EWA SZUMAŃSKA

 



Zjazdy

Dawniej, kiedy stopniowo i nieodwołalnie oddawał ducha komunizm, wciąż 
jeszcze odbywały się Zjazdy Partii. Uroczyste, bizantyńskie, karykaturalne, mające świadczyć o niezachwianej potędze Partii. Gdyby ta Partia połapała się ciut wcześniej i sama się zreformowała, mogłaby pewnie przedłużyć swoją agonię. Ale władzy i przywilejów nie oddaje się dobrowolnie.
Dziś, kiedy pogłębiający się błyskawicznie kontrast między przesyconą Północą i umierającym z głodu Południem może podważyć cały porządek świata – odbywają się Zjazdy Ziemi. Uroczyste, niebywale kosztowne, rozdęte frazeologią, spełniające rolę wentyla. Żeby ci, którym nie umie się i nie chce radykalnie pomóc, mogli się przynajmniej wygadać. Władzy i przywilejów dobrowolnie się wszak nie oddaje.
Władza i przywileje przytępiają niestety umysł i przyćmiewają wzrok. Nie widać doświadczeń z przeszłości, widać tylko to, co tu, teraz, za rok, za pół roku, za miesiąc, tuż pod własnym nosem...


Nie widzę powodu

Lubię młodzież i młodość, bo kiedyś też byłam młoda i wiem, jak to przyjemnie. Nie widzę jednak powodu, żeby się młodzieży podlizywać albo naśladować jej sposób zachowania, ubierania się czy mówienia. Żałosne są starsze panie, które zamiast się wzruszać „wymiękają” albo twierdzą, że coś jest odjazdowe, a nawet odlotowe. Śmieszni są starsi panowie z siwymi włoskami związanymi w kucyka albo z kolczykiem w uchu. Dziwny jest dziennikarz, który mówi, że nie ma co walczyć ze zjawiskiem grafitti, bo młodzież musi wyrazić siebie. Myślę, że wyraziłaby siebie lepiej nie dewastując miast, ale znajdując po maturze czy studiach – pracę. Pracę, którą obiecują jej wszyscy kandydaci podczas kampanii, ale po wyborach zrobić tego nie umieją.
W entuzjazmie dla młodzieży warto zachować proporcje. Toutes proportions gardées – jak mówią Francuzi.


Nic

Kilka plasterków łososia kupuje się w paruwarstwowym opakowaniu ze sre-
berka i folii, a wszystko razem jeszcze w kopercie z lakierowanej tektury.
Kilkanaście czekoladek w ozdobnych koszulkach leży w ozdobnym pudełku, wśród kilku ozdobnych wkładek.
Jeden krem kosmetyczny, a fikuśny słoiczek w osłonce z folii i pudełku ze sztywnego papieru. W nim dodatkowo próbka w plastykowej kopertce, a całość w plastykowej, firmowej torbie. Każdy kupiony przedmiot można dodatkowo opakować w specjalnym stoisku – w różnokolorowe wzorzyste papiery i wstążki ze sztucznego tworzywa.
Po to wycina się lasy, dlatego puchną kubły i pojemniki na śmieci, po czym zaciąga się kredyty na budowę nowych spalarni, które z kolei coraz szybciej zatruwają powietrze.
To jakaś metafora współczesnego świata. Wielkie Nic – w tęczowym, krzykliwym, błyszczącym i coraz bardziej wymyślnym opakowaniu. Owo herbertowskie nothing, nothing, nothing dzisiejszych Longobardów...

 


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 38 (2776), 22 września 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl