Przegląd zagraniczny

„Z entuzjazmem do szkoły”




Czy badania neurobiologiczne nad mózgiem pozwalają sformułować również jakieś tezy natury pedagogicznej, przydatne w organizowaniu systemu edukacji? Okazuje się, że tak: drogą tych badań można naukowo wykazać, że sukces procesów edukacyjnych zależy nie tylko od tego, jak dobra jest szkoła i na ile uczeń przykłada się do nauki, ale także od relacji, które wiążą młodego człowieka z rodzicami i nauczycielami – do takiego wniosku doszedł neurobiolog Gerald Hüther; wywiad z nim znalazł się w renomowanym niemieckim miesięczniku społeczno-religijnym „HERDER KORRESPONDENZ” (nr 9/2002). Teza ta nie jest wprawdzie oryginalna, ale niemiecki uczony postawił ją nie w oparciu o metodykę nauczania czy praktykę szkolną, lecz na podstawie wieloletnich badań, które prowadził jako kierownik wydziału badań neurobiologicznych Kliniki Psychiatrycznej uniwersytetu w Getyndze. 





Hüther (rocznik 1951), który przedtem przez wiele lat pracował w Instytucie Maxa Plancka (odpowiednik Polskiej Akademii Nauk w dziedzinie nauk ścisłych, medycyny i prawa), znany jest w Niemczech jako autor książek, pisanych z perspektywy przedstawiciela nauk medycznych i poświęconych rozwojowi człowieka, a do tego poruszających akurat tematy, które są żywo dyskutowane w społeczeństwie: m.in. „Biologia lęku” (1997), „Jak stres zamienia się w uczucia” (1998), „Ewolucja miłości” (1999), „Instrukcja obsługi ludzkiego mózgu” (2001), „Dzieci potrzebują korzeni” (2001) oraz „Co nowego u Zappelphilippa?” o dzieciach nadpobudliwych (wyd. 2002; żadna z tych książek nie została przełożona na polski). 
Hüther twierdzi, że rozwój mózgu nie jest tak silnie „zaprogramowany” jak sądzono, zaś ostateczne wzorce zachowania, rozwój oraz szanse edukacyjne człowieka zależą w poważnym stopniu od doświadczeń zdobytych w okresie wczesnodziecięcym w otoczeniu rodzinnym i społecznym (np. w przedszkolu, wśród rówieśników), gdyż wtedy w mózgu rozwijają się, w zależności od częstotliwości ich wykorzystania, słabsze lub mocniejsze połączenia nerwowe. 
Procesy uczenia się nie są więc nam „dane” raz na zawsze, ale zależą od doświadczeń emocjonalnych: wyzwania, które dla mózgu wykraczają poza rutynę, wprawiają go w stan „alarmowy”, stan pobudzenia, co wyzwala z kolei procesy biochemiczne, które umożliwiają rozwój kolejnych połączeń w mózgu. Zaś szczególnie intensywne przeżycia emocjonalne – jak nieśmiertelny przykład małego dziecka, które wbrew ostrzeżeniom rodziców dotyka rozgrzanej kuchenki, po czym można mieć pewność, że już więcej tego nie zrobi... – kodują się w mózgu tym głębiej.
Zdaniem Hüthera proces uczenia się przebiega więc najlepiej, gdy towarzyszą mu bodźce emocjonalne, a zwłaszcza budzenie u dziecka ciekawości. A tu decydujące znaczenie ma obecność osoby, której dziecko najbardziej ufa, i która potrafi mu towarzyszyć i pomagać w samodzielnym rozwiązywaniu problemów, czuwając także, aby bodźców nie było za wiele i by nie wymknęły się spod kontroli. 
Nieodzownym elementem procesu edukacji powinno być więc – to wynika z badań neurobiologa z Getyngi – budowanie więzów między dzieckiem a rodzicami, tworzenie tego pierwszego i podstawowego zaufania, które dziecku pozwoli poszerzać jego kompetencje i możliwości. Bez takich więzów mózg dziecka pozostaje w stanie ciągłego niepokoju, co utrudnia mu budowanie kompleksowych struktur, które z kolei są nieodzowne, aby człowiek mógł samodzielnie rozwiązywać problemy i samodzielnie decydować o sobie, wczuwać się w emocje innych, planować swe postępowanie i kontrolować swoje impulsy. 
Dzieci pozbawione takich mocnych i pozytywnych więzów z rodzicami budują sobie pseudo-autonomiczne strategie rozwiązywania konfliktów, wycofując się we własny świat i odizolowując się tym samym od wpływu dorosłych, co z kolei zmniejsza w przyszłości ich szansę na zdobycie solidnej edukacji.
Co to wszystko oznacza dla rodziców i dla współczesnego systemu oświaty? Przede wszystkim to, że warunkiem sukcesu wychowawczego oraz edukacyjnego dzieci i młodzieży są rodzice (czy szerzej: wychowawcy; to w końcu nie zawsze biologiczni rodzice) i nauczyciele: pewni siebie rodzice (wychowawcy), którzy przekażą dziecku możliwie najwięcej pozytywnych emocji, poświęcą mu swoją uwagę oraz będą stymulować bodźce – oraz zaangażowani i wiarygodni nauczyciele, którzy rozpoznają indywidualne potrzeby swych uczniów, potraktują poważnie ich pytania i będą potrafili je umotywować tak, aby „szły do szkoły z entuzjazmem” (Hüther). Co znowu nie jest wnioskiem zbyt odkrywczym – ale teraz mamy przynajmniej dowód naukowy i empiryczny, że tak jest na pewno. I co się dzieje, gdy tego zabraknie. WP
 


WP

 




 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 38 (2776), 22 września 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl