LISTY



 

Mącenie w głowach

W nocy z 29 na 30 czerwca 2002 r., nieopodal węgierskiego jeziora Balaton, uległ wypadkowi autobus wiozący grupę polskich pielgrzymów do Medjugorie. Wedle policji przyczyną tragedii była nadmierna prędkość lub awaria hamulców, niewykluczone, że jedno i drugie. Zginęło 20 osób, reszta pasażerów odniosła obrażenia. 
Dwa miesiące po katastrofie ukazał się w „Naszym Dzienniku” (27 sierpnia 2002) reportaż Anny Wasiak „Łaska cierpienia” z opisem wydarzeń i wyjaśnieniem nieszczęścia. Rzecz otwiera fragment listu ks. Amortha, znanego egzorcysty. Jego zdaniem tragedia nieprzypadkowo wydarzyła się pomiędzy miejscowościami (nazwy polskie): Krzyż Pański i Święty Jerzy. Ks. Amorth stwierdza: „To szatan nie chciał pozwolić, byście dotarli do Medjugorie. Chciał, żebyście wszyscy zginęli”. Na końcu autorka przytacza opinię zakonnika, który przeżył jako jedyny z czterech duchownych uczestniczących w pielgrzymce: „Trudno zrozumieć to, co stało się naszym udziałem. (...) Wierzę, że nasza ofiara była potrzebna Bogu i Matce Najświętszej, która od 20 lat z Medjugorie prosi o pokój dla świata i daje broń przeciw szatanowi”. 
Wielokrotnie pytałem (jestem agnostykiem), jak chrześcijanie godzą przymioty Boga ze złem i cierpieniem niewinnych ludzi. Nieodmiennie odpowiadano mi, że jest to niezgłębiona tajemnica. To jedyna rozsądna odpowiedź i szanuję ją. Niemniej trudno przejść do porządku dziennego nad tekstem A. Wasiak. Mogę zrozumieć postawę duchownego, który jako organizator i uczestnik pielgrzymki ma szczególny stosunek do całego wydarzenia i szczerze mówi, że trudno je zrozumieć. Wszelako dziennikarka sugerująca (bo chyba po to przytacza list ks. Amortha) działanie szatana nie powinna przedstawiać ludzkiego dramatu jako efektu gry pomiędzy Bogiem a szatanem. Zestawienie opinii egzorcysty z refleksją duchownego prowadzi do wniosku, że Bóg pokrzyżował zamiary szatana i ostatecznie potrzebował ofiary w postaci śmierci tylko 20 pielgrzymów, a resztę oszczędził. To absurdalne z punktu widzenia intelektualnego, moralnego i teologicznego. W „Małym słowniku teologicznym” K. Rahnera i H. Vorgrimlera (Warszawa 1987) pod hasłem „demony” czytamy, że nie należy szczegółowo opisywać przymiotów i czynów złych duchów. 
Jak informuje reportaż, w pielgrzymce brała udział rodzina: rodzice, trzech synów i 5-letnia córka. W wypadku zginęli rodzice i córeczka. Chłopcom nie powiedziano prawdy przez kilkanaście godzin. Po kilku tygodniach jeden z nich miał powiedzieć o śmierci siostrzyczki: „Musiała iść z mamą i tatą, bo ona by tego nie zrozumiała”. Nie sądzę, by chłopiec sam wymyślił takie wyjaśnienie, najwyraźniej ktoś mu je podsunął. Kiedy pokazałem ten fragment znajomemu, człowiekowi głęboko wierzącemu, zgodził się, że słowa chłopca nie pasują do umysłowości dziecka, szczególnie takiego, które straciło rodziców i siostrę. Wycedził przez zaciśnięte zęby: „To łajdactwo”. 
Reportaż w „ND” jest pełen opisów o niemal sielankowej śmierci pielgrzymów („umierali jak święci”), niezwykłych ocaleniach (ktoś przesiadł się z miejsca na miejsce), szybkim zdrowieniu dzięki modlitwie, łagodnym uśmiechu opromieniającym twarz jednego ze zmarłych kierowców oraz nawróceniu z powodu widzeń sennych i usłyszenia głosu zza grobu. Proszę mnie nie posądzać o agnostyczny sarkazm, ale chyba za dużo tych cudów przy okazji jednego zdarzenia, ostatecznie tragicznego. Dziennikarz, który był na miejscu i rozmawiał z uczestnikami pielgrzymki, powiedział mi, że tego rodzaju relacja jest zwyczajną mitologią. Reportaż A. Wasiak jest intelektualną kompromitacją, a jego fragmenty budzą moralną odrazę jak każda manipulacja ludzkim cierpieniem w celach propagandowych, w tym przypadku na rzecz wyjątkowo zabobonnej religijności. 


Prof. JAN WOLEŃSKI 
(Kraków)






Prof. Mroczkowski na KUL-u

Wspomnienie prof. Marty Gibińskiej i Elżbiety Tabakowskiej o prof. Przemysławie Mroczkowskim („TP” nr 30/2002) nie mówi o bardzo ważnym okresie jego działalności w latach 1947-63, kiedy kierował Katedrą Filologii Angielskiej na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim.
Lata 1949–56 to najgorszy okres w historii polskich anglistyk. Od 1949 r. przestano przyjmować kandydatów na pierwsze lata studiów. Tym samym filologie angielskie na uniwersytetach państwowych przestawały istnieć, za wyjątkiem jednej zachowanej w Warszawie (na pokaz?) oraz drugiej – na KUL. Był to jeden z wielu paradoksów PRL. KUL-owska anglistyka zachowała pewną niezależność mimo stosowania ogólnie obowiązującego programu studiów.
Trudności zwiększał brak książek nie przepuszczanych przez „żelazną kurtynę”. Wprawdzie można było kupić indywidualnie słowniki i podręczniki w British Council w Warszawie, które jakimś cudem przetrwało (znowu jeden z paradoksów PRL), ale był to w zasadzie proceder nielegalny, ponieważ wiązał się z „przekazywaniem polskiej waluty cudzoziemcowi”. Toteż nie wszyscy mieli odwagę ignorować „smutnych panów” nudzących się w bramie przy Alejach Jerozolimskich. Kiedy zaczęłam pracować na KUL, zdziwiły mnie pieczątki „Offlag” na wydaniach angielskich klasyków. Okazało się, że z inicjatywy Profesora przekazano naszej anglistyce książki pozostawione w Niemczech w obozach jenieckich przez angielskich oficerów. W ten sposób mieliśmy przynajmniej podstawowe lektury.
Możliwe, że pobyt na stypendium w USA nasunął Profesorowi myśl o tak obecnie popularnych letnich szkołach językowych. Nasz „kurs letni” odbywał się w jednym z żeńskich domów akademickich poza obrębem Lublina. Native speakerem poprawiającym studentów (i nas) była na ogół dr Claire Dąbrowska, mieszkająca stale w Krakowie. Odprawa, którą robiliśmy studentom w pierwszy dzień kursu, była czymś dzisiaj trudno wyobrażalnym – mówiliśmy im z naciskiem, że mają cały czas mówić po angielsku, ale jeżeli pójdą do wiejskiego sklepu lub na pocztę, mają przejść na polski, żeby „nie zwracać uwagi”. W tym samym domu mieli równocześnie kurs letni czy też seminarium studenci filozofii. Zaprosili nas na ognisko, w czasie którego znalazłam się na ławce obok ks. Karola Wojtyły. Zapytał mnie: „To wy naprawdę mówicie tutaj cały czas po angielsku? To jakaś oaza!”.
Prof. Mroczkowski żywo interesował się teatrem. Wspomniane w artykule moich koleżanek przedstawienia szekspirowskie to było także tworzenie czegoś wartościowego z niczego. Robiło się umownie renesansowe kostiumy z własnych zasobów lub wypożyczonych, nieco przenoszonych kostiumów teatralnych, doszywając kryzy i bufy.
Doktoraty i habilitacje były wówczas zniesione, zamiast nich królował „kandydat nauk”. Ale Profesor wymagał od nas pisania artykułów, a przynajmniej referatów wygłaszanych w niedużym gronie. Jęczeliśmy, że piszemy „do szuflady”, ale pisaliśmy. Profesor był większym od nas optymistą: po Październiku 1956 uchylono granice, zaczęto reaktywować zamknięte anglistyki i umożliwiono niewielkie zakupy zagranicznych książek. Przywrócono również doktoraty i habilitacje.
Niestety, plany otwarcia neofilologii na nowo powstałym Uniwersytecie Marii Curie Skłodowskiej w Lublinie oznaczały zawieszenie działalności filologii angielskiej, francuskiej i niemieckiej na KUL-u na wiele długich lat. Trud Profesora włożony w kształcenie (i kształtowanie) anglistów w najtrudniejszym okresie okazał się jednak bardzo owocny. Jego studenci i asystenci zostali z czasem profesorami filologii angielskich na uniwersytetach: Jagiellońskim, Łódzkim i UMCS.


Doc. dr hab. Irena Przemecka
(Kraków)






Grypa, celiakia i komunia


Powszechnie uważa się, że Komunia św. powinna być zanoszona do osób ciężko chorych i umierających, ale czy lekko chorzy muszą być skazani na oglądanie Jezusa Eucharystycznego wyłącznie w TV? Czy prawo kościelne zakazuje, np. przyniesienia Eucharystii przez rodzinę do domu chorego, by mógł on wyzdrowieć? Przecież przyjmowanie komunii ma pomóc ludziom nie tylko uzyskać zdrowie duszy, ale i ciała.


TOMASZ ROBACZEWSKI 
(Toruń)


*


Tegoroczna pierwsza Komunia Św. była dla mnie wzruszającym przeżyciem. Do Stołu Pańskiego przystępowało dziecko cierpiące na tzw. Zespół Złego Wchłaniania, czyli celiakię. Okazało się jednak, że jest to przeszkodą w świętowaniu radosnego wydarzenia. Celiakia nie toleruje glutenu – białka obecnego w produktach zbożowych, które u chorych wywołuje uczulenie w przewodzie pokarmowym: bóle i wzdęcia brzucha, biegunki, wymioty, a w konsekwencji zaburzone przyswajanie pokarmów, upośledzenie wzrostu i rozwoju oraz niedokrwistość, awitaminozę itp. Dziecko bywa drażliwe, podatne na infekcje. Leczenie opiera się na rygorystycznej, długotrwałej diecie. Każdorazowe jej naruszenie oznacza w najlepszym wypadku pogorszenie i powrót do punktu wyjścia. Może jednak wywołać dramatyczne zaostrzenie choroby, z niebezpiecznym dla życia wstrząsem włącznie. Czasem tak burzliwa reakcja pojawia się nawet po przyjęciu odrobiny szkodliwej substancji zawartej choćby w niewinnym opłatku. 
W Polsce można już nabyć żywność bezglutenową, istnieją specjalne piekarnie trudniące się wypiekiem chleba. Tymczasem w katolickim powszechnie kraju nie udało się dotąd rozwiązać sprawy bezpiecznego dla chorych dostępu do Eucharystii. A przecież do nieskrępowanego życia religijnego i sakramentalnego powinni mieć jednakowe prawo wszyscy wierzący. Nie dyskryminuje się wszakże niewidomych, chromych czy zakażonych HIV. Zwracam się więc z otwartym apelem o większą troskę i uwagę dla chorych na celiakię. Za przyzwoleniem władz kościelnych można byłoby zorganizować wypiek komunikantów pozbawionych feralnego składnika. Doraźnie praktykowana Eucharystia pod postacią Krwi Pańskiej nie jest najlepszym rozwiązaniem, szczególnie podczas pierwszej Komunii. 
U nas nie jest ona zwyczajowo przyjęta, niesie ryzyko dodatkowej stygmatyzacji przez chorobę i nie wiadomo, czy przy dłuższym stosowaniu nie odbija się na zdrowiu maluchów. Jest też trochę kłopotliwa. Bezglutenowa Hostia wydaje się zgodna zarówno z rozsądkiem, jak duchem chrześcijańskiego miłosierdzia i tolerancji.


MICHAŁ POCZĄTEK
(Piła)


*


Oba pytania dotyczą jednej problematyki – Komunii św. Łączy je także, tak mi się wydaje, podobna wrażliwość i wyobraźnia, wpisująca się doskonale w papieskie wezwanie (wypowiedziane najpierw w liście „Novo millennio ineunte”, a następnie w niedawnej homilii na Błoniach) o „nową wyobraźnię miłosierdzia”. Jednym z podstawowych elementów owej „wyobraźni” winna być zapewne koncentracja na każdej konkretnej osobie w Kościele i jej rzeczywistych potrzebach. Odpowiedzi jednakże nie da się sprowadzić do jednej płaszczyzny. O ile bowiem pierwsza kwestia jest do rozstrzygnięcia na poziomie kościelnej dyscypliny, druga zawadza o zagadnienia dogmatyczne.
Czy rodzina może zanieść Komunię św. lekko chorej (np. na grypę) osobie? Przy obecnym stanie dyscypliny i praktyki kościelnej – nie. Powtarzam: przy obecnym, gdyż np. w Kościele starożytnym nie stanowiłoby to żadnego problemu. Dziś jednak Komunii świętej mogą udzielać upoważnieni przez Kościół szafarze – zwyczajni i nadzwyczajni. Czy oznacza to odcięcie lekko chorych od Komunii św.? Zapewne nie. Na początku tego roku dane mi było przez kilka dni przebywać w jednej z parafii w Liverpoolu. Na zakończenie każdej Mszy św. (w niedzielę i dzień powszedni) przed końcowym błogosławieństwem kapłan prosił o podejście do ołtarza kilkoro nadzwyczajnych szafarzy Eucharystii, którym przekazywał Komunię św. dla chorych parafian. Co więcej: informował zebranych, do kogo (imiennie!) jest ona zanoszona w tym dniu. Jak dalece buduje to rzeczywiste więzy wspólnotowe w parafii, nie trzeba chyba nikogo przekonywać. Nic nie stoi na przeszkodzie, by taką praktykę przenieść także do polskich parafii. Eucharystia ma być wszak Chlebem codziennym, a nie tylko „pierwszopiątkowym”.
Kwestia Komunii św. dla chorych na celiakię jest poważniejsza. Kościół uczy bowiem (to kwestia dogmatu, nie tylko prawa), że materią Eucharystii jest chleb wypieczony z naturalnej mąki pszennej i wody. Czy mąka pszenna poddana specjalnej chemicznej obróbce w celu pozbawienia jej glutenu może być wykorzystana do wypieku hostii? Na to pytanie odpowiedzi musi udzielić właściwa Kongregacja watykańska (skądinąd wiem, że takie pytanie zostanie do niej skierowane w najbliższym czasie). Póki co, pozostaje możliwość udzielania Komunii św. pod postacią wina. Czy stanie się to okazją do „dodatkowej stygmatyzacji” dziecka lub osoby dorosłej, zależy chyba od jakości danej wspólnoty (klasy szkolnej, parafii itp.) oraz proponowanej jej formacji i budzonej wrażliwości – w duchu lub przeciw „nowej wyobraźni miłosierdzia”.


Ks. GRZEGORZ RYŚ
wykładowca PAT, krakowski duszpasterz






Sprostowanie

W związku z zamieszczonym w „TP” nr 36/2002 tekstem Tomasza Cyza na temat festiwalu Muzyka w Starym Krakowie pozwalam sobie sprostować pewną informację. W koncercie inauguracyjnym, który odbył się w Katedrze Wawelskiej, nasz wokalny zespół męski wykonał na początku koncertu „Rorate coeli”, a nie „Regina coeli”. Utworu nie przewidywał program koncertu. Wykonano go dodatkowo, by zwrócić uwagę na tradycję wykonywania Mszy roratnich w Kaplicy Zygmuntowskiej przez Kapelę Rorantystów przez ponad 300 lat. Śpiewy w języku łacińskim skasowano w liturgii kościelnej, dlatego wyjaśniam, że „Rorate coeli” jest przeznaczone do wykonywania w okresie adwentowym, natomiast „Regina coeli” jest antyfoną wykonywaną w okresie wielkanocnym. 


STANISŁAW GAŁOŃSKI
kierownik artystyczny 
festiwalu Muzyka w Starym Krakowie






Rozwiązanie konkursu

Multimedialne prezentacje filmu „Pianista” otrzymują:
Wincenty Alenowicz z Gdańska, Joanna Bera z Krakowa, Krzysztof Izdebski z Olsztyna, Ryszard Kalinowski z Lublina, Wojciech Kapturkiewicz z Krakowa, Katarzyna Maksimczyk z Warszawy, Michał Tepol z Warszawy, Stanisław Mularczyk z Zgierza, Włodzimierz Nowak z Kielc, Henryk Szóstakowski z Unisławia, Sławomir Świeczkowski z Gdańska, Małgorzata Wantrych z Gliwic, Jan Wiliński z Gliwic, Rena Woźniak z Chęstowa.
Nagrody ufundował dystrybutor filmu Syrena Entertaiment Group







LISTY – apele o pomoc

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 38 (2776), 22 września 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl