Dziwne dziecko


„Kiedy się ucieka, trzeba dużo kanapek”

JACEK PODSIADŁO



Pippi Langstrump ucieka z domu. Nie dlatego, że tego potrzebuje, ale dla towarzystwa Tommiemu i Annice. Co więcej, jest w tej wyprawie także delegatką rodziców swych przyjaciół, którzy pomysł ucieczki po cichu akceptują, a udział Pippi w awanturze sprawi, że będą spokojniejsi o swe pociechy.
Naprawdę ucieczka jest potrzebna właśnie tym dwojgu. Chyba nawet bardziej Annice, najgrzeczniejszej i najbardziej posłusznej z całej trójki. „Grzeczność” dziecka pozbawiająca je w naszych oczach wszelkiej grozy, może być w istocie reprezentacją potężnego, miażdżąco konsekwentnego demona porządku, rygoru, obowiązku i logiki. Za sprawą Anniki i Pippi na drugim planie ich przygód rozgrywa się nieustanna wojna wewnętrznych światów dziewczynek, starcie odpowiedzialności z nieodpowiedzialnością, świętego spokoju z twórczym niepokojem, przewidywalnego z nieprzewidywalnym, ładu z bezładem, kosmosu z chaosem. Walka tych przeciwieństw wcale nie oznacza, iż nie mogą one być wzajemnie dla siebie pociągające. Pippi miewa przecież „chwile słabości”, szczególnie w samotne wieczory w willi Villekulla, kiedy może i chciałaby mieszkać w rodzinie i domu bardziej uporządkowanym, chodzić do szkoły, mieć wakacje i odróżniać obowiązki od przyjemności. Annika miewa „chwile mocy”, odruchy buntu, kiedy na przykład na smutne obowiązki plewienia grządek i punktualnych powrotów do domu nałoży się, jak teraz, lektura książki Tommiego o dzieciach, które uciekły z domu. Ponadto żywy przykład Pippi przekonuje ją raz po raz, że postępowanie wbrew konwencjom i rozsądkowi też może przynieść pożytek. Ot, gorszy się zwyczajem Pippi kąpania się w ubraniu, a potem krowa zjada jej i Tommiego odzież zrzuconą przed pływaniem. I jeszcze wiele razy paradoks, wierny sługa życiowej mądrości Pippi, swymi triumfami wystawi Annikę na ciężką próbę podczas tej eskapady. W oczywisty sposób Annika jest zafascynowana sposobem życia Pippi i oczywiście nigdy nie zdobędzie się na podobną ekstrawagancję. Nawet podczas ucieczki, w samym środku szalonych przygód, prawidła porządku ujawniają swą władzę nad nią, na przykład w postaci chorobliwej dbałości dziewczynki o czystość uszu, niekoniecznie własnych. Domokrążca Konrad spotkany w opuszczonej chałupie podczas burzy wymknie się rano po angielsku zagrożony właśnie przymusowym myciem uszu, a kiedy mali włóczędzy zbłądzą na przypadkową farmę, Annika podejmie próbę nakłonienia do umycia uszu nawet świniaka. Tommy i Pippi wróżą jej przyszłość Ministra Higieny. A to może zwykły w przypadku gwałtownej dekonstrukcji obrazu świata odruch każący skupić się na drobiazgach świadczących o trwałości tego świata i jego zasad.
Tommy stoi w połowie Drogi między Anniką i Pippi. W jego poddaniu się wpływom Pippi więcej jest zrozumienia. A może po prostu ufności. Kiedy Annika jest sceptyczna („Przecież to niemożliwe, żeby samochód fruwał!”), Tommy na ogół daje wiarę („Przecież to Pippi prowadzi!”). Dwojaką postawę rodzeństwa wobec szaleństw Pippi można zobaczyć jako dwa sposoby oswajania się z zawartym w życiu każdego, pociągającym i groźnym pierwiastkiem nieprzewidywalności i nieobliczalności. Annice to doświadczenie prawdopodobnie wystarczy raz na zawsze, Tommy prawdopodobnie będzie chciał do niego wracać.
Ich ucieczka to przykład udanej podróży „inicjacyjnej”. Udanej, bo poddawani są próbom, a jednocześnie otoczeni opieką – już nie wyręczającą i zdejmującą odpowiedzialność opieką rodzicielską, ale opieką będącą naturalną pochodną tamtej. Cała ich wiedza – książkowa! – o uciekaniu z domu, zawierała się początkowo w zdaniu: „Kiedy się ucieka, trzeba dużo kanapek”. Wracają usamodzielnieni, mądrzejsi i bogatsi. Bogatsi także o doświadczenie nędzy i upadku (przez jakiś czas paradowali nawet odziani w szare worki), bezradności i bezdomności. Inaczej teraz widzą – bo w szerszym planie – swój odzyskany dom, życie rodzinne i truskawki do wypielenia. A Pippi zwróciwszy ich rodzicom czmycha do swojego domu.
Przypomnijmy sobie, jak ten dom wygląda, bo chciałbym jeszcze o porządku i chaosie: „Za furtką ciągnął się zapuszczony ogród ze starymi, mchem obrosłymi drzewami, z nie strzyżonymi trawnikami i sporą ilością kwiatów, które rosły, jak chciały. W głębi ogrodu stał dom, ojej, co za dom! Wyglądał tak, jakby się miał zawalić lada moment”. „Elegancki pan” z pierwszego rozdziału „Pippi na Morzach Południowych” aż krzyknął: „Czy ta nędzna chałupa to rzeczywiście Willa Idylla?”. Podobny szok, tylko w drugą stronę, przeżyłem kilkanaście lat temu nagle przenosząc się ze wsi w Polsce mniej więcej wschodniej, na wieś w Polsce mniej więcej zachodniej. Tam krowie placki na drodze i domy bez żadnych ogrodzeń, a tu krasnale, zraszacze, strzyżone na pałę trawniki i białe krawężniki. Tam ogniska i śpiew, tu „gryle” i odtwarzacze. Między kwiatami, które „rosły, jak chciały”, a żywopłotem obrabianym za pomocą sekatora wyczytamy całą historię ogrodu, tej przydomowej namiastki dzikiej natury, która z czasem, zmieniając się w ogródek bądź „działkę”, stała się tworem całkowicie sztucznym. Uporządkowanie ogrodu to początek jego śmierci. Bałagan nie jest dokładnym zaprzeczeniem porządku, ale ma się do niego jak odstępstwo do normy, improwizacja do standardu. Po prostu zostawia miejsce dla wyobraźni i tajemnicy. Dlatego najmniejszy ogródek, jeśli choć trochę go zaniedbać, dla dziecka może być bezcenną wylęgarnią piratów, skarbów, duchów, potworów i innych ciekawych bytów. Dlatego w zadbanych ogródkach możemy sobie ustawiać gipsowych pokurczów, ale prawdziwy krasnal może się pojawić tylko w miejscach zapuszczonych. Dlatego dom, do którego na końcu każdej przygody wraca Pippi, jest tak bardzo inny od domu, do którego wraca Annika.


Jacek Podsiadło
skr. poczt. 32, 45-076 Opole 1 

podsiadlo@atol.com.pl


 


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 38 (2776), 22 września 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl