Dwie powodzie po czesku

Václav Žák z Pragi



W ciągu pięciu lat Republika Czeska dwukrotnie przeżyła doświadczenie powodzi stulecia. W lipcu 1997 r. w dorzeczach Odry oraz Morawy spadły wyjątkowo obfite deszcze, a prawie całe Morawy dramatycznie walczyły z wielką wodą. W tym roku sytuacja powtórzyła się na zachodzie kraju. Jednak obie katastrofy różni reakcja organów państwa, jak i zachowanie mediów. Tylko ludzka solidarność, mimo narzekań na klęskę obyczajów, pozostała taka sama.


Nie będzie to komentarz polityczny: porównując podejście różnych rządów do powodzi, trzeba pamiętać, iż w 1997 r. chodziło o pierwszą dużą klęskę żywiołową, która naprawdę zaskoczyła państwo. Reakcja na tegoroczną powódź byłaby inna niż pięć lat temu bez względu na aktualny skład rządu.

1997: chaos i nieudolność

Na czym polegają główne różnice w uporaniu się z obiema klęskami? W 1997 r. panował kompletny chaos w dziedzinie zarządzania kryzysowego. I ustawodawczy, i organizacyjny. Ówczesne prawo w ogóle nie przyjmowało do świadomości istnienia społeczeństwa liberalnego, w którym można ograniczać prawa człowieka tylko na podstawie konkretnej ustawy. Nie liczyło się nawet z własnością prywatną – polegało ciągle na systemie obrony cywilnej, dysponującej majątkiem dawnych przedsiębiorstw socjalistycznych. A co najważniejsze: wszelkie regulacje sytuacji wyjątkowych obliczone były na wypadek wojny. Media ogólnopaństwowe nie odgrywały w nim żadnej roli – plan zakładał bowiem, że zostaną zniszczone jako jeden z pierwszych celów ataku. Zintegrowany system ratunkowy dopiero zaś kiełkował.

Kiedy nastąpiła katastrofa, doszło do ogólnego zamętu – im wyżej, tym większego. Policja, strażacy, ratownicy, a więc ludzie, dla których nadzwyczajne sytuacje są chlebem powszednim, odegrali własną rolę poprawnie. Jednak także między tymi służbami powstawały zakłócenia w komunikacji, nie mówiąc o wojsku, które zostało włączone do akcji zbyt późno i w niezdecydowany sposób. Na poziomie gmin sytuacja była inna – najlepiej radziły sobie te z nich, które powódź dotyka niemal co roku. Tam, gdzie powodzi od dziesiątków lat nie było, rady gmin reagowały zwykle nieodpowiedzialnie, nawet nie alarmując obywateli. Przykładem Krnov, ważne miasto na czeskim Śląsku: dwustu ludzi spędziło dwie doby na dachu fabrycznym, bo burmistrz, choć ostrzeżony, nikomu nie powiedział, że miejscowość jest zagrożona.
Rząd w 1997 r. przez kilka dni nie reagował, nawet kiedy powódź zalała znaczną część Moraw. Klęska przyszła – jak podstępny potwór – podczas weekendu. Jeszcze w poniedziałek rano na podmokłe tory wyjechał międzynarodowy ekspres „Sobieski” – i pod miasteczkiem Suchdol nad Odrą się wykoleił. Na szczęście wagony zostały powstrzymane przez drzewa – gdyby pociąg runął do rzeki, znacznie wzrosłaby liczba prawie 50 ofiar wielkiej wody. Centralny Sztab Kryzysowy nie wiedział jeszcze, jak zachowują się wody, które wylały z brzegów – sztab przeprowadzał się z ołomunieckich koszar obok rzeki, kiedy woda sięgała prawie stóp jego pracowników. W środkowomorawskiej wiosce Troubky, zalanej z powodu mostu zapchanego drewnem, brak obserwacji poziomu wody kosztował dziesięć ludzkich istnień. Przykłady można mnożyć: infrastruktura ratunkowa, namioty, kuchnie polowe, łóżka, kołdry – niczego takiego nie było. Magazyny obrony cywilnej zostały już wcześniej „sprywatyzowane”, system ratowniczy na razie nie powstał.
Na uwagę zasługuje reakcja mediów. Nie chodzi tylko o to, że na początku powodzi nie odegrały... żadnej roli. Okazało się, że niektóre centralne redakcje nie przyjmują nawet informacji o pogodzie od Czeskiego Instytutu Hydrometeorologicznego, bo te są podobno za drogie – nadawały więc prognozy, które nie przewidywały ulewy. Nawet kiedy powódź przybierała na intensywności, widz (słuchacz) niczego konkretnego się nie dowiadywał. I co najważniejsze: media nie powiadomiły, że sięgające 600 mm/m2 deszcze, które w ciągu czterech dni spadły na Morawach, są czymś niebywałym. 
Równocześnie media służalczo zachowały się wobec odpowiedzialnych za nieudolność akcji ratunkowej ministrów, szefa Centralnego Sztabu Kryzysowego itp. Zdumiony widz patrzył i słuchał, jak zamiast surowej krytyki chaosu, zaniedbania wszystkiego, co można było zaniedbać, media robiły z winnych bohaterów.

Morawy ocaliły Pragę

Tegoroczna powódź dawała zgoła inny obraz. W dodatku nie chodziło o jedną wielką wodę, lecz o dwie, następujące wkrótce po sobie. Przygotowanie samorządów oraz nowo powstałej administracji województw („krajów”) okazało się dobre. Chociaż objętość wody płynącej przez zalane regiony oraz szkody na terenach zabudowanych były prawdopodobnie większe niż pięć lat temu na Morawach, liczba ofiar jest pięciokrotnie niższa. Telewizja i radio przygotowały dobry serwis: publiczna jedynka przez kilka dni nadawała bez przerwy sprawozdania, co bez wątpienia zapobiegło masowej histerii – choć ewakuowano przecież prawie ćwierć miliona ludzi!
Co takiego się stało? Czesi potrafili wyciągnąć naukę z własnego doświadczenia. Już za czasów na poły politycznego, a na poły urzędniczego rządu Josefa Tošovskiego – pierwszego po upadku rządu Václava Klausa, parlament uchwalił ustawę konstytucyjną przyznającą rządowi i parlamentowi prawo do ogłoszenia stanu klęski, zagrożenia oraz wojny, które umożliwia ograniczenie niektórych praw człowieka i obywatela. W związku z pokrewnymi ustawami nowe regulacje dają ratownikom prawo do naruszenia nietykalności mieszkania, wyprowadzenia z niego osoby nawet pod przymusem, „rekwizycji” dla potrzeb ratowników własności prywatnej: samochodu itp. Ustawę – trzeba przyznać – przygotowywał rząd Klausa.
Okazało się też, że system ratowniczy nie jest luksusem. Chociaż państwo jest biedne, a sensowność niektórych inwestycji wątpliwa, zintegrowany system ratowniczy jest w o wiele lepszym stanie niż pięć lat temu. A co najważniejsze: rok 1997 przełamał wyobrażenia w rodzaju „no wie pan, plany przeciwpowodziowe to takie szkolne opracowania, kto by to czytał...”. To cytat z wypowiedzi wiceburmistrza północnomorawskiego miasta, który w ten sposób odpowiedział na moje pytanie, dlaczego władze były tak żałośnie nieprzygotowane na wielką wodę, choć zostały zawczasu zaalarmowane. Morawy 1997 r. dosłownie „ocaliły” Stare Miasto Pragi w tym roku – bez ówczesnej powodzi praski magistrat nie zbudowałby muru przeciwpowodziowego, który teraz uniemożliwił zalanie całej stołecznej Starówki.

Skandal w metrze

Mimo lepszego podejścia do katastrofy władz centralnych i samorządów, Czesi nie uniknęli teraz poważnych błędów. Najbardziej dramatyczna sytuacja jest w Pradze: powódź wniknęła do metra budowanego też jako... schron przeciwatomowy oraz przeciwpowodziowy. Rzecz jasna, każdy z przedstawicieli władz usiłuje teraz zwalić winę za szkodę o wysokości 7–10 mld koron na kogoś innego, nawet na jakość budynków powstałych za komuny. Jedno jest jednak pewne: zadowolony z siebie prezydent Pragi Igor Němec (Obywatelska Partia Demokratyczna Klausa), który przewodniczył sztabowi kryzysowemu, zignorował plan przeciwpowodziowy i nie polecił zamknięcia metra. Zamknięto je dwa dni za późno – kiedy poziom wełtawskiej wody był trzykrotnie wyższy od tego, jaki według planu miał powodować zamknięcie kolejki podziemnej! Odpowiedzialność prezydenta Pragi za zniszczenie metra oraz wynikającą z tego kilkumiesięczną klęskę praskiej komunikacji nie podlega dyskusji. Zobaczymy, czy Czesi potrafią zmusić nieudolnych praskich rajców do ustąpienia.
Mimo błędów jest jasne, że bez doświadczenia 1997 roku skutki tegorocznych powodzi byłyby nieporównywalnie straszniejsze. W odróżnieniu od Moraw, gdzie umierali ludzie, których powódź zaskoczyła bez jakiegokolwiek przygotowania, w tym roku większość z 15 ofiar stanowią osoby, które zbyt ryzykowały, ignorując wezwania do ewakuacji lub zakazy wstępu na zagrożone tereny. 
Tegoroczna powódź pokazała, jak dalece odeszliśmy od poglądu, że managment kryzysowy to właściwie scenariusz wojny. Dla społeczeństwa demokratycznego jest to bowiem też instrument ochrony obywateli przed klęskami żywiołowymi.

Przełożył Václav Burian


Autor (1945) jest informatykiem, komentatorem politycznym oraz redaktorem naczelnym liberalnego pisma „Listy”. Jeden z pierwszych sygnatariuszy Karty 77.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 38 (2776), 22 września 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl