska, o ile on sam nie będzie miał na to ochoty. A Kuczma ochoty nie ma i czuje się pewnie. Tak więc taktyka, którą proponuje antykuczmowski triumwirat jest w istocie sposobem na wzajemne wyniszczenie, którego skutki dla tego państwa – i tak przeżywającego ogromne trudności – mogą być opłakane.
Jedynym właściwie politykiem, który nie wchodzi dziś w ostre zwarcie z żadną siłą, liczącym się w tamtejszej polityce, jest Wiktor Juszczenko. Kiedy tłum na Placu Europejskim skandował „Kuczma precz”, lider „Naszej Ukrainy” przekonywał, że Ukrainie potrzebny jest dialog. Były premier stara się też proponować pozytywne rozwiązania dla kraju: w przeddzień kijowskiej manifestacji, podczas forum „O demokratyczny rozwój Ukrainy”, Juszczenko przedstawił swój program: stworzenie większości parlamentarnej, powołanie koalicyjnego rządu oraz zawarcie przez parlament, rząd i prezydenta paktu na rzecz stabilizacji, który umożliwi kontynuowanie przemian gospodarczych i demokratycznych. 
Gdyby tylko miał sojuszników dla realizacji tego planu... Antyprezydencki triumwirat nie chce bowiem rozmów z prezydentem, ale odsunięcia go od władzy. Prezydent z kolei i jego otoczenie nie zamierzają dzielić się władzą. Tak czy tak, odpowiedzialność za to, co stanie się na Ukrainie, spoczywa w pierwszym rzędzie na obozie prezydenckim i na Kuczmie. Może on skutecznie bronić status quo, ale to nie rozwiąże problemów Ukrainy, lecz tylko je pogłębi. Może również, choć to mało prawdopodobne, rozpocząć dialog polityczny, który umożliwiłby dalsze reformy demokratyczne i gospodarcze. 
Być może i ten protest społeczny rozejdzie się „po kościach” – już tak bywało w krótkiej historii niepodległej Ukrainy – a do wyborów prezydenckich w 2004 r. kraj pogrążać się będzie w stagnacji. Ale możliwy jest też scenariusz, przed którym ostrzega Juszczenko: „Jeśli władza pozostanie głucha na postulaty zgłaszane pod jej adresem, przemówi ulica”. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 39 (2777), 29 września 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl