Dwie widownie 

Tadeusz Lubelski



„Niebo” ma dwie różne widownie. Druga jest daleko liczniejsza, jak ta choćby, która ogląda film co wieczór w multipleksie: nastawiona na spektakl, otwarta na przeżycie. 


Dla niej film nosi tytuł „Niebo”, ale właściwie „Heaven” (mogę sobie wyobrazić, jak się pytają: – Byłeś już na „Heaven”?). Mówiony jest bowiem po angielsku, ale też – niespodzianka – w znacznych partiach po włosku i w każdej scenie wybór języka dostosowany zostaje do przebiegu akcji. To międzynarodowa produkcja, w której maczali palce Sidney Pollack i Anthony Minghella, ale reżyserował ją kultowy reżyser europejski Tom Tykwer, autor „Biegnij Lola, biegnij”. Jaki to gatunek? Pewnie mieszanka kina sensacyjnego i melodramatu. Trochę można się podenerwować, co będzie dalej z bohaterami, trochę powzruszać, a potem jeszcze zastanowić.
Cieszy mnie, oczywiście, że ta widownia zobaczy „Niebo”, że spod powierzchni kina gatunków wyłonią się przed nią ważne zjawiska. Najpierw to, co mocno wiąże się z kontekstem premiery, spotykającej się akurat z falą rocznicowych tekstów o terroryzmie. Tu wyjdzie na jaw prowokacyjność fabuły filmu: nawet najoczywistsze podziały wcale nie muszą być jednoznaczne. 
Wykonawczyni zamachu terrorystycznego, w którego wyniku – wśród kłębów dymu wydostających się z gmachu wieżowca – cztery niewinne osoby poniosły śmierć, może okazać się wrażliwą i mądrą kobietą. Nie miała innego wyjścia, bowiem legalne środki przeciwdziałania złu wyczerpały się; policja okazała się skorumpowana. Zarazem Philippa wie, że za zło, które sama wyrządziła, musi ponieść karę. Cate Blanchett przekazuje to wzruszająco sugestywnie. Drugie przełamanie stereotypu: młody człowiek zaczynający pracę w policji nie ma w sobie nic z prymitywnego osiłka. Młodemu aktorowi Giovanniemu Ribisi udała się rzecz nadzwyczajna: uwiarygodnił (ryzykowną w scenariuszu) ikonę młodzieńca idealnego, niczym bohaterowie bajek magicznych łączącego siłę z niewinnością.
Spotkanie ich dwojga może mieć dla tej widowni podwójny sens. Najpierw: uświadamia, że miłość nie wiąże się z odgrodzeniem się od świata, lecz właśnie z pełniejszym otwarciem się na jego sprawy (bo jesteś tylko jedną z rzeczy wielu). Ostatecznym argumentem staje się dla Filippa wiadomość, że oskarżona, której zeznania protokołuje, jest ulubioną nauczycielką w klasie jego brata. Tym czymś, co ugruntowuje wzajemną fascynację, jest podziw dla człowieka, który aż do takiego stopnia przejmuje się światem. Dopiero tak pokazana miłość przyjmuje wymiar ostateczny. 
Największy suspense w tym (niby to) sensacyjnym filmie pojawia się w scenie, w której oczekujemy – wraz z Filippem i jego ojcem – na wyznanie miłości Philippy. Bohaterka milczy, kręci głową, oczekiwanie przeciąga się, kiedy już jednak dochodzi do wyznania – widz może być pewien, że wzajemne oddanie tych dwojga nie będzie miało granic i że wobec tego zdobędą się na wszystko. Edukacyjna siła „Nieba” wydaje mi się znaczna i po jego kontakcie z tą drugą widownią wiele sobie obiecuję.

*

Nie ukrywam jednak, że bliższa mi jest widownia pierwsza; jej idealną figurą była publiczność premierowego krakowskiego seansu: na sali znalazło się naraz aż trzech najważniejszych współpracowników Krzysztofa Kieślowskiego. Z nich trzech Krzysztof Piesiewicz, jako współscenarzysta i zarazem człowiek, który przez całe lata zabiegał o możliwie najlepszą realizację wspólnego projektu, stał przed projekcją na estradzie i radził, by nie myśleć podczas oglądania o Kieślowskim. Pisali to razem z myślą o jakimś młodym reżyserze europejskim. „Niebo” to film Toma Tykwera; od niego zresztą wyszedł nowy tytuł.
Tymczasem, trudno i darmo: dla tej pierwszej widowni to jest realizacja ostatniego scenariusza (gotowego jeszcze w 1995 roku), którego współautorem był Krzysztof Kieślowski. Nosi tytuł „Niebo”, ale właściwie „Raj” (mogę sobie wyobrazić, jak pytają się, przyzwyczajeni do tytułu scenariusza: – Widziałeś już „Raj”?). Nie kojarzy się oczywiście z żadnym gatunkiem, lecz z kinem wysokoartystycznym. Oczekuje się śladu dawnego autorskiego touch, dotknięcia prawdy, niepowtarzalnego przeżycia. 
I otóż (czuję się częścią tej pierwszej widowni, ale piszę oczywiście we własnym imieniu): w „Niebie” tego nie ma. Pewnie nie mogło być. Filippo, pokazany w sytuacji domowej, majsterkuje, zupełnie jak ojciec Weroniki. A jednak pozostaje niczym więcej, jak uwiarygodnioną ikoną młodzieńca idealnego; nie czuję jego zwyczajnej ludzkiej prywatności, do której autor mnie dopuszcza. Cate Blanchett jest pewnie nie gorszą aktorką niż Grażyna Szapołowska, Irene Jacob, a może nawet Juliette Binoche. Toteż widzę, jak świetnie gra; nie czuję jednak, że zakochuje się w Filippie, jak czułem w sobie – wszystkimi nerwami widza – emocje żony Antka, Julie z „Niebieskiego” czy rozmawiającej z sędzią Valentine. 
Z czego to wynika? Trudno o prostą odpowiedź. Poza kilkoma oczywistymi wpadkami – jak nieudana, zbyt natrętnie „rajska” i kiczowato sfotografowana scena erotycznego spełnienia pary bohaterów – Tykwer robi, co może. Jednak w sztuce, jak w miłości, nie obowiązuje reguła „nie ma ludzi niezastąpionych”. Są. „Niebo” to „Heaven”, nie „Raj”.

„NIEBO” („Heaven”). Reż. Tom Tykwer. Scen. Krzysztof Kieślowski, Krzysztof Piesiewicz. Zdj. Frank Griebe. Muz. Arvo Pärt, Tom Tykwer i in. Wyk.: Cate Blanchett (Philippa), Giovanni Ribisi (Filippo), Remo Girone (ojciec), Stefania Rocca (Regina), Alessandro Sperdutti (Ariel). Włochy – Niemcy – USA 2002. Dystr. SPInka. Czas 98 min. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 38 (2776), 22 września 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl