Opowieść z dobrym zakończeniem

Z dr. hab. med. Bogdanem de Barbaro i dr. med. Andrzejem Cechnickim, psychiatrami z Katedry Psychiatrii Collegium Medicum UJ, rozmawia Agnieszka Sabor



Tygodnik Powszechny: Jak najprościej zdefiniować schizofrenię?
dr Bogdan de Barbaro: – Czym innym jest ta choroba dla pacjenta, czym innym dla jego rodziny, czym innym dla psychiatry. Samo słowo wprowadza zamieszanie, bo długo stanowiło rodzaj piętnującej etykiety. Społeczeństwa miewają choroby, które identyfikują ze złem: trąd, choroby weneryczne, AIDS, wreszcie – schizofrenię.
dr Andrzej Cechnicki: – W rodzinie choroba ta istnieje jako wstyd, brzemię. Jako załamanie pewnej wizji: nasz zdolny syn miał być kimś wielkim, ale przyszła schizofrenia i marzenia skończyły się. Wyobrażenie społeczne wnika do rodziny, a następnie do wnętrza pacjenta, który przeżywa to jako poczucie winy. 
– Jak widzi więc swoją sytuację chory?
BdB: – To zależy: inaczej wtedy, gdy pozostaje w szponach objawów i jego poczucie rzeczywistości jest obce naszemu, a inaczej, gdy leczenie sprawia, że wraca do naszego świata. Wtedy dochodzi do niego świadomość marginalizacji. I to jest dramatyczne doświadczenie.
AC: – Człowiek chory pyta Boga i losu, dlaczego go to spotkało. I często nie znajduje odpowiedzi. Dlatego psychiatra stara się zamienić to pytanie na inne: „Ku czemu żyję?”
– Gdzie tkwi jądro tej choroby?
AC: – Najlepiej przybliża to film „Piękny umysł”. Jego bohater John Nash przeżywa złudzenie rzeczywistości. Trudność odróżnienia jednego od drugiego narasta stopniowo, w końcu widz sam się gubi, nie wie już, gdzie jest złudzenie, a gdzie rzeczywistość. Dopiero po dłuższym czasie okazuje się, że wszystko, co zobaczył dotąd, było przeżyciem wewnętrznym bohatera, mającym jednak wartość rzeczywistości. W świecie zdrowych przeżycia drugiego są mi niedostępne: mogę próbować się wczuć, ale muszę zapytać. W schizofrenii granica między mną a drugim człowiekiem ulega pęknięciu. Wydaje nam się, że znamy czyjeś myśli albo że ktoś podejmuje z nami dialog. Czasem jesteśmy pewni, że inni podkradają nasze myśli, a my nie możemy od nich uciec. Czasem, że udzielają nam dobrych rad. 
Ale to oznacza, że czasami iluzje pozwalają pacjentowi polubić świat, którego boi się w zwykłym, pozachorobowym życiu. 
BdB: – Urojenie miewa doraźnie dobre skutki: ktoś, kto czuł się nikim, ma przez pewien czas wrażenie, że jest Panem Świata. Ale jednocześnie narasta nieporozumienie ze światem...
AC: – Popatrzmy na Johna Nasha: to człowiek samotny, niezgrabny społecznie. Zalicza same porażki i dziwi się, jeśli kolejna dziewczyna nie da mu w twarz. Jego życie zawodowe też go izoluje. Trenuje umysł, żeby stworzyć jakąś wspaniałą teorię. Ludzie chorujący na schizofrenię często osiągają sukces w jednej dziedzinie. Są jednak pozbawieni całego społecznego zaplecza, które buduje harmonię między tym zadaniem a resztą świata. I nagle w życiu Johna Nasha pojawia się wyimaginowany Charles – prawdziwy przyjaciel. Iluzje mają często dla pacjentów nieprawdopodobną wartość, bo – paradoksalnie – są dramatyczną próbą „powrotu” do wspólnego świata.
Czy jeśli w procesie leczenia pozbawi się chorego tego imaginowanego przyjaciela, nie pozostanie tylko lęk? 
BdB: – Leczenie schizofrenii to farmakoterapia i psychoterapia. Lekarstwo usuwa urojenia. Zdarza się, że zostaje po tym tylko poczucie pustki, niemocy, bezradności. Wtedy ważną rolę odgrywa psychoterapia. Spotkania grupowe, różnego rodzaju aktywności socjoterapeutyczne sprawiają, że pacjent odkrywa, że wśród ludzi może mu być dobrze. I złudzenie okazuje się niepotrzebne. 
AC: – Rozstanie z iluzją bywa trudne. Nash mówi do wyimaginowanego przyjaciela: „Charles, nie mogę się z tobą spotykać, chcę, bo jesteś najbliższą mi osobą, ale nie mogę”.
– Czy jest możliwość wybrnięcia z tego paradoksu?
AC: – Lekarz Johna Nasha mówi: „Będzie ci trudno to rozwiązać”. On obserwuje samego siebie i próbuje znaleźć sposób, który pomógłby mu odróżnić przeżycia chorobowe od realnych. I w pewnym momencie znajduje ten sposób. Oglądając „Piękny umysł” nie zauważyłem tego sam, wskazali mi go dopiero pacjenci. Otóż w pewnym dramatycznym momencie choroby Nash orientuje się, że dziewczynka, z którą rozmawia, nie rośnie. I uznaje, że ona nie może być rzeczywistością. 
– Jakie mity społeczne towarzyszą dziś schizofrenii? 
BdB: – Myśląc o tej chorobie mamy przed oczami błądzących po szpitalnych korytarzach pacjentów, którym wydaje się, że są Napoleonami. To absurdalny stereotyp. Nieprawdą jest też, że schizofrenii nie da się wyleczyć. Oraz że schizofrenicy są groźni dla otoczenia. 
AC: – Nasi pacjenci częściej są ofiarami agresji niż agresorami. W latach 50. i 60. w szpitalach psychiatrycznych jako salowi i pielęgniarze pracowali głównie mężczyźni – często brutalni wobec pacjentów. Wystarczyło, by ich miejsce zajęły kobiety, a agresja w szpitalach psychiatrycznych spadła o 80%.
– Istnieje przekonanie, że między człowiekiem chorym na schizofrenię a światem zewnętrznym zostaje zerwane jakiekolwiek porozumienie.
AC: – Długo uważano, że świat chorego na schizofrenię jest tak hermetyczny, że zupełnie niezrozumiały dla otoczenia. Uważano, że ich świat jest pozbawiony wyższych uczuć. Towarzyszył temu swoisty nihilizm terapeutyczny: także dla wielu lekarzy schizofrenia była czymś więcej niż chorobą – była ostateczną klęską. Klinicyści długo żyli w przekonaniu, że przebieg schizofrenii musi być niekorzystny. Nawet dziś niektórzy uważają, że skoro pacjent potrafi kierować swą chorobą, skoro jest ona uleczalna (choć nie w pełni), to na pewno cierpi na coś innego niż schizofrenia. Ta opinia zaczęła się zmieniać, gdy psychiatria wyszła ze szpitali w codzienne życie. Dopiero Antoni Kępiński przybliżył doświadczenie tej choroby ludziom zdrowym. W schizofrenii występuje wiele uczuć. Tych emocji jest za dużo, problemem staje się ich ekspresja. Osoba chora chroni się więc przed światem, a nie wyraża się w nim. Kępińskiemu zarzucano nawet, że nie chce pozbawiać chorego jego bogactwa emocji, a to wyklucza leczenie. 
– Czyli książka Antoniego Kępińskiego „Schizofrenia” była swoistą rewolucją?
BdB: – To jest wielka książka, bo wnikliwie pokazała łączność między światem zdrowym a chorym, a tym samym zanegowała marginalizację tego drugiego. Oswoiła go, i to zarówno w umysłach wielu psychiatrów, jak zwykłych ludzi, którzy schizofrenię kojarzyli dotąd z zagrożeniem. Pojawiła się nawet pewna niegroźna „moda” na schizofrenię: pamiętam, że studenci mieli ochotę na odrobinę tej choroby.
Czyli psychiatra jest „mediatorem” między światem zdrowych a światem chorych?
BdB: – Pierwszym zadaniem psychiatry jest leczenie. Ale dla prawidłowego leczenia niezbędne jest przyjazne środowisko. Rolą psychiatry jest burzenie muru, który dziś jest metaforą, a jeszcze niedawno był konkretnym sposobem oddzielania jednych od drugich. 
AC: – W wieku XX „odkurzacz” wymiótł osoby emocjonalne, irracjonalne, burzliwe do wielkich szpitali-azyli za miastem. W ten sposób przestrzeń życia ludzi zdrowych „oczyściła się”. Chorzy psychicznie zostali oddzieleni także przez sposób pomagania im. Otwierająca się psychiatria, która znalazła najlepszy wyraz w pracach profesora Kępińskiego, jest próbą budowania wspólnego świata chorych i zdrowych. Zasadą terapii jest trialog między pacjentem, lekarzem i zdrowymi.
– Kto może zachorować na schizofrenię? 
AC: – Każdy. Może to być chodzący własnymi ścieżkami, bez siły przebicia i doświadczenia społecznego osiemnastolatek, który jest związany z nadopiekuńczą matką. Ale także kobieta, która skończyła studia, ma własną rodzinę, pracuje. Ona ma jednak większe predyspozycje, by wygrać ze schizofrenią lub by nauczyć się z nią żyć. Może epizod schizofreniczny zdarzy jej się, jak u 1/3 naszych pacjentów, tylko raz w życiu? Albo będzie miała epizody i remisje, co pozwoli jej funkcjonować aktywnie w normalnym świecie. Istnieją statystyki, z których wynika, że tylko połowa chorych na schizofrenię trafia do psychiatry. Czasem przy zupełnie innych badaniach okazuje się, że pacjent cierpiał na schizofrenię, ale jakoś z nią sobie poradził. Pacjent przychodzi do nas z całą niepowtarzalną historią swego życia – objawy są tylko jej niewielkim fragmentem.
BdB: – Naszym zadaniem jest znalezienie tego momentu w historii życia pacjenta, który doprowadził do utraty tego, co Kępiński nazywał „koinos kosmos”, „wspólnotą rzeczy”.
– Co prowadzi do tej choroby?
BdB: – Schizofrenia u dorosłych pojawia się między 18 a 44 rokiem życia. U około 80 proc. procent pacjentów choroba ujawnia się jednak między 18 a 28 rokiem życia. Długo szukano jej przyczyn. Kiedyś uważano np., że jedną z nich jest specyficzny związek między nadopiekuńczą matką a dzieckiem. Dziś twierdzimy, że nie ma specyficznych przedschizofrenicznych przeżyć. Ci, którzy zapadają na schizofrenię, przeżywają takie same wybory jak my – między młodością a dojrzałością, niezależnością a byciem w związku – są jednak w tych konfliktach bardziej bezradni. Ich wewnętrzne rozdarcie staje się destruktywne i jedynym wyjściem pozostaje świat psychotyczny.
Jak rozpoznać symptomy, które mogą wskazywać na schizofrenię. Innymi słowy: kiedy iść do lekarza? 
BdB: – Trudno o jednoznaczną wskazówkę. Nie uważam wcale, że do psychiatry należy biec z każdym drobnym problemem psychicznym. Jednak dla osób, które mają poważne problemy, lepiej by mieli taką gotowość. Czasem przychodzą do psychiatry i słyszą: „Pana przeżycia są problemami rozwojowymi i nie ma powodu do obaw”. Albo okazuje się, że nie chodzi o chorobę psychiczną, ale problem życiowy, w którym terapeuta może pomóc. 




15 września 2002 roku obchodzono w Polsce dzień solidarności z osobami chorymi na schizofrenię. Stanowił on część długofalowego programu „Schizofrenia – otwórzcie drzwi” powstałego z inicjatywy Światowego Towarzystwa Psychiatrycznego oraz Zarządu Głównego Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego, pod patronatem Ministerstwa Zdrowia oraz Ministerstwa Pracy i Opieki Socjalnej. Celem programu jest „oswajanie” schizofrenii w świecie ludzi zdrowych – przeciwstawianie się stygmatyzacji i dyskryminacji chorych na nią osób, wprowadzanie w naszym kraju odpowiednich standardów psychoterapeutycznych, opracowanie regionalnych programów pracy i programów mieszkaniowych dla ludzi cierpiących na schizofrenię. Służą temu zarówno działania edukacyjne, jak i budowanie lobbingu reprezentującego interesy chorych. Program „Schizofrenia – Otwarte drzwi”, 31-115 Kraków, ul. Sikorskiego 2/8, tel./fax 422-56-74.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 39 (2777), 29 września 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl