Głupota nie zna standardów 

Z prof. Janem Woleńskim, filozofem i logikiem z Uniwersytetu Jagiellońskiego, rozmawiają Krzysztof Burnetko i Michał Nawrocki



KRZYSZTOF BURNETKO, MICHAŁ NAWROCKI: – Co to jest, Panie Profesorze, głupota?
JAN WOLEŃSKI: – Rzeczownik „głupota” czy przymiotnik „głupi” (i rozmaite pochodne) mają wiele zastosowań. Najczęściej wyrażają zarzut lub w każdym razie coś nagannego, np. „postąpiłeś głupio” czy „jesteś głupi”. Bywają jednak też usprawiedliwieniem „zrobiłem głupio, ale trudno” – stanowi to wtedy jakby pomniejszenie błędu i domaganie się wybaczenia. Podobnie jest w określeniu „poczciwy, choć głupi”. Mówi się też o głupocie praktycznej („głupi dwa razy kupi”). Czasem mamy do czynienia z przewrotnym użyciem antonimów wskazujących na głupotę, np. „mądry Polak po szkodzie” – tzn. wcale nie taki mądry. Bywa też odwrotnie, jak np. w piosence „Bo taka głupia to ja już nie jestem”, czyli: skoro nie taka głupia, to mądra. 
Zdarzały się także w historii myśli ludzkiej obrony głupoty, chociażby słynna książka Erazma z Rotterdamu „Pochwała głupoty”. Jedni uważają to za satyrę na głupotę, ale inni dowodzą, że można tę pracę interpretować jako wskazanie, że z głupotą wcale tak źle się nie żyje. Zresztą już Sofokles mawiał, że najprzyjemniej żyje się wtedy, kiedy jest się głupim. 
Wobec tych wszystkich, zresztą niekompletnych danych, trudno pokusić się o ogólną definicję głupoty. Obejmuje ona przypadki od błahych do poważnych, a także od niewinnych do nadzwyczaj nagannych. 
– Ograniczmy się zatem do rozumienia głupoty jako czegoś nagannego. 
– Ale i ono zależy od kontekstu. Zwłaszcza że głupota jest zwykle cechą okazjonalną, tj. gdy komuś zarzucamy głupotę, to oceniamy najczęściej jego konkretny czyn bądź wypowiedź. Wcale nie znaczy to, że obdarzany tym epitetem był głupi i wcześniej ani też nie musi być głupi w przyszłości. Myślę zresztą, że o głupich ludziach mówić nie warto. Ciekawsze są zachowania, wypowiedzi i decyzje, które można uznać za głupie, a będące udziałem ludzi, których o przyrodzoną głupotę nie zawsze można posądzać. 
– Czyżby głupota nie mogła być funkcją genów?








Hieronimus Bosch: „Leczenie głupoty”






– Ograniczmy się jednak do głupoty nie będącej skutkiem przyczyn patologicznych w sensie medycznym. 
Jakie więc mogą być źródła głupich działań? Konformizm? Lenistwo umysłowe? Komfort sztampy myślowej i użyteczność klucza wyjaśniającego wszystko? Funkcjonowanie w określonym środowisku? 
– Jeżeli ktoś mówi o kimś czy o czymś i stosuje przymiotnik „głupi” czy rzeczownik „głupota”, powinien w każdym przypadku umieć wytłumaczyć, skąd wzięła się ta ocena. Inaczej to słowo zacznie się rozmywać, ponieważ, z uwagi na wyżej wskazaną wielość zastosowań, zbyt często przybiera postać nic nie znaczącego sformułowania. 

Ludzie to kupią

Nie bez powodu ostatnio szczególnie groźna wydaje się głupota w życiu publicznym.
– Głupota polityczna polega na wypełnianiu tej roli społecznej, jaką jest aktywność publiczna (w bardzo szerokim znaczeniu), w sposób nierozumny. Chodzi o działania nieracjonalne i nie liczące się z konsekwencjami. Przyczyną takiego postępowania może być zwykły brak kompetencji do pełnienia określonej funkcji. Źródłem głupich wypowiedzi czy decyzji może być też jednak populizm bądź zwykłe wygodnictwo i cynizm, wedle znakomitego sformułowania Wojciecha Młynarskiego „Ludzie to kupią, byle na chama, byle głupio”. 
Przykładowo, rzecznik PKP uzasadniając niedawną podwyżkę cen biletów, stwierdził: musiały podrożeć, bo dawno nie podwyższaliśmy cen. To argument głupi. Bilety mogłyby podrożeć dlatego, że zwiększyły się koszty kolei, a nie dlatego że dawno nie było podwyżki. Co zresztą jest nieprawdą, bo kilkanaście miesięcy wcześniej ceny biletów już wzrosły. Trudno podejrzewać, by ów człowiek nie wiedział, że opowiada głupstwa i by traktował serio ten głupi pod każdym względem argument. Ale go użył, bo widać uznał, że to wystarczy. Ponadto głupie argumenty są prostsze do wymyślenia niż mądre.
Używając prostackich argumentów potraktował jednak jak głupców nas – klientów kolei. Tylko czy my – osaczani przez głupotę – nie przyzwyczailiśmy się już do niej? Często nie chce się nam nawet reagować.
– Owszem, adresat głupiego komunikatu powinien się mu sprzeciwić. Do demaskowania tego rodzaju głupoty powołani są m.in. dziennikarze. Lecz nie jest też tak, że ludzi, którzy nie protestują przeciwko nieracjonalnym czy głupim decyzjom lub wypowiedziom, należy w czambuł potępiać. Każdy jest dziś wystawiony na działanie potężnych sił propagandowych. W efekcie wielu ludzi jest zagubionych. Słuchają więc głupot i przyjmują je do wiadomości. Bo co mają zrobić? 
Warto mieć znacznie więcej szacunku dla tzw. przeciętnego człowieka niż to się na ogół u nas demonstruje. Po pierwsze, mądrości kwalifikowanej, czyli wykształceniu, wcale nie musi towarzyszyć mądrość praktyczna. I tu pojawić się mogą różne problemy. Po drugie, przeciętny wcale nie znaczy zły. Przeciętność oznacza po prostu poziom, który umożliwia normalne życie, tj. poruszanie się w przestrzeni społecznej i kulturowej. My tymczasem często spodziewamy się, że większość, czyli właśnie owi przeciętni, statystyczni ludzie, będzie spełniać takie standardy intelektualne czy moralne, jakie przypisuje się, zresztą niekoniecznie trafnie, elitom. 
A przecież w każdej dużej populacji nie więcej niż 15 proc. to ludzie ponadprzeciętni. Tyleż samo liczy populacja podprzeciętnych, a reszta jest właśnie przeciętna. Wszelako ze statystyki niewiele wynika w sprawie rozkładu mądrości i głupoty. O ile „głupoty” są prostsze i łatwiejsze, to one mogą liczyć na powszechniejszą akceptację. To niejako wyjaśnia, na jaką klientelę może liczyć głupota, a na jaką mądrość. Ludziom przeciętnym trudno czasem odnaleźć się w szumie informacyjnym i ideologicznym, który się im serwuje. Bywają wtedy bezradni. Więcej: sporo głupoty jest rozsiewanej z premedytacją i w przekonaniu, zapewne uzasadnionym, o skuteczności tej metody. Bo rzeczywiście jest tak, że głupota jest w Polsce tolerowana. System walki z głupstwem jest w tej chwili rozmyty i niesprawny. Ci, którzy są powołani do tego, żeby ludzi bronić przed głupimi informacjami i tezami, zadania tego na ogół nie spełniają.
Pewnie tak jest na całym świecie. Wszelako w kraju, który ma do zrealizowania fundamentalne zadania cywilizacyjne, skutki takich manipulacji i związanego z nią zalewu głupoty są dotkliwsze aniżeli w państwach ustabilizowanych i dostatnich, gdzie na dodatek od lat działają różne mechanizmy wymuszające racjonalność decyzji publicznych na różnych szczeblach.

Głupota tolerowana

Czy jest sens dyskutowania z głupim – i jak to robić? Przecież kluczową cechą głupoty jest brak jakichkolwiek wątpliwości – a więc brak zainteresowania innym od swojego zdaniem oraz odporność na racjonalne argumenty. I kwestia druga: może rzeczywiście brak reakcji na głupotę potęguje ją – lecz czy reakcja na głupotę jej nie dowartościowuje? 
– To nieprawda.
Ale może to dlatego wielu z powołanych do zwalczania głupoty nie podejmuje rękawicy? Czy – na przykład – podjęcie dyskusji z absurdami czy to politycznymi, czy ekonomicznymi, czy wreszcie z tezami szowinistycznymi, jakie zamieszcza „Nasz Dziennik”, nie powoduje, że ich autorów siłą rzeczy uznajemy za równorzędnych partnerów, podczas gdy powinni być co najwyżej przedmiotem kpin bądź żałości?
– Nie zgadzam się z tym, choć w ocenie „Naszego Dziennika” czy „Radia Maryja” nie różnimy się. Wiele z tego, co tam można przeczytać, usłyszeć, znaleźć, to głupstwa w najbardziej potocznym sensie. Ale to, z aprobatą, a nawet czynną pomocą wielu hierarchów kościelnych dociera do paru milionów Polaków, a nie należy sądzić, że są to ludzie wyłącznie niewykształceni. Znam profesorów uniwersytetu, którzy czytują „Nasz Dziennik”, słuchają „Radia Maryja”, a nawet z nimi współpracują, a nie posądzam ich o brak kwalifikacji intelektualnych. Cóż, bywa, że wiara czyni cuda, w tym wypadku uodpornia na głupstwo. Chodzi przy tym o ludzi poważnych, a nie np. dr hab. Jerzego Roberta Nowaka, profesora Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Częstochowie, wielce zasłużonego w propagowaniu głupstwa piramidalnego. 
Ci, którzy twierdzą, że nie warto polemizować z interpretacją rzeczywistości głoszoną przez „Nasz Dziennik” czy „Radio Maryja”, popełniają olbrzymi błąd. Sprzeciw wobec takiej wizji świata, którą zresztą trudno kwalifikować wyłącznie jako głupotę (chociaż jest jej w tym sporo), jest wręcz obowiązkiem. I wcale nie to jest najgroźniejsze, że media te mącą ludziom w głowach podając fałszywe dane, przekręcając informacje czy absurdalnie je interpretując. Tego rodzaju fałszerstwa można zweryfikować przez porównanie z innymi źródłami. Bodaj największym złem w działalności rzeczonych środków masowego przekazu jest nietolerancja i totalna pogarda dla inaczej myślących, a więc postawy szczególnie groźne. Można lubić Żydów albo też nie, ale sposób, w jaki „Nasz Dziennik” i „Radio Maryja” prezentują konflikt izraelsko-palestyński czy problem Jedwabnego jest rozpowszechnianiem niechęci narodowościowej czy nawet nienawiści. Można lubić Aleksandra Kwaśniewskiego lub też nie, ale systematyczne obrażanie demokratycznie wybranego prezydenta jest przejawem warcholskiego stosunku do własnego państwa. Niepodejmowanie polemiki oznacza zgodę na takie postępowanie. A stosunek „Naszego Dziennika” i rozgłośni o. Rydzyka do integracji Polski z Europą, w szczególności wmawianie czytelnikom i słuchaczom, że nasz kraj może być samodzielny politycznie, ekonomicznie i militarnie, to już nie głupota, ale polityczne szaleństwo. 
Skoro cechą głupoty jest, że nie przyjmuje kontrargumentów, to czy wyznawców takich poglądów da się do czegokolwiek przekonać? 
– Zgoda, ale, wracając do sprawy „Naszego Dziennika” i „Radia Maryja”, to nie jest tak, że krąg odbiorców tych mediów jest zamknięty. Jedni stają się ich odbiorcami, ale inni się do nich zrażają. Choć pewnie rzeczywiście trzonu tych środowisk nie da się zreformować. I chyba nie warto. Zaniechanie polemiki grozi i tym, że potencjalny odbiorca dojdzie do wniosku, że skoro nikt nie neguje tych poglądów, to znaczy, że nie ma wobec nich kontrargumentów. A więc może coś w nich jest na rzeczy?
Nikt nie zauważa też niebezpieczeństwa związanego z wykorzystywaniem – zwłaszcza przez „Radio Maryja” – różnych konwencji oddziaływania. Nawet przeciwnicy tej rozgłośni z kręgów Kościoła zaznaczają, że pomimo wszelkich wad tej rozgłośni warto docenić fakt, że prowadzi ona wspaniałą działalność misyjną oraz posługę religijną dla osób starszych i chorych. Ale jak to jest możliwe, by za wartość oceniać posługę religijną, która jest przemieszana z szerzeniem nietolerancji, a nawet nienawiści? Niedawno zadałem to pytanie arcybiskupowi Życińskiemu. 
– I co odpowiedział?
– Że to nie jest najlepsze. Ale inni powiadają tak: posługa jest posługą, potrzebujący mają się przy czym pomodlić, ktoś ich wysłuchuje itd. Jest w takim podejściu coś dziwnego i dwuznacznego. Bo jakże można godzić misję duszpasterską z jawnym łamaniem kilku przykazań.

To nie jest inwazja

– Czy we współczesnym świecie przeżywamy inwazję głupoty? 
– Ludzie zawsze mieli takie wrażenie. Podobnie jak nie jest nowym spostrzeżenie, że głupich jest więcej niż mądrych. Już w antycznej Grecji poeta Symonides z Keos mawiał: „Niezliczony jest ród głupców”. Ale i XVIII-wieczny poeta angielski Alexander Pope alarmował: „Uważamy naszych ojców za głupców, tak mądrzy się sami staliśmy. Nasi mądrzejsi synowie bez wątpienia będą o nas tak samo myśleć”. 
Ale nie powinniśmy się temu dziwić, zważywszy że to, co nazywamy głupim, jest łatwiejsze do uczynienia, jeśli chodzi o postępek, lub wypowiedzenia, gdy idzie o tezę, niż zachowanie bądź myśl, które możemy uznać za mądre. Powtórzę, że głupia opinia bywa łatwiejsza do przyjęcia od racjonalnej. Standardy mądrości i racjonalności są dość surowe, a głupota standardów nie ma. Łatwiej ulec głupocie niż mądrości, bo głupota jest łatwiej przyswajalna, łatwiej się rozpowszechnia, łatwiej ją zakamuflować. Wreszcie: głupota nie znosi samotności.
– Głupi potrzebuje aplauzu, bo nie znosi krytyki. Ale czy tłum jest zawsze głupi?
– Nie zawsze. Mądrość daje się pogodzić z samotnością, bo ludzie mądrzy potrafią sami żyć ze swą mądrością. Wystarczy prześledzić biografie wielkich i mądrych ludzi: Kopernika, Einsteina, Newtona, którzy dla swojego dzieła nie potrzebowali pomocy otoczenia. Gdyby zaś rzecznik PKP użył głupich argumentów, by przekonać samego siebie, nie miałoby to żadnego sensu. On musiał mieć publiczność.
Wrażenie, że głupoty jest dziś więcej, wynika także z masowego charakteru współczesnej cywilizacji. Żyjemy na widoku publicznym, niemal każde wydarzenie czy wypowiedź są nagłaśniane przez media. Znacznie więcej ludzi niż kiedyś ma obecnie możność artykułowania – symbolem jest tu internet – przekonań i przesądów. Jedne przekonania są mądre, ale inne głupie. Głupoty było zawsze więcej niż mądrości. Teraz jest to bardziej widoczne, ale o żadnej inwazji mowy nie ma.
Gdyby maksym dotyczących głupoty nie ukuli Sofokles czy Cyceron, to można by przypuszczać, że jakiś mądry człowiek wypowiedział je wczoraj.
Sfera rzeczywistości, o której człowiek może powiedzieć: „nie wiem”, jest z dziesięciolecie na dziesięciolecie coraz węższa. To dawałoby nadzieję. Gdyby tylko racjonalizm i logiczne myślenie zawsze wykluczały głupie poglądy i czyny. 
– Ale dlaczego ta sfera miałaby być mniejsza? Rozwój wiedzy kreuje nowe obszary niewiedzy. Wcale nie jest pewne, czy dziś w sensie bezwzględnym wiemy więcej aniżeli nasi przodkowie. Kiedyś grupa ludzi wpadła na pomysł opublikowania „Encyklopedii ignorancji”, czyli spisu białych plam w różnych dziedzinach nauki. I okazało się, że pomimo lawiny odkryć wciąż nie wiemy mnóstwa rzeczy. 
Oczywiście nie sposób twierdzić, że się nic nie zmienia. Gdy rozpatrywać tę kwestię nie w skali globalnej, lecz lokalnej, to można wskazać na różne zmiany, chociażby zastanawiać się, na przykład, czy w Polsce głupoty jest dziś więcej, czy mniej. 
– Coraz więcej młodych Polaków zdobywa wykształcenie. Może w tym nadzieja?
– Pytanie, jak oni są kształceni. Po pierwsze, jest jasne, że wiedza ściśle profesjonalna nie uodparnia na głupotę związaną z ogólniejszymi sytuacjami – np. z życiem publicznym. Ktoś może być świetnym lekarzem czy doskonałym prawnikiem, a akceptować argumenty ekonomiczne albo polityczne nie wytrzymujące krytyki. Zdumiewająca grupa takich, zdawałoby się, dobrze wykształconych ludzi jest jednak klientami „Naszego Dziennika”, Radia Maryja albo należy do elektoratu mocno populistycznych ugrupowań. I nie chodzi tu o udzielających się tam publicystów, bo ci akurat chyba dobrze zdają sobie sprawę z absurdalności tego, co wypisują i wygadują. 
Po drugie, system kształcenia w Polsce – od szkoły podstawowej po uniwersytet – kładzie coraz mniejszy akcent na wykształcenie ogólne. Może jako filozof i logik jestem stronniczy, ale dostrzegam związek między faktem, że inteligencja polska w okresie międzywojennym dostawała spory zastrzyk trzeźwej filozofii i dobrej logiki, a tym, że była grupą, która potrafiła się zachowywać racjonalnie.
W II RP też byli inteligenci-nacjonaliści, też popularny był wśród elit etatyzm itd.
– Mimo wszystko przedwojenna endecja nie była tak szowinistyczna jak Liga Polskich Rodzin. I bardziej racjonalna. Nie sądzę, by którykolwiek z endeków zajmował trybunę sejmową w celu odmówienia modlitwy w czasie posiedzenia sejmowego. 
Naturalnie nie twierdzę, że dobre wykształcenie w 100 proc. zabezpiecza przed głupotą. Pewnie zresztą nie sposób precyzyjnie określić zależność między wykształceniem jednostki a jej postępowaniem, bo przecież na zachowanie ludzkie wpływają rozmaite czynniki. Także przyczyn sprzyjających pojawianiu się resentymentów szowinistycznych czy nacjonalizmu jest wiele. Zresztą zjawiska te istnieją w wielu krajach europejskich. Polska nie jest wyjątkiem.
Mimo to nie zawadziłoby, gdyby Polacy byli kształceni inaczej. Badania pokazują choćby, że pod względem umiejętności rozwiązywania zadań matematycznych i rozumienia tekstu polska młodzież jest na szarym końcu w Europie. To dramatyczne, zważywszy m.in. tradycje polskiej matematyki. I nie ma się co pocieszać, że uczniowie elitarnych polskich liceów nie są gorsi niż uczniowie elitarnych liceów zachodnioeuropejskich. Przecież o poziomie społeczeństwa decyduje właśnie te 70 proc. przeciętnych, a nie 15 procent najlepszych. Wszystkie ostatnie międzynarodowe olimpiady filozoficzne wygrali Polacy, ale z tego wynika tylko tyle, że jest grupa młodych ludzi już w szkole średniej dobrze przygotowanych z filozofii. Natomiast poziom rozmowy z przeciętnym maturzystą na tematy filozoficzne jest zwykle żenujący.
Jeszcze bardziej dramatycznym faktem są wyniki badań szans Polaków na znalezienie pracy za granicą, w szczególności w krajach Unii Europejskiej. Kłopot nie polega na tym, że Polacy są gorzej przygotowani w sensie zawodowym, lecz w tym, że gorzej się przystosowują do nowych warunków pracy, konieczności zmiany zawodu czy pracodawcy, mają trudności z podejmowaniem decyzji. Powodem jest też to, że nie mają dobrego wykształcenia ogólnego, bo to ono zapewnia mobilność intelektualną, a więc i życiową. Co gorsza, wygląda na to, że w najbliższym czasie te błędy nie zostaną w Polsce zniwelowane. Mamy do czynienia z permanentną reformą systemu edukacji, a ostatni skandal to absurdalny system przyjmowania do liceów. Mimo że życie pokazało, jak chybiony był to pomysł, władze oświatowe z uporem go broniły. Czy liczyły, że ktoś uwierzy? Nie. Wiedziały jednak, że głupie argumenty, pozorowana głupota, z pragmatycznego punktu widzenia może okazać się całkiem skuteczna. Chodzi przecież głównie o to, żeby był święty spokój. Żeby ludzie przestali się czepiać. 
A jest to taktyka niesłychanie niebezpieczna społecznie, bo kreująca obłudną, fałszywą rzeczywistość, którą dawniej nazywano nadrzeczywistością. Jest to model świata bardzo trudny do falsyfikacji, pełen negatywnych stereotypów. Ponieważ odbiega od faktów, musi być podpierany mitami, trafiającymi do emocji, a nie do rozumu. Prowadzi do przewagi ceremoniału nad działaniem nakierowanym na rozwiązywanie problemów. W takiej sztucznie wykreowanej przestrzeni społecznej politycy nie napotykają sprzeciwu i sprawiają wrażenie, że ogół popiera ich podejrzane sprawki. To właśnie w takiej sytuacji można np. utrzymywać, przy pomocy głupkowatych argumentów, że instytucje użyteczności publicznej mają być samofinansujące się, a najlepiej, gdy są rentowne. Jeszcze raz powtarzam: Polska nie jest wyjątkiem, ale płacimy bardzo wiele z uwagi na sytuację, w jakiej się znajdujemy.

Ratunek w mediach

– Czy głupota zawsze jest złem: społecznym, moralnym?
– Tak. Mimo że czasem poszczególne jej przypadki da się w jakiś sposób usprawiedliwić, przynajmniej częściowo. Bywa, że głupie zachowania nie mają poważniejszych konsekwencji. Ktoś zachował się głupio, bo przechodził przez ulicę nie tam, gdzie trzeba i o mało nie wpadł pod auto, ale w końcu nic się nie stało. Większość zachowań, które w pierwszym odruchu kwalifikujemy jako głupie, ma bardziej właściwe nazwy: nieostrożność, niefrasobliwość, niesolidność itp. Ale nawet te drobne fakty są naganne, właśnie jako nieodpowiedzialność. Także ze względu na nieodpowiedzialność, głupota w życiu publicznym jest złem. I to niezależnie od tego, czy wynika ona z hołdowania populizmowi, z przyjęcia funkcji, do której nie ma się kompetencji, czy też z innych powodów. Z kolei w przypadku głupoty pozorowanej nieuczciwa jest już sama intencja. Trudno zresztą przeprowadzić wyraźną granicę pomiędzy głupstwem „małym” i „dużym”. 
Politycy tłumaczą się, że przecież ludzie wiedzą, iż w polityce co innego się mówi, co innego robi. Bo to gra i rodzaj teatru.
– Można i tak na to patrzeć. Polityka jest oczywiście rodzajem teatru. Ciekawe, że w starożytnej Grecji polityk i demagog byli mniej więcej tym samym. Grecy wiedzieli, że polityka jest sztuką, w której piękne i przekonujące mówienie jest nieodzowne oraz, że to, co przekonujące, wcale nie musi być rzeczowe i słuszne. Także i potem trudno znaleźć w historii wielkiego polityka, który nie byłby choć trochę demagogiem, czyli nie używałby nadwyżki treści werbalnej w stosunku do rzeczywistości. Byłoby też naiwnością oczekiwać, że polityka pozbędzie się takowych atrybutów, a politycy będą mówić tylko to, co ma pokrycie w faktach. 
Ale polityk to też taka rola społeczna, od której oczekuje się właściwego spełniania obowiązków. Polityk nie może się tłumaczyć niewiedzą czy pechem. Nie może się usprawiedliwiać, że chciał dobrze, ale jakoś mu nie wyszło. Po prostu wchodząc do gry, podejmuje ryzyko, a jeżeli wyborcy uświadomią sobie jego demagogię, to przegra. Musi się z tym liczyć i na to godzić. 
We Francji Chirac jest nie gorszym demagogiem niż Le Pen, a w Niemczech chadek Stoiber jest wart pod tym względem tyle samo, co socjaldemokrata Schroeder. Jeden jest wart drugiego. Ale wszyscy tam wiedzą, że jeśli twoja retoryka nie wypali, to koniec z twoją polityczną karierą. 
W Polsce politycy ciągle wmawiają nam, że dobre chęci mogą ich usprawiedliwić. To dlatego gra polityczna jest tu pełna niekonsekwencji i dlatego niektórzy wciąż biorą w niej udział, choć popełnili tyle błędów i głupstw. Polscy politycy mają też pretensje do obywateli, że ich niesprawiedliwie osądzili, nawet w przypadku zrządzenia losu. Pech polityka jest sytuacją obiektywną, powodem do odejścia, a nie usprawiedliwieniem.
– Ale przecież polityka bywa potwornie niesprawiedliwa. 
– Churchill wygrał wojnę. Cóż wspanialszego można było wtedy zapisać na swoje konto? Więcej, to on był głównym autorem polityki, która doprowadziła aliantów do zwycięstwa. A mimo to parę miesięcy później przegrał wybory w swoim kraju i musiał pożegnać się ze stanowiskiem premiera. To fascynujący przykład niewspółmierności zasług i win w polityce. Niby dlaczego oczekiwać, że los polityka jest sprawiedliwy? Nie jest tak, że wynoszony jest do godności wedle zasad sprawiedliwych, to samo więc winno stosować się przy upadku. Źle jest jednak, gdy fraza „Ludzie to kupią, byle na chama, byle głupio” adekwatnie ujmuje grę w politycznym teatrze. Niestety w Polsce tak chyba rzeczy się mają. 
Na szczęście ludzie wymyślili różne mechanizmy ładu demokratycznego, które mają umożliwić obywatelom rozpoznanie lipy w życiu publicznym. Rolę lampki ostrzegawczej pełnić mają m.in. media. Głupie są uwagi, że dziennikarze powinni poczekać z ujawnianiem takiego czy innego skandalu, nie ogłaszać poufnych informacji z rządowych kuluarów, nie rozszyfrowywać nazwisk osób publicznych zamieszanych w afery, bo to gwałcenie prywatności czy zasady domniemania niewinności. 
– Domniemanie niewinności obejmuje wyłącznie sferę procesu karnego.
– Otóż właśnie. Podobny mechanizm zadziałał do pewnego momentu w sprawie abpa Paetza. Prasa, zwlekając z opisaniem sytuacji w Poznaniu, popełniła błąd. Gdyby dziennikarze „Washington Post” czekali z aferą Watergate, to Nixon ukręcił by jej łeb. Okazuje się, że niektóre instytucje społeczne wytwarzają identyczne bariery obronne na krytykę: wara od nas, mamy wewnętrzne sposoby na rozwiązanie swoich problemów itd. Uleganie takiej głupiej argumentacji też jest głupie, a także i zabójcze dla ładu demokratycznego. A to on jest najlepszą przeciwwagą dla skłonności polityków do głupstw.

JAN WOLEŃSKI jest profesorem UJ, zajmuje się filozofią prawa, epistemologią, logiką i historią filozofii. Ostatnio wydał „Okolice filozofii prawa”.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 38 (2776), 22 września 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl